(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Słabo znam się na antropologii, szczególniej prymatologii, czyli rozszerzonej o naczelne inne niż ludzie. Stąd pewnie miewam głupawe pomysły - kiedy, jak dziś, w ramach badań terenowych naoglądam się stada obcych sobie homosapiensów, stłoczonych na małej przestrzeni, próbujących uprawiać jakieś dziwne rytuały, zdaje się religijno-kulturowe, i zmęczonych tym wszystkim, i wstydzących się siebie nawzajem, i jak ich uwiera ta #sawanna, i "targowisko próżności czy próżność targowiska" - wymyślam na przykład, że jedyne, co nas naprawdę odróżnia od innych co cwańszych naczelnych, to wstyd, szczególniej wstyd w stadzie. Którego przygodni ludzie mają takie ilości, że jego masa per capita razy nieduży tłumek, ugina przestrzeń w koło.
Ale potem przypominam sobie, że co cwańsze naczelne, a nawet co cwańsze zwierzaki, z odpowiednio dobrymi mózgami, też prezentują wstyd, i pierwociny ocen "moralnych".
Ale potem przypominam sobie, że to tylko takie wyuczone zachowania, "udawane", szczególniej w niewoli czy indukowane przez badaczy, bo normalnie to jednak raczej nie prezentują widzenia "siebie w innych".
Ale potem przypominam sobie, że ten tłumek w kościółku też ktoś nauczył tych zachowań i prezentowania wstydu, bo tak normalnie, to go wrodzonego nikt w tym tłumie nie miał; albo nie więcej niż miewa byle szympans.
I ta myśl niszczy mi dzień. A był to dopiero początek.