Notka będzie klasy "autor robi se kuchenną psycholanalizę" i nudne opowieści z dzieciństwa, ale cóż poradzić, muszę sobie ulać na ekran, bo miałem moment kiedy moje głosy w głowie zrobiły dialog jak pierwsze dwa zdania z tego filmu:
(skądinąd wczoraj obejrzane, i nieźle się bawiłem, choć filmik nierówny i miejscami szkoda zmarnowanych szans, ale miejscami genialny)
No więc co ja kurde robię na tym dachu? A dokładniej, dlaczego siedzę w robocie cały dzień nad czujnikiem wizyjnym (zajefajny, staniały cudnie, możliwości wystarczające, i ma wielki czerwony oświetlacz - z małego narzędzia na stanowisku pozornie zrobił się mały piec hutniczy albo gobos z disco), a po powrocie z roboty, dlaczego pół wieczoru siedzę i wymyślam dziwny i pokręcony panel klimatronika do starego forda scorpio (zamiast ew. przełożyć od nowszego albo, jak normalny człowiek, kupić sobie wózek z klimatronem).
Na co wewnętrzny głos tonem S.L.J z powyższej scenki rechocze "a przypomnij sobie swoje wybory i od czego się zaczęło" i strzela mi w hipokamp.
W pierwszej chwili przychodzą do głowy rozbierane radia i zegarki, w wieku, hm, nie pamiętam, byłem na tyle duży, że dałem rady podnieść młotek, czyli 3, 4 lata? I dziadek kowal, i kibicowanie mu w robocie, i złapanie się za gorące świeżo wykute hacele (stąd lata później na scenkę z Indiany Jonesa, jak Niemiec odbija se na ręku rozpaloną głowicę laski, miałem meh i "co wy k... wiecie o łapaniu się za gorące"). I ojciec - majsterkowicz i modelarz, zaszczepiający niewinnym jeszcze latoroślom SF i Lema. I podręcznik mechanizacji rolnictwa, gdzie był przekrój kombajnu. Ale to wszystko było ogólnotechniczne, i jednak nie poszedłem w mechanikę, tradycją dziadków i rodziców.
Bo zaraz po powyższym, gdzieś na samym początku podstawówki, trafiły się dwie rzeczy - wrodzone lenistwo i flippery w PRLowskim "salonie gier".
Z lenistwa (i SF...) wziąłem przekonanie, że człowiek powinien kiwnąć palcem co najwyżej, a automatyka i roboty mają odwalać automatycznie brudną robotę. A najlepiej każdą robotę.
Z fliperów zaś wziąłem głębokie zamiłowanie do mechatroniki i świecidełek. Bo choć trafiały się już wtedy pierwsze automaty Pongi czy Arkanoidy w salonach czy wesołych miasteczkach, to zabawa wirtualną kulką na wirtualnym polu gry była 23 do 57 razy gorsza, niż prawdziwa kulka latająca po elektromechanicznie zautomatyzowanym polu gry.
(to z obrazka i linki nie było najfajniejsze, ale najlepiej zapamiętałem - bo był stary i 4 cyfrowy, więc jako szczyl ledwo wystający nad stół, mogłem się do niego zawsze dopchać; te fajniejsze były okupowane przez dwa razy większych ode mnie ziomali z blokowiska. BTW Internet Pinball Machine Database, OMG.)
A że dwuzłotówki, a nawet piątki, wydawane na świecidełka i efekty dźwiękowo-mechatroniczne, szybko się kończyły, zdecydowałem, że taniej będzie mieć taką zabawkę na własność. Jednak pewne braki siły fizycznej i wzrostu, spowodowały, że nie mogłem flippera ukraść, a braki brzęczącego kapitału spowodowały, że uznałem, że taniej będzie go zrobić niż kupić. Więc w tajemnicy przed starymi, oczywiście, zaprojektowałem flipper z mechanicznymi "łapkami" i bez wielkiej elektromechaniki (brak dostępnych elektromagnesów), ale ze świecidełkami jak się patrzy. Po szybkim projekcie i kłopotliwym wykonaniu (nafaszerowanym piłowaniem i cięciem po równo aluminium, drewna, papieru i palców, chyba jedną bliznę mam do dziś; psuciem ślicznej sklejkowo-drewnianej skrzyni narzędziowej od wypasionego małego majsterkowicza, na "body"; srogim przeciążeniem zasilacza Piko; posługiwaniem się nielegalnie wiertarką, będącą w proporcji do mnie, jak młot udarowy do Boba Budowniczego autostrad; tudzież ucieczką brata, który nie chciał trzymać skrzyni, kiedy wierciłem fi 16 pod światełka w sklejce, ale może i dobrze, bo czasem obracało się wiertło, czasem skrzynia, a czasem ja z tą okropnie wielką wiertarą Celma; tudzież pierwszym poważnym fakapem z braku know-how, czyli wylakierowaniem ślicznego boardu, ze statkiem kosmicznym wykonanym paroma kolorami tuszu, lakierem zajumanym ojcu, który to lakier okazał się, niestety, żywicą bez utwardzacza...) miałem coś, co nawet jakby działało, znaczy kulkę łożyskową można było odbijać fliperami, a jak gdzieś wpadła to nawet coś czasem mrugnęło albo się zaświeciło.
(I gdzie byli rodzice !!11 - przeważnie w robocie byli...)
Nie działało to wszystko zbyt dobrze, ale pamiętam, że starzy jak już im zeszła furia, że tyle rzeczy popsułem itd itd dziwowali się, nawet ze znajomymi, nie tyle nad maszynką, co nade mną, i co z niego wyrośnie. A przecież było już jasne, że mniej więcej to, co jest teraz.
Bo już wtedy okazało się, że piękne są mechatroniczne cudeńka i zabawki, i świecidełka, i automatyka, i rozbieranie tego wszystkiego; ale jeszcze piękniejsze, że można to sobie wymyślać, projektować, i zrobić, także własnymi rękami, względnie tanio i prosto, i satysfakcje z tego procesu, i malutkie oświecenia po drodze, to zupełnie inna Rzeczywistość.
I tak już mi się jakoś zostało na następne dekady, na tym zautomatyzowanym podświetlonym dachu.