(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)
...bo jak inaczej nazwać
kołowe rozpoznawanie wzorców w kalendarzu i w historii. Co tydzień jest środa, co miesiąc rachunki, co roku są rocznice. I tylko od oka patrzącego zależy, czy widzi inaczej - że co tydzień jest niedziela, co miesiąc wypłata, a co roku, cóż, jakieś inne rocznice, nawet w tych samych dniach kalendarza.
Akurat 9 sierpnia kojarzy mi się dosyć jednoznacznie, i
miałem o tym notkę, ale przecież 9 sierpnia zdarzyło się tyle innych strasznych, dobrych i, szczególniej, bezsensownych, rzeczy, że o matko i córko. Nawiasem mówiąc, zupełnie jak każdego innego dnia. Więc nie, nie będę co roku pisał o Nagasaki, ale może, nadludzkim wysiłkiem, zrobię sobie zmianę w scenach mojego widzenia, i dzisiaj będę obchodził urodziny jednej z najfajniejszych pisarek w całym Multiversum, czyli Tove Jansson.
(Która na wieści o nuklearnym piekle sierpnia 1946, o Hiroshimie i Nagasaki w dniu urodzin, opisała, jak nadciąga kometa, zagrażając światom fantastycznym. Ale szczęśliwie tylko zawadziła je ogonem, podobnie jak nas tylko zawadziła nuklearna zagłada. Przynajmniej na razie.)
Nie pamiętam, żeby którekolwiek z opowieści mojego dzieciństwa (nie mylić z opowieściami dla dzieci) poza Muminkami dało się odczytać, przez dekady, w tylu warstwach i były takim mądrym palimpsestem, i tak dobrym, że nawet dzisiaj mogę je czytać znowu i mieć z tego frajdę albo zadumę - no dobra, przesadzam, jest jeszcze Lem, może Parnicki; ale na przykład taki Saint Exupery to już raczej nie.
(Bo czasem
mówienie tak bardzo przeszkadza w myśleniu...)
Jansson nie dało się i nie da się nie kochać, za to ile mądrości udało jej się nienachalnie upchnąć w "Muminkach". I ile razy i na ile sposobów można je odczytywać. I zaprawdę, powiadam wam, całkiem szybko w dzieciństwie przestałem kochać Muminki, i ich przygody, a zacząłem kochać myślenie i mądrość Jansson.
(Ależ jestem odkrywczy. Normalnie chyba se koło jakieś wynajdę, czy co.)

Bo najpierw, kocha się Muminka i przygody, boi się Buki i komety. Potem kocha się Włóczykija i luzik, i już nie boi się Buki i komety. Potem kocha Tatusia i łagodnie romantyczny maczyzm. Potem Mamę i łagodnie romantyczny mamizm. Potem Tofta i oswajanie potworów. A od Tofta to już naprawdę blisko do umiłowania samej Jansson.
(I co najprzyjemniejsze
cała ta rodzina cierpi na brak kontaktu z rzeczywistością!)
A potem człowiek jakby niechcący wczytuje się w biografię Tove, w jej losy i czasy, stara się zrozumieć skąd to całe piękno i dobro - a im głębiej wnika, tym światełka, tego światełka które rozświetla Muminki i samą Tove, tego światełka, którym Muminek jednak ogrzał Bukę, widzi więcej.
(Jedyna bieda, że na zasadzie kontrastu, zaczyna się widzieć go mniej i mniej w koło, a szczególniej w sobie.)
A potem człowiek niechcący układa chrono-semantycznego puzzla z jednej ze swoich ogólnie ulubionych a w szczególe jednej z najlepszych książeczek o zen jakie kiedykolwiek napisano, czyli "Doliny Muminków w listopadzie"; z tego, co spotykało Jansson, kiedy ją pisała, i co zrobiła później; i z tego, że wtedy właśnie mniej więcej zaczynałem istnieć, przynajmniej jako pewne szanse i probabilistyki na bycie kiedyś w miarę nienormalnym homo sapiens sapiens - i odkrywa się, że to wszystko ma jakiś sens.
(Bo
nie przejmuj się, nie ma tu nic gorszego niż my sami.)
I choć to może dziwne, odkrywa się wszystko powyższe cyklicznie, co rocznicę, co parę lat, co dekady. Nie wiem jak to możliwe, ale tak jest. Pewnie dlatego, że książki Jansson, i niestety jej losy, są już statyczną
strukturą, ale ja-czytelnik, jeszcze trochę się zmieniam, i se robię
dekonstrukcje tych rekonstrukcji (albo jak tu i teraz, rekonstrukcje dekonstrukcji). Żebym jeszcze wiedział po cholerę to wszystko piszę - nie lepiej się zamknąć, i po prostu przeczytać znowu "Dolinę w listopadzie"?
(Bo
wydajesz się niesłychanie mądry, dlatego że się nie odzywasz.)
PS. "rekonstrukcja dekonstrukcji vs. dekonstrukcja rekonstrukcji" to daaawna pożyczka od
WO.