Piękny dzień jak na szkocką krainę, w której pogoda przeważnie jest klasycznie, w tartan - ale tym razem można powiedzieć, że nawet bezprzymiotnikowo piękna pogoda, tyle, że bardzo zimno jak na połowę kwietnia. Nieśpieszny sobotni ranek w dużym nowoczesnym warsztacie samochodowym - przeszklona recepcja-poczekalnia, wielkości dużego pokoju, z biurkami, telewizorem, fotelikami dla gości, i tak dalej, w kącie budynku w kształcie wielkiego L; w dwie strony widok przez szklane ściany na rzędy stanowisk, na jednym ramieniu L mniej więcej diagnostyka, na drugim mniej więcej warsztat.
Rano ruch jeszcze niewielki, nasz lexus obsługiwany w głębi "ramienia" diagnostycznego, obok jakiś sedan bez kół, czeka pewnie na opony, bo leży przy nim koło z gumą nierozsądnie przemieloną w szmaty. Na "ramieniu" warsztatowym jakieś SUVy i crossovery, coś większego srebrnego na podnośniku, uwija się przy nim mechanik i obok niego starszy pan, wysoki, prosty, elegancki, klasyka starszego szkockiego dżentelmena, pewnie właściciel czy dysponent wózka.
Dłuższą chwilę zajmuje mi opanowanie przekombinowanego ekspresu do kawy, aż manager musi mi pomóc - kiedy odwracam się, szkocki dżentelmen starszej daty stoi w środku pomieszczenia i przygląda się towarzystwu, także mojej facjacie.
Uśmiecham się do niego, idąc z kawą i herbatą do żony siedzącej w głębi.
- Pogoda się popsuła - zagaja uśmiechając się w odwecie - To jest nienormalne, żeby było tyle słońca. I tak zimno.
- No nie wiem, wydaje mi się dobra - odpieram - Może nie jesteśmy stąd, ale z tego, co widzę po sąsiadach i kolegach, w Szkocji naczelna jest zasada "nie pada, to znaczy, że pogoda jest piękna". Więc to jest piękna pogoda.
- A skąd, przepraszam, państwo?
- Stąd. A przedtem z Polski.
- Ojej. A ja jestem Czechem...
I już po chwili siedzieliśmy z panem Vaclavem nad kawą i przyjaźnią czesko-polską. Rozmawiając po czesko-polsku, oczywiście. Co oczywiście spowodowało pewien mind=blow u jakiejś zagubionej w innym kącie poczekalni klientki i u młodego managera serwisu (ale jemu, chyba po znajomości, pan Vaclav wyjaśnił zaraz sytuację, drąc się przez cały pokój "hej, Ian, napadły cię siły słowiańskie, czesko-polskie!").
A po takim niezwykłym spotkaniu, sprawdzam z nudów w necie, co też można się dowiedzieć o 70 letnim, nie udzielającym się w sieci, panu Vaclavie, i szczęka mi opada, jak łatwo być obecnie stalkerem. Ustalenie nazwiska, adresu, gdzie, kto, co, zajmuje minuty...
Pan Vaclav jest muzykiem, zawodowym skrzypkiem.
I to nie jakimś tam ostatnim szarpidrutem czy nauczycielem muzyki, grywał w pierwszych skrzypcach Opery w Glasgow itp. solidnych instytucjach. Pochodzi z Českých Budějovic. Ma 70 lat, jest prosty jak świeca, rześki i chyba bardzo zdrowy, bo zawsze na pierwszego kwietnia stara się pływać w morzu, chociaż w tym roku nie dało się, ale wkrótce skoczy na wybrzeże i popływa, nie może się doczekać.
Wyemigrował do Szkocji z Czech, po okupacji, w 1969 roku.
O Polakach ma zdanie ciepłe (łącznie z tym niezręcznym i trudnym do pojęcia stereotypem "A, Polacy, szlachta!" i z bardziej zręcznym i łatwiejszym do pojęcia "a grzyby zbieracie?"), nawet jeśli do okupacji nieco przyłożyli ręki - śmieje się, wspominając, jak piękna znajoma Polka, mieszkająca w Czechach, rozpaczała w 1968r. że jest teraz okupantką i jak musieli ją pocieszać. Zresztą, śmieje się, że z rosyjskim majorem, który wspomina czasem, jak był okupantem (i ma rację, bo był) - też się pan Vaclav kumpluje.
Bo Czechami zawsze ktoś rządził i ich okupował, więc Czesi musieli nauczyć się kumplować ze wszystkimi. Na moją nieśmiałą opozycję, że jednak niezależne księstwo i królestwo Czech paręset lat istniało, macha tylko ręką. Ale na argument, że Polacy jednak od Czechów pożyczyli tę całą zachodnią cywilizację tysiąc lat temu, wyraźnie robi mu się przyjemnie.
Pan Vaclav nie ma wielkich złudzeń co do obecnych Czech, ich poziomu życia czy kultury czy raczej kultury pieniądza ("Karlovy Vary są już całe sprzedane Rosjanom"