(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Doznałem dziś smutnego olśnienia - poza straszną i szkodliwą wyuczoną bezradnością, istnieje też przypadłość, którą roboczo nazwijmy wyuczoną zaradnością. I jestem jej nieszczęsną ofiarą.
Polega to na tym, że jak już człowiek zrobił w życiu to i owo, szczególnie własnymi rękami i główką, i ma pojęcie o paru rzeczach w zakresie swoich zainteresowań, potrzeb, i pracy, to wszystko jest nudne i wszystko jest zbyt łatwe. Inaczej mówiąc - kiedy w pierwszej chwili olśniewający pomysł po paru godzinach zadumy i researchu staje się wstępnym projektem, z BOM i kosztorysem, i w zasadzie pozostaje ustalić czy robimy, jakimi zasobami i w jakim czasie, i potrafi się dokładnie wyobrazić co i jak będzie po drodze, i jakie będą efekty i problemy, i człowiek ma silne przekonanie, że się nie myli, bo się od 20 lat nie myli, to po prostu odechciewa się zaczynać cokolwiek.
I dotyczy to nie tylko spraw zawodowych, ale majsterkowania i domowych też, do budowy domów i pojazdów włącznie; tak w ogóle mam ten dołek po wczorajszej rozkminie, po raz n-ty, czy se nie przerobić któregoś samochodu na elektryczny. No można by, i dość dokładnie wiem co, czym i jak (ba, porządny acz "trudny" silnik do małego samochodu elektrycznego, po krótkiej walce, odnalazłem w garażu). Tyle, że co to za wyzwanie, skoro to tylko kwestia zasobów.
Chyba muszę se znaleść jakiś nowy challenge. Następne dzieci raczej odpadają, więc co by tu... orkę z Idee Fixe? Wall-e'ego? następny dom? może śmigłowiec? nowa praca? nauczyć się japońskiego?
A może w końcu pomalować tego szrotwagena w garażu.