(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Poniedziałek
Rzeczy mnie napadły. Czaiły się, oczywiście, od lat, skradały i umawiały się po kątach, piętrzyły się niezauważone w zakamarkach, ale koło poniedziałku przystąpiły do frontalnego ataku. No dobra, kontrataku, sam je sprowokowałem, bo głupio i naiwnie próbowałem wejść na ich teren, dawno podbity i zawłaszczony, czyli pod wiatę koło domu. Po tym jak już wygrzebałem się spod zawału, rozmasowałem guza, obejrzałem piszczel i poprawiłem okulary, i przyglądałem się szczerzącemu kły złożu, nagle mój delikatny wewnętrzny homunkulus wyjął nie wiadomo skąd bejzbola i ogłuszył znienacka mojego delikatnego wewnętrznego buddę, po czym skopał hipokamp na okoliczność namiarów na dostawców urotropiny i kwasu azotowego. Ale zanim doszło to eskalacji i użycia heksogenu, przekonałem wszystkich zainteresowanych, nawet szaloną lewacką lewicę, która już sięgała po zapałki, że przecież wystarczy to posprzątać - też podziwiam swój dar przekonywania. Żeby towarzystwo nie zdążyło się zorientować w absurdalności tego bieda-planu, z marszu przystąpiłem do wywalania rzeczy spod wiaty na światło dzienne podwórka, w założeniu, że jakoś to będzie. Rzeczy też się w pierwszej chwili nie zorientowały, ale zaraz drwiąco zaczęły się mnożyć i mnożyć, tudzież teleportować (bo niby skąd tam się wzięła zapasowa chłodnica albo trzecia (???) kanapa od pewnego samochodu...) tak, że niebawem skończyła mi się czasoprzestrzeń podwórka, a pod wiatą zrobiło się tylko trochę luźniej. Zadumałem się nieco, bacznie obserwując rzeczy, nad dalszymi możliwościami, pomiędzy ewakuującymi się eeekspreeesooowooo ślimakami, rozbiegającymi pająkami, i innymi bliżej niezidentyfikowanymi stworzeniami żywymi i martwymi. Na wsparcie garażu nie mogłem liczyć, bo chociaż w poprzednim tygodniu odbiłem rzeczom jego fragment, to krótkie obliczenia, poparte wykresami i grafem, wykazały, że dopiero w przestrzeni sześciowymiarowej garaż pomieści złoże spod wiaty, a dopiero w siedmiowymiarowej pozostaną w nim jakieś przejścia, którymi kawał chłopa jak ja mógłby się prześlizgnąć. Kłóciło się to trochę z moim przepływem chi i pomysłem na zajęcie się zalegającym w garażu, co za niespodzianka, samochodem, więc ta opcja odpadła. W międzyczasie udało mi się z przydasiów, paru gwoździ i silnej woli zmontować na ścianie wiaty półkę, a raczej sześciometrową półę, więc w nadciągającej prognozie pogody i zmroku zapakowałem, co się dało i gdzie się dało. Przeważnie z powrotem. Tylko złom żelazny złośliwie zostawiłem pod chmurką, niech cierpi. Nadszedł czas na rezerwowy plan S jak strych.
