Jako XXIw zagrodowy filozof i wieśniak z zimowego lasu łażę se z nudów po internetsach, żeby poczytać, co mądrzy ludzie piszą ciekawego o filozofii, czy jej drobniejszych kawałkach. Albo o nauce. Albo o filozofii nauki. I temu podobne.
I pewnie przez zagrodowość i wieśniackość czasem totalnie nie rozumiem, o czym i dlaczego mówią zawodowcy, i dlaczego tak srogo się mylą. Oczywiście, istnieje nikła możliwość, że jednak po prostu przybredzają, a nie tylko, że ja tu czegoś normalnie i typowo nie ogarniam i nie rozumiem.
Na przykład, lubię sobie poczytać
blog Schwitzgebel'a (Professor of Philosophy at University of California at Riverside), bo gość ma lekkie pióro i fajne pomysły - no ale jakoś tak co trzy-cztery jego wpisy
mam mind=blow, aż mam ochotę iść i mu skomentować; na przykład ostatnią notkę
o zależności pomiędzy etyką teoretyczną a praktyczną, dla wypowiadających sądy etyczne. Ale jakoś rozchodziłem to, bo nie chce mi się wysilać w języku obcym, tudzież napinać w tak miłe leniwe Xmasy - i znacznie mi łatwiej ulać se po polsku i na swoim blogu, niż gdziekolwiek. Bo idzie też o to, że Schwitzgebel poruszył problem nie tylko bardzo ważny w filozofii, ale też społecznie, a nawet po prostu i wielostronnie, ważny dla mnie.
Chodzi o to, na ile sądy i poglądy są/mogą być oddzielone od wygłaszających te poglądy, i o otoczkę całego tego zagadnienia. A szczególniej jeśli idzie o sądy etyczne (ale IMHO tak naprawdę - wszystkie, chociaż to zależy od przyjętej ontologii i epistemologii, a nawet teorii nauki, tzn. czy i gdzie ustalimy granicę obiektywne-intersubiektywne-subiektywne).
Schwitzgebel "nadgryza" bardzo starą zasadę, że sądy są niezależne od wypowiadających, posługując się przykładem etyka, który lansuje wegetarianizm, a po wykładach opycha się burgerami. Podobnie, i wcale nie tylko teoretycznie, istnieją lekarze (onkologowie!) przekonujący o konieczności rzucenia palenia, którzy sami palą; uzależnieni od netu przekonani i przekonujący, że net to zło; no i zylion księży, pastorów, szamanów i guru, przekonujących do zyliona religii, a nie przestrzegający ich zasad. A na deser - gazylion polityków, którzy jak wyżej, a nawet bardziej.
Schwitzgebel przychyla się do perspektywy, podobnej do Arystotelesa, że etyka jest tak bardzo "first person" i "praxis", że jej uprawiania teoretycznego raczej nie można oddzielić od praktyki uprawiającego.
Tylko, że cała notka i nawet komcie pod nią, powodują mi mindblow z dwu powodów - a) totalnego przeoczenia różnic kontekstu społecznego czy intersubiektywnego, dla różnych sytuacji b) niezrozumienia rozszerzonego kontekstu komunikacji. Bo po pierwsze sytuacja o której teoretyzujemy, to nie jest nawet "etyk wypowiada sądy" albo "oceniamy sądy etyka" albo "oceniamy praktykę etyka", tylko "etyk wypowiada sądy do oceniających". Po drugie, "wypowiadanie" w tych kontekstach to przecież może być znacznie więcej niż "napisał w kajeciku" czy "powiedział na wykładzie".
Zacznę od końca, czyli "wypowiedzi". Przecież "wypowiedź" jest podzbiorem komunikacji - ale zachowania, postawy, komunikaty pozajęzykowe to TEŻ komunikacja. Więc jeśli ktoś mówi jedno a robi drugie, to naprawdę, nie ma tu się specjalnie nad czym rozwodzić, gdyż dany nadawca KOMUNIKUJE SPRZECZNOŚĆ. Co powoduje, że odbiorcy mają lekkie wyrzuty albo pewną niewiarę w dowolną część "komunikatu" (no bo w przykładzie jest, że etyk podważa swoje sądy o wegetarianizmie burgerem, ale w życiu bywa też odwrotnie - raczej nikt nie podważa istnienia rzeczonego burgera, ale np. istnienie nieletnich kochanków księdza itp. podważa się całkiem serio i raczej długo, bo przecież księdzu przysięgał i celibat). A "komunikat nadawcy do odbiorców o etyce" to zupełnie co innego niż "sąd etyczny" czy "teoria etyczna".
Dwa - nie rozumiem, jak można nie rozumieć, że sytuacja "etyk wypowiada sąd" to jest co innego niż "etyk wypowiada sąd do odbiorców". Bo przecież powinno być oczywiste, że na początku, to jest "etyk ma w główce jakiś tam sąd" - o czym nikt sensownie rozmawiać nie może, bo telepaci wyginęli, a tomografy drogie. Potem, "etyk komunikuje sąd" - no ale nie ważne, czy powiedział go na głos, czy spisał na podstawce piwa i wyrzucił do śmieci, czy wypisał teorię etyczną w 6 tomach i wrzucił do szuflady - nadal wypowiada sądy w swojej głowie i rozmawia z głosami w niej mieszkającymi. Dopiero "etyk komunikuje sądy/teorie do ODBIORCÓW" powoduje sytuację komunikacji, z zastrzeżeniami jw. o "wypowiedzi", i zrozumienie i OCENĘ całego przekazu (np. nie tylko wypowiedzi, ale również jedzenie burgerków czy stosunki z nieletnimi) u nadawcy.
Stąd również co innego, jeśli odnajdziemy w szufladzie 6 tomów czyichś anonimowych teorii etycznych czy Ostateczną Teorię Etyczną na podstawce od piwa w śmieciach - gdyż jeśli rzeczywiście nie mamy nic, poza taką językową wypowiedzią, no to nie mamy, i oceniamy tylko ten komunikat, który mamy. I przecież może to być bardzo ważki, istotny albo wręcz prawdziwy sąd czy komunikat.
Ale dla sytuacji jak dyskutowane, nauczyciela uczącego studentów, guru pouczającego wyznawców, księdza pociskającego wiernym, tudzież polityka kitującemu wyborcom - gupio jest rozważać akademicko i bezkontekstowo "X wypowiada sądy Y", tylko trzeba pamiętać i rozważać, że to "X komunikuje, m.in. werbalnie, sądy Y do odbiorców Z".
Czego sobie i wam w święta życzę.