Idzie przez świat ostatnio huczek o ciemnej materii, nawet
WO popełnił notkę; niestety, nie mam obecnie za bardzo głowy do takich rzeczy (zdaje się, najwięcej poświęciłem uwagi, kiedy żona mi referowała ostatnie doniesienia w trakcie jazdy samochodem), choć to ciekawe i bardzo mnie interesuje. No dobra, żartuję, tak naprawdę mam przyzerowe pojęcie o tym wszystkim, o nowoczesnych modelach kosmologicznych i fizycznych między innymi. Zapewne dlatego wypiszę zaraz różne różności a nawet wątpliwości, które, zamiast rozwiać odpowiednimi studiami, publikacjami, a może i byle podręcznikiem astronomii czy fizyki, hołubię, i to raczej nie od zeszłego tygodnia, ale od dekady. Oczywiście, wypiszę w celu, żeby się mogło paru znajomych albo i nieznajomych fizyków i astronomów ze mnie i z mojej ignorancji pośmiać, bo tak mętne wywody i intuicje na nic innego nie zasługują.
Najpierw powiem wam, kiedy pierwszy raz mnie sieknęło, że coś z tą całą astrofizyką i kosmologią, a nawet z OTW, jest nie teges - otóż kiedy dowiedziałem się, że
nieco ogólniejsze rozwiązania OTW dla osobliwości i czarnych dziur zachowują ładunek tj. parametry elektromagnetyczne. Wg. tych idealizowanych, ale przez to ścisłych w rozumieniu matematycznym, rozwiązań, w osobliwości różne parametry znikają (w trakcie zapadania, wypromieniowane, przekształceniami pól i całym tym mambo dżambo) lub dążą do nieskończoności (krzywizna=grawitacja, oh yeah!), a w oddziaływaniach nie-kwantowych z resztą Wszechświata zostaje tylko masa i moment pędu, co dosyć jasne i powiedzmy zrozumiałe, i uogólniony ŁADUNEK elektryczny. Rze co i jakże to tak.
Z czego ulęgło się podejrzenie, że to jest coś bardzo dziwnego, jeśli z Wszechświata nieodwracalnie "wypada" cała informacja i różnorodność związana z materią tworzącą osobliwość, i nie może jej otoczenia opuścić promieniowanie e-m, itd, ale za to ładunek "istnieje" w niej sobie w najlepsze. Żebyśmy się rozumieli - ja rozumiem, że ładunek, masa, itp. to są tylko konstrukty, które nam ładnie układają się w równania opisujące fizykę, ale nie spodobało mi się, że całe kohorty różnej maści fizyków i astronomów tańcują wokół grawitacji takiej czy owakiej, czyli wokół masy i jej oddziaływań, a o ładunku i jego oddziaływaniach to najwyżej radiowcy coś tam plotkują. No dobra, radioastronomowie i ludzie od różnych zderzaczy i rozpędzaczy trochę też.
Najbardziej mnie zadziwiło, że komentarze astrofizyki i kosmologii do tego były i są "a kogo to obchodzi, wielkoskalowe obiekty nie miewają istotnego ładunku, a rozwiązania matematyczne OTW są wyidealizowaną sferyczną krową w próżni". No dobra, powiedzmy że. Ale co z małoskalowymi, przecież dyskretnie omijając kwantówkę i nobla Hawkinga, można te rozwiązania z OTW przykładać do skali mikro.
I zaraz się dowiedziałem, że nie jestem jakiś strasznie bystry, bo Einstein postulował już w okolicach drugiej wojny, że elektrony i inne cząstki mają pewne wartości pewnych wielkości tak bliskie lub przekraczające parametry wymagane dla osobliwości, że można je traktować jako to, co nazywa się "super-ekstremalną czarną dziurą", lub nawet "nagą czarną dziurą" (czyli osobliwość jest "odkryta" dla naszego Wszechświata, bez horyzontu zdarzeń, czyli bez czarnej dziury). Tyle, że jest z tak fascynującym podejściem do
"black hole electron" parę problemów - wszelkie rozważania o nim obracają się w zakresie tak małych wymiarów (poniżej długości Plancka, czyli tam gdzie i tak wysiada nam fizyka jako model, może dopiero jakaś teoria grawitacji kwantowej działa) i tak wielkich energii, że po prostu nie ma o czym mówić. Dwa, kwantówka łamie pomysły na "black hole electron", bo łamie pewne założenia (np. o prędkości światła czy przyczynowości) istotne dla downsizingu modelu z OTW w skalę mikro - no ale kwantówka to też "tylko" teoria, i skądinąd naga osobliwość również łamie przyczynowość i "normalną" fizykę. I jest to tak popieprzone wszystko, że co tam ja czy ty - najtęższe umysły nie ogarniają "jak jest naprawdę"; pewne założenia o nagich osobliwościach delikatnie zapostulował Penrose w 1969, co doprowadziło do koncepcji
"cenzury kosmicznej" dla "ochrony" przyczynowości, i
pozakładali się o te tematy całkiem poważni ludzie (niby zakład rozstrzygnięto, ale - niby). A przecież nawet samego istnienia czarnych dziur nie jesteśmy pewni "na 100%", i Hawking też to mówi, a jeśli on tak mówi, to raczej trudno się spierać.
Ale wracając ze skali mikro-OTW i "black hole electron" do wielkoskalówki - mam z astronomią i kosmologią inny problem, że od bardzo dawna, kiedy czytam o rozszerzaniu Wszechświata, odległościach w uczciwie kosmicznej skali, przesunięciach do czerwieni itp. miewam jakieś takie wąty, że może jednak fundamentalnie nie rozumiemy "natury" oddziaływania promieniowania e-m z samą przestrzenią. To mi się chyba kiedyś wzięło z dziecinnych wręcz pomysłów, że jeśli można nasz słuch oszukać, co do ruchu źródeł dźwięku, efektem dopplera z hałośników, które nigdzie się nie ruszają, no to może zupełnie podobnie - nie do końca rozumiemy, co tak naprawdę pokazują zdeformowane widma docierające do nas z bardzo dalekiej czasoprzestrzeni. Na co wkurzeni znajomi astronomowie przy piwie "każdy tak mówi, ale jak jesteś taki mocarz, no to wytłumacz to wszystko inaczej niż ortodoksja!!!" - jakbym umiał, to przecież nobel w kieszeni...
A jest to o tyle ciekawe, że większość dyskutowanego kawałka fizyki polega obecnie na dopasowywaniu różnych teorii, od w miarę uznanych po zupełnie dzikie, do "obserwacji", które są oparte na pewnych ukrytych założeniach o czasoprzestrzeni OTW, które wcale nie są nie do podważenia. Np. odległości wyznaczane ze "świec standardowych" mają "wbudowane" założenie, że ich jasność nie jest funkcją przesunięcia ku czerwieni - bo w skrócie, jeśli jest, no to mamy przesrane, gdyż od tego sub-założenia, więc pomiarów odległości w odległej czasoprzestrzeni, zależą wszelkie rozważania o metryce Wszechświata, jego gęstości krytycznej, stałej kosmologicznej i wszelkich ciemnych energiach, materiach i całej tej menażerii, o której ostatnio głośno.
A jeśli połączyć oba rozważania, o mikroskalowych ekstremalnych efektach OTW z powyższymi zastrzeżeniami co do "prawdziwej natury" wielkoskalowej astrofizyki i obserwacji, i prawa i stałej Hubble'a (bo przecież wszelkie obserwacje to promieniowanie, które dostajemy w skali mikro i oddziałuje ono z przestrzenią w tej skali przez olbrzymie czasoprzestrzenie), no to nagle zaczyna się wydawać, jak słusznie Wojtek napisał w swojej noci, że spory wysiłek fizyków obraca się, jak w Lakatosowej metateorii o teoriach pomocniczych - żeby utrzymać paradygmat OTW i kosmologię w obecnym "rdzeniu", obudowuje się niepasujące dane i wnioski w różne dziwne modele i teorie. I nie myślę tu nawet o ciemnych energiach czy grawitacji kwantowej, czy tym co Wojtek wypisał, ale czasem o "zwykłej" fizyce kwantowej.
Starczy bajęd. Konkludując, czasem myślę, sądząc po "zlakatosowaniu" obecnej fizyki, że może doczekamy się przełomu, teorii niekoniecznie wszystkiego, ale lepiej opisującej dane i obserwacje, albo zmieniającej interpretację danych i obserwacji. Ale na pewno nie założę się o termin.
Spocznij, wolno palić i wyśmiać.