(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Zmarło się Steve Jobsu, co było spodziewane raczej wcześniej niż później. A ponieważ skądinąd nie miałem go nigdy ani za geniusza ani za wizjonera, co najwyżej za dobrego marketingowca i twardego i niezbyt etycznego sukinkota w zarządzaniu, to newsy i napuszone nekrologii mi robią wyłącznie meh - ale jedna refleksja mi wraca, choć jest niezbyt ą ę. Parę razy zastanawiałem się, jak wyglądało jego życie i choroba przez ostatnie lata, i na ile ktoś tak bogaty jak on może kupić sobie u nowoczesnej medycyny odroczenie, bo jednak te 7 czy 8 lat dostał - czego o 99% ludzi z rakiem trzuski powiedzieć się nie da... Ba, w PL pod NFZ jego nekrolog obejrzelibyśmy zapewne już ładne parę lat temu.
A skleja mi to neurony, bo akurat nasza kota została wczoraj zoperowana, i może nawet będzie dobrze. Co niespodziewanie kosztowało już parę stów, i to nie koniec, więc też nasuwa niewesołe, tyle że znacznie "tańsze", refleksje co do finansowania zdrowia i choroby - a na nieśmiałe pytanie o ubezpieczenie zdrowotne dla zwierzaków weci tylko wybałuszają oczka...
I nie dalej jak wczoraj przy lunchu tłumaczyłem małe co nieco komuś, kto wierzył, że jak wynaleziono skuteczne lekarstwo X, to się je po pierwsze produkuje, po drugie kogokolwiek na nie stać - ale już wie dzięki mnie, co to leki sieroce i jesień stała mu się bardziej jesienną...
Jak człowiek tak zaczyna się zastanawiać nad finansowaniem medycyny, to po prostu nie wie gdzie oczy podziać i ma ochotę zrobić to, co bohater rysunku IIRC Andrzeja Mleczki - wleźć pod biurko i gryźć palce, bo "pan Józek właśnie zrozumiał zasady rządzące światem".
Ech, może lepiej tylko #pokakota...
