Bełkotek byłu chory, bo leżału w rzeczce. Rzeczka była mokra, gorąca, i miała wściekle złe pH. Złe dla Bełkotka, oczywiście.
Oczy wisieli onu na resztkach naci, a woda wylewała się jenu z gaci. Bo próbowału wyczołgać się z rzeczki, ale szło to po masońsku, bardzo wolnomularsko, gdyż już sześć błysków taplał się w mule. Drzewa zażółciły jaźń znacznie w tym czasie i mignęło mu paru Dżybiarzy w okolicy, co sfrustrowało Bełkotka srodze i zgłodniło mu trzy z pięciu ołądków - gdyby był na swoim miejscu, to by może któregoś chybkiego Dżybiarza zażarcił, i nie burczało by jenu w bebeszni.
Całe nieszczęście zaczęło się w prawiedziałek - nagle wyskoczył obok samojedź, odpalił zmacniacze, huknął łośnikami, aż Bełkotka poderwało z siedzidła i runęłu nieprzytomnie, aby dalej od przeklętego huku. Oczywiście, prosto w rzeczkę. A zawsze oba mamiaki ostrzegały - rzeczka gorąca i niedobra.
No dobra, jeszcze błysk, dwa, i wyczołgału się z rzeczki. Ostudziłu się, podeschłu, i głodne i ledwie zimne powlokłu się szukać Dżybiarza albo Przechadźki. Bo o chyceniu i zażarciu Roweraka nie szło maślać - w tym stanie nie dopadłuby nawet biegnącej Przechadźki, a co dopiero Roweraka.
Szczęście się do jenu uśmiechnęło - napatoczył się stary Dżybiarz jak na zamówienie, nie musiał wytężać wątpliwego refleksu, by go chycić, tamten wpadł jenu prosto w przyłyk. Superbłyskawicznie napełnił ołądki, i wypluł zdezorientowanego Dżybiarza. Doobrze, doobrze, tyle pożywnej strawy... teraz nie maślać, tylko na siedzidło, trawić i czekać ozimy...
Janina K. zawsze twierdziła, że zbieranie grzybów szkodzi mężowi, Józefowi K., na plecy i na nogi, ale nigdy nie myślała, że chłop jej od tego grzybobrania zgłupieje - na początku wydawało się, że po ostatnim wypadzie wrócił tylko roztargniony i prawie bez grzybów, ale już niebawem okazało się, że zawołany szaradzista i krzyżówkobiorca, dusza towarzystwa, stał się mrukiem i idiotą, który byle jolki nie potrafi rozwiązać i zapomina program TV. Janina K. wyczuwała kobiecą intuicją, że to nie przez wódkę czy wiek, to grzybobranie.
Indagowany Józef K. twierdził, że nic się nie stało, poza tym, że telefon mu się popsuł w lesie, i to tak niefortunnie, że zniszczył obie karty, SIM i pamięci.