Z życia small company:
(mła)- Bedziem w końcu ten serwer stawiać czy nie bedziem?
(szefu) - Bedziem.
- Ok. To może tak - stawiam funty przeciw orzeszkom, że zanim skończę projekt ten PeCet zginie i przepadnie...
- Tru, ukradną go razem z monitorem i ruterem. Trzeba koniecznie go w jakiś mocny zamykany szafek zapakować, zamów coś.
- A w zasadzie od kogo kupujemy takie szafencje?
- Powiedzmy od A.
(mija parę godzin znikąd, zrzucam normalnym kanałem zamówienie na leganckom miniszafkę producenta A, pod miniserwer, do kupienia online, coś koło 200 funtów, z CC do szefa)
(szefu) - Ejże, prrr szalony, na to mamy upusta, załatw je.
(mła) - Orili? No niech bedzie, da mnie namiary na jakiś nasz skorumpowany kontakt. (mogę robić za purchasera w cenie inżyniera, lotto mi to)
(wstrzymuję zamówienie, dostaję kontakt, zarzucam wędę o upust i wypust, mija tydzień znikąd bo wielkanoc; akurat jak szefuńcio se przypomniał, to w końcu spadają od jakiegoś miniona przeprosiny i oferta - tylko że DOKŁADNIE w cenie katalogowej plus 5x wyższe koszty dostawy niż sklepu online...)
(mła z rechotem) - Szefu, właśnie mi spadła oferta z upustem, wyższa niż to co wstrzymałeś, chcesz o tym porozmawiać?
(szefu z nieco podniesionym ciśnieniem) - A forłarduj mnie to natychmiast, ja im zaraz dam!
(forłarduję, szefu grzecznie pyta się dronę o oczko wyżej niż minion, co to kurwa jest; mija kolejny tydzień znikąd, spada nowa oferta z 10% upustem, tyle że koszt dostawy x4)
(szefu) - Oto jest upragniona Oferta z Upustem
(mła) - Sumaryczny upust rzędu 3 funtów tak bardzo mi zaimponował, że proponuję zmienić dostawcę na B (pierwszy z brzegu sklep online z gratami okołokomputerowymi) z ceną za taki szafek: 68 funtów...
(szefu) - Zamów to.
(kołorker który widzi te nasze rozmówki w CC zadławił się ze śmiechu gdzieś w tej okolicy - i już po 2tyg szafek zamówiony)
No dobra, pośmialiśmy się, ale tak naprawdę to smutne jak bardzo ludzie szukają "oszczędności" i ile na tym tracą czasu czy uogólnionych zasobów, a jeszcze - co w wielkich firmach żartem i znika w odmętach księgowości i marnotrawstwa, w małych kosztuje realny czas i pieniądze; a w życiu prywatnym to lepiej nie mówić...
Zresztą, najlepsze podsumowanie wprost powyższego problemu widziałem akurat w dużej firmie - zaczęło się bodaj od tego, że ujebał się kabelek do latarni na parkingu, czy coś podobnego. Ktoś się o to upomniał, że nie świeci a miało świecić. Ktoś zamówił naprawę (outsourcowaną). Ktos wystawił fakturę. Ktoś tę fakturę wrzucił administracji. Ktoś ją przerzucił do utrzymania ruchu. I tu zaczął się festiwal ambicjonalny, oparty na filozoficzno-teologicznym dylemacie "Zaprawdę, powiadam wam, azaliż czyja jest latarnia parkingowa i dlaczego tego drugiego działu, a nie nasza". Emaile polatały se z miesiąc, outsourcing nieco się upominał o coraz bardziej nieświeżą fakturę. W końcu w nasze niskie progi utrzymania ruchu zawitał A.
1) czyli ówczesny CFO polskiej dywizji (semi)korpo.
- (A) Hejka, podobno jakieś problemy są z jakąś fakturą za jakąś latarnię?
- (kolega M) Ano. Bo to jest, zaprawdę, administracji latarnia a nie moja, itd itp.
- (A) Mhm, a gdzie ta faktura w zasadzie?
- (M) A tu o.
(A czyta fakturę, nie wierzy w to co widzi, czyta jeszcze raz, jajako postronny kibic w tym momencie rozpieram się i wyciągam wirtualną kolę i popkorn)
- (A) CZTERYSTA PIĘĆDZIESIĄT ZŁOTYCH??? Myślałem, że jakieś czterdzieści pięć tysięcy... Czy was pogięło? Przecież moje zejście po schodach tutaj kosztuje więcej, o waszym czasie i zylionie emaili przez ten miesiąc nie mówiąc... Proszę nigdy więcej nie zawracać mnie i sobie dupy takimi pierdołami, bo skrzywdzę i konsekwencje wyciągnę.
I zabrał tę nieszczęsną fakturę i sobie poszedł, zostawiając mnie w zachwycie, bestia nie dzieciak.
No dobra, pośmialiśmy się po raz drugi, ale tak naprawdę, to pies jest pogrzebany zupełnie gdzie indziej. Gdyż te dosyć powszechne zachowania nie wynikają bynajmniej z tego, że ludzie są gupi tacy, tylko z tego, że są ludźmi (ok, jakaś wzorcowa tautologia mi wyszła). Wystarczy zrozumieć, co jest w powyższych sytuacjach zyskiem, żeby przestać się nabijać, a zadumać nad kondycją człowieczą, a może nawet ssaków naczelnych.
Bo przecież zyskiem nie jest 3 funty czy oszczędność w budżecie miesięcznym działu na poziomie 1%, ale zredukowanie dysonansu poznawczego przez wystarczające uzasadnienie zewnętrzne (o ile znam się kuchenno-zagrodowo na psychologii).
Co oczywiście wystawia bardzo złe świadectwo sposobom i zakresowi pracy, szeregowych albo i nie, pracowników, w nowożytnych firmach. Ale to akurat najmniejsze zdziwienie świata, że idiotyczna praca excelowo-emailowo-biurowa tak bardzo alienuje i powoduje taki dysonans, że nawet 3 funty nagrody wydają się dysonans nieco redukować i ból nieco łagodzić.
1) (pozdro dla jednego z najfajniejszych znanych mi CFO/CEO - raczej nie czyta, ale nieco obawiam się, że doniosą prezesowi)