Wtorek
Plan S był rozważany od dawna, ale był a) upierdliwy b) wymagał nabycia materiałów drogą kupna c) nie gwarantował sukcesu. Bo nasz uroczy domek "kanadyjka" ma strych w gatunku nieużytecznych (nie mylić z nieużytkowymi) - gęsta więźba z dźwigarów kratowych i brak podłogi gwarantuje ultrawygodę rozprowadzenia różnych instalacji, kontemplację pustej przestrzeni, emocje "czy dziś jest ten dzień, kiedy spadnę przez strop z wełny i gipsopłyty prosto w garnki", i niewiele więcej. Ale po poniedziałkowej bitwie zremisowanej ze wskazaniem na rzeczy, moja determinacja podniosła się o parę kresek, a że mój wewnętrzny homunkulus znacząco stukał bejzbolem, wewnętrzny budda był zajęty opatrywaniem obrażeń, medytacją, i pilnowaniem, żeby od homunkulusa oddzielało go przynajmniej ciało migdałowate, więc i wewnętrzny księgowy bał się protestować przed zakupem materiałów na podłogę kawałka strychu. Za to rzeczy zawiązały perfidny spisek w celu uknucia przeciwdziałania, ale o tym dowiedziałem się później. Obczaiłem gdzie znajduje się najbliższe złoże płyty OSB czterostronnie frezowanej, zapakowałem do wiernego scorpio złom elektryczny pozostały z Bitwy o Wiatę, żona zapakowała się sama, ale jak tylko ruszyliśmy, przyszło wracać, bo rozległy plan Wyprawy Zygzakiem Po Płytę i Z Powrotem był niedopracowany. Po pobraniu z domku ibuprofenu i czytnika ebooków, które nagle wydały się artefaktami niezbędnymi w Wyprawie, ruszyliśmy z prędkością poddźwiękową w kierunku A2 i Bricomana na Połczyńskiej. Zdradziecki tylny hamulec, niewątpliwie namówiony przez sporą grupę tarcz hamulcowych wyrzuconą na złom, zadymił już po 6km. Słowa nie oddadzą, kolejno, zdziwienia jakie w nas to wywołało, braku jakichkolwiek narzędzi w normalnie niepsującym się szrotwagenie, i zapachu przypalonego hamulca. Ale heroicznie spuściłem mu wpierdziel kluczem do kół na pierwszej z brzegu stacji paliw, bo stwierdziłem, że już dość negocjacji z rzeczami - zaraz poddał się, przeprosił, i obiecał poprawę, mięczak bez kręgosłupa i wentylowanej tarczy. Po czym pojechaliśmy na wyspecjalizowany złom elektroniczno-elektryczny, żeby wywalić stary monitor 17" i odkurzacz. Oczywiście, niczym w horrorze klasy Z jak złom, wcięło całą obsługę, którą kazano nam zapytać, gdzie można to wyrzucić, więc po chwili kręcenia się tu i ówdzie po pustawym placu i pomieszczeniach dyskretnie podrzuciłem monitor do kontenera monitorów, odkurzacz też do kontenera monitorów, i uciekliśmy, chichocząc diabolicznie, drwiąc z ochrony, i dyskutując, co byśmy tu mogli przywieść i wywieść, jakbyśmy zechcieli być tymi złymi. Po czym skoczyliśmy do mojej roboty w celach nieważnych, i tu moc swą okazał czytnik ebooków, bo żona nie umarła z nudów czekając na mnie. Następnie pognaliśmy z prędkością absurdalną do Tesco/Bricomana, i zrobiliśmy małe zakupy, których najważniejszą częścią było 6 płyt OSB czterostronnie frezowanych, co ciekawe nieco tańszych niż zwykłe 18mm w Leroyu, o Praktikerze przez grzeczność nie wspominając. Nasze ulubione scorpio połknęło płyty prawie w całości, ale, że prawie robi różnicę, szczególniej w perspektywie jazdy A2, musiałem wrócić do sklepu po pas bagażowy i pomarańczowe rękawice robocze. Pas żeby jakoś przekonać wielką klapę sedana, że niekoniecznie musi robić za deflektor hamulcowy, tudzież płyty, że nie warto próbować wyrwać się z samochodu na wolność, a rękawiczki w celu oznaczenia wystających płyt - bardzo zabawnie dyndały z płyt, aż żałowałem, że nie stać mnie do kompletu na pomarańczowy kask, żeby dokładniej zasymulować faceta przygniecionego i spłaszczonego przez OSB. Ale nic to, pognaliśmy z prędkością przelotową do domku (czy wiecie, że już przy prędkości 60km/h powietrze domyka klapę dużego sedana, podpartą dużymi sprężynami? no to już wiecie). Po chwili odpoczynku zacisnąłem zęby, przewaliłem nieco przeszkadzających rzeczy, zdemontowałem nieco w koło klapy na strych i rozpocząłem dwuczęściową operację logistyczną pt. "jednoosobowe dostarczenie płyty sztywnej 62x250cm przez klapę 62x80cm pod dach o wysokości 120cm na drabinie 250cm". A potem "szycie ściegiem okrętkowym przy pomocy płyty sztywnej 62x250 w koło komina przez więźbę kratową". I tak 6 razy. Jak już przejrzałem na oczy w pomroczności i gorącości strychu, po drugiej płycie, okazało się, że złą stroną je mocuję, więc przyszło je oderwać, poodwracać, co dostarczyło mi jakże wiele radości, i przymocować jeszcze raz. Potem poszło już lepiej, a nawet doskonale, do nocy miałem 9m2 nowej podłogi.
Środa
Rekonwalescencja.
Czwartek
Dziewczyny wybyły do Wawy w sprawach, więc mogłem spokojnie zacząć wciągać na strych wrogie rzeczy, ale nagle obudził się mój wewnętrzny projektant - połamał bejzbola homunkulusowi, pogroził czerstwym kułakiem buddzie, kopnął w dupę księgowego, i powiedział "to się k... w pale nie mieści, żeby mając taki strych nie mieć na niego schodów, choćby młynarskich czy rozkładanych, tylko j... drabinę - plan S był dobry, to plan SS czyli Strych ze Schodami jest jeszcze lepszy". Na moją nieśmiałą opozycję, że ten projekt był rozważany, ale wymaga obmierzenia wszystkiego dokładnie, przebudowy przynajmniej jednego dźwigara dachu, no i schodów, sypnął mi w synapsy dopaminą i endorfiną, i zagroził, że mnie zmusi do wyżarcia pół puszki masy makowej, jeśli będę marudził. Cóż było robić, poszedłem po piłę, pilarkę, młotki, gwoździe, okucia, i inne takie, i zacząłem prace rozbiórkowo-przebudowujące. I nawet nieźle żarło, oczywiście nie bez dylematów "czy nie piłuję przypadkiem więźby na której stoję", "jak to wytnę to o co oprę drabinę", "czy ten słupek jest ważny", "dlaczego znienacka zaskakuje mnie bojler, który jest tu od 11 lat", itp. Ale generalnie wszystko poszło zgodnie z planem - tak to jest, kiedy wykorzystać rzeczy przeciwko nim, bo zaprawdę, zaskakujące, ile można rozwalić i poskładać, nie ruszając się z domu, w pół dnia; tylko trzeba mieć zapas narzędzi, materiałów i opioidów. Oczywiście, schodów jeszcze nie ma, ale kiedy dziewczyny wróciły, mogły w miarę bezpiecznie, pierwszy raz odkąd stoi ten dom, wejść po drabinie na strych i podziwiać. Równie oczywiste, że młoda natychmiast zaczęła pytać, jak z tego zrobić pokój-studio, ale tu barierą jest kasabubu, mierzona raczej dziesiątkami kilozłotych, niż tysiącami.
Trzeba jeszcze ogarnąć wszystko, m.in. elektrykę, no i zrobić schody, ale jest pięknie. Szczególniej, że w trakcie popołudniowej przerwy żona zakradła się do audio i nagle zapakowała CD którego wyhaczyła w Wawie, z dawno nie słyszaną muzą (będzie o niej więcej), i zrobiła mi tym tak dobrze, że rozruszałem się, i jak tylko przesłuchałem CD, to od razu załadowałem, nadal po drabinie, ale jednak znacznie wygodniej, wielką hałdę przydasiów na nasz może i nieużytkowy, ale już użyteczny strych. A wieczorem sąsiad zabrał cały złom żelazny. I nawet tak jakby widać pod wiatą, gdzie jeszcze dwa lata temu stał samochód - czyli jednak wygrywam bitwę z rzeczami!