Western. Quentin tworzy. Foxx. DiCaprio! Waltz! S.L.Jackson!! Mind=blow!!!
Chodzę do kina średnio raz w roku, i zdaje się dzisiaj (znaczy, wczoraj), w ramach jednodniowych ferii zimowych, normę solidnie wykonałem - stąd "Django" polecam, Quentin w bardzo dobrej formie. Na mojej skali filmów Tarantino trafia na miejsce 3-4, zaraz za czołówką, za "Psami" i "Pulpą", może za "Jackie", ale raczej przed "Kill Bill" i całą resztę.
Chyba najbardziej dlatego, że wg. mnie znowu trafia idealnie w proporcjach "tarantinowatego" stylu - czasem mu się nie udawało, ale tym razem, bardzo blisko doskonałego miksu powagi, po-mo, krwi, pastiszu, przemocy, dramy, komedii i znowu powagi, i tak w kółko, a przy tym z dosko dialogami i aktorami. W "Bękartach" było za bardzo po-mo i pastisz, w "Death Proof" nudnawo, w "Jackie" nieco za poważnie i bez komedii. A w "Django" jest bardzo dobrze - to jest film na osi specyficznego "stylu" "KB" i "Bękartów", tylko lepiej, od "KB" trochę, od "Bękartów" znacznie.
Aha, ludziom nieodpornym na 2.5h mix wszystkiego, co w kinie Tarantino najlepsze, w tym na dużą dawkę przemocy i bestialstwa (tego krwawego-mięsnego i co gorsza tego bezkrwawego), nie polecam. Reszta może oglądać.