(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Temat ryzyka, szczególniej - ryzyka wypadku, śmierci, katastrofy, kołacze mi się często przy dyskusjach piwno/konwentowych ale też sieciowych, bo mam, jak to często bywa, deko inne podejście do tematu niż Przeciętny Dyskutant (TM). A zdecydowanie inne niż chumanista; przynajmniej ci, z którymi mam do czynienia.
Zacznijmy od historyjki, która jest w moim (i w powszechnym odczuciu też) wzorcowym historycznym przykładem na gigantyczny miszmasz i nieporozumienie na tle ryzyka jw. czyli archetypiczne "Ford Pinto memo". W skrócie - Ford Pinto na etapie wdrożenia do produkcji w wczesnych latach '70 miał pewne problemy (z tyłem samochodu i mocowaniem zbiornika paliwa wzg. innych elementów) z crash testem i wewnętrznie podnoszono trochę obiekcji w Fordzie, trochę kiwała palcem NHTSA, czyli nadzór federalny nad bezpieczeństwem w transporcie. Ford troszkę poprawił, ale nie za wiele. Po czym wybuchła bomba z gównem - z Forda do prasy wyciekło memo, w którym wyliczano dla managementu, że dalsze poprawianie newralgicznego miejsca kosztuje 11$ razy 12.5mln planowanych samochodów (Pinto i na bazie tej samej podłogi). Czyli jakieś 137M$. Natomiast przewidywanie spalenie się kilkuset samochodów razy kilkaset dolarów, plus usmażenie w nich 180 osób po 200k$ i lekkie opieczenie kolejnych 180 po 60k$ plus lekki narzut sądowy to daje ok. 50M$. A że 137M$>>50M$ sprawę spuszczono do klopa. Tyle że wróciła z szamba z mocą tsunami, kiedy nakręcili ją dziennikarze w duchu "OMG! DLA FORDA ŻYCIE LUDZKIE NIEWARTE 11$!!!" co publiczność oczywiście łyknęła i poleciała naciskać na federalnych tudzież do sądów (bo parę Pinto przecież musiało się spalić, a prawdę mówiąc - nawet paręset...). Ford bronił się, że Pinto jest w miarę ok, uwagi NHTSA wdrożono, i w ogóle dajcie se ludzie siana, bo w memo użyto kwot i metodologii identycznej jak federalna dla inwestycji w bezpieczeństwo (czyli np. przebudowa drogi, żeby było mniej trupów na zakręcie, itp. itd. - dygresyjnie, obecnie metodologię z oceny "future earnings" hipotetycznego trupa plus koszty sądowe, uważa się za okrutną i obsolete, no ale nie było tak przed '80). Sprawy się toczyły, jakieś wypłaty wypłacono, wszystko pomału przycichło.
Co wynika z historyjki po latach (poza wiadomym fragmentem "Fight Clubu" Palahniuka - główny bohater zawodowo zajmuje się oceną powypadkową pojazdów, z algorytmem zerżniętym wprost z "Pinto memo")? Dwie ciekawe rzeczy - pierwsza, mniej istotna, że Ford miał tak w zasadzie rację - Pinto paliły się zupełnie przeciętnie, pomimo że spaliło się ich kilkaset; tak samo paliły się inne samochody tej wielkości z lat '70. Druga, znacznie istotniejsza - że gówno z tej pierwszej wynika, bo a) wiadomo to po latach b) publiczność, w tym dziennikarze, eksperci czy sędziowie, jest bardzo podatna na "OMG!!! 11$ ZA LUDZKIE ŻYCIE!!!" i ma dyskusję o ryzyku czy jego kalkulacji w d... bo przecież tam się właśnie dziecko spaliło.
Przeskoczmy w czasie do teraz i przewińmy to, co starczyłoby na książkę. Jak uważacie, jak kalkuluje się obecnie, w bardzo rozwiniętych krajach, typu Niemcy, Francja, UK, dopuszczalne ryzyko śmierci w przemyśle i z powodu przemysłu (oczywiście, rozważa się też ryzyka obrażeń, skażeń, zniszczenia biosfery, zasobów, majątku, itd itd)? Inaczej - mamy instalację czy proces o ryzyku katastrofy czy poważnego wypadku, ten przysłowiowy zbiornik chloru - na ile trupów rocznie jeszcze godzimy się, rozróżniając trupy pracowników i trupy osób postronnych? No, kto da więcej? Nie, wcale nie. Tyle też nie. Nie wierzcie w pierdoły z elementarza, że życie ludzkie jest bezcenne.
Otóż jest to poziom 1 na 1000 pracowników, i 1 na 10000 do 1000000 (zależnie od kraju i dodatkowych warunków) dla osób postronnych. Rocznie. Czyli jeśli w petrochemii z 1000 osób załogi ginie co dwa lata człowiek, to oczywiście, warto zrobić akcje korekcyjne, przeanalizować procedury, może nawet, w stylu niemiecki, przeanalizować normy - ale tak w zasadzie, to nic wielkiego się nie stało, i jeśli normy i procedury były wypełnianie, to jeszcze wcale nie należy ich zmieniać. I analogicznie, jeśli na świecie raz na 40 lat jakaś petrochemia pali żywcem 100 matek z dziećmi, to trzeba dobrze się zastanowić, przeanalizować i policzyć, czy należy zaostrzać czy zmieniać procedury i normy, czy olać (zakładając, że procedury i normy były przestrzegane, co, oczywiście, przeważnie NIE zachodzi).
Dla mnie to wszystko jest jasne jak słońce i z grubsza ok, i chleb powszedni. Ale to się przeciętnemu człowiekowi w pale nie mieści. No, a jak jeszcze człowiek ma inklinację do oświeconego humanizmu i wdrukowano mu miłość równość braterstwo, to robi się ogóle przesrane, bo zamiast paru przekleństw, będzie publicznie darł mordę, negował statystykę, i podnosił wartość życia napoczętego. Co ostatnio, w kontekście antynuklearnej paniki po Fukushimie, widać jasno, jak anihilację ćwierćfunciaka antymaterii.
Na co moja krótka i ostateczna odpowiedź - no to jaką masz kwotę polisy na życie, marudo, skoro ludzkie życie jest takie bezcenne?