(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Czasem napotykam w popkulturze rzeczy, które powodują mi nawet nie hejt, czy zdumienie, czy zadziwienie naturą lucka i szołbiznesa, ale czystą bezbrzeżną smutną bezradność i niepojęcie.
Najświeższą taką zaszłością jest komercyjne, wypasione, przemysłowe sprzedawanie ludziom syntetycznej nostalgii, i zdaje się, że oni to kupują...
Chyba kołatało mi się to po półdupkach mózgowych od jakiegoś czasu, nieco mocniej zadzwoniło mi coś przy "Artyście" i oskarach; a dzisiaj uważnie obejrzałem klip Lany Del Rey "Video Games", posłuchałem tekstu, i po prostu ogarnęła mnie rozpacz, jak bardzo nie rozumiem tego zjawiska i ludzi którzy to "kupują". Dopóki słyszałem tę piosenkę nieuważnie w radiu na zasadzie "jakaś podróbka Nancy Sinatry", nie docierało do mnie, co je.
Rozumiem, kiedy ktoś odwala nostalgia trip, każdemu się zdarza. Nie to, że bardzo lubię cudze nostalgia tripy, stary jestem i mam dość własnych - ale rozumiem, po co Tarantino zrobił Kill Bill czy Deathproof, dlaczego ktoś w moim wieku nagrywa obecnie muzę w manierze progresywnego rocka czy elektroniki lat '80.
Ale kiedy sztab marketingowo-szołbiznesowy wymyśla i upozowuje wannabe-piosenkarkę, z zawodu córkę milionera, ur. 1986r., na gwiazdę lat 60, a raczej na jakąś szaloną zbitkę wyobrażeń i memów o gwiazdce lat 60 i jej "otoczce", i to się sprzedaje w Top Ten, to po prostu nie rozumiem. I wielu podobnych działań też, szczególnie że osiągnęły poziom fulskalowej mody i przemysłowy. Nie rozumiem po co, dlaczego, jakie potrzeby emocjonalne jakich klientów to zaspokaja.
A na deser, w krótkiej dyskusji rodzinnej nad tematem, która zdryfowała z popkultury na retro ogólne, zostaję przygnieciony wędliną jak za Gierka i robi mi się całkiem źle.