Jesienno-nostalgicznie dopadła mnie muza z mojej wczesnej młodości. "Dopadła", bo na co dzień z polskim bluesem czy folkiem tak mi po drodze jak z dieslem kombi czy polskim jazzem, czyli wcale. Ale przed Martyną jakoś nie mogę uciec, od trzydziestu lat.
Bo "Maquillage" stuknęło właśnie 30 lat, słuszny wiek, i po prostu niesamowite, jak bardzo NIE zestarzały się te piosenki. Zmieniły się ustroje, czasy, my, a "Kiedy będę starą kobietą", "Władco...", "Albo cacy albo lili" no i oczywiście "W domach z betonu..." nadal dostarczają.
W przeciwieństwie do 90% ówczesnego polskiego rocka/popu/bluesa/czegokolwiek, który przeważnie jest już ramotą albo dla starych ludzi - z 1983, roku ofensywy polskiego rocka itd., roku pierwszego Jarocina, tu i teraz może coś Republiki bym wysłuchał bez żenady; ale całej reszty raczej już nie.
Tylko Martyna.
Trudno powiedzieć, na ile w tym zasługa prostoty muzyki Martyny, a na ile zasługa tekściarzy, szczególniej Andrzeja Jakubowskiego, z prostymi acz znaczącymi tekstami - bo chyba tym się właśnie broni ta muzyka, prostotą nie będącą prostactwem, prostotą miewającą nieproste znaczenia.
Na wielostronną jesień jak znalazł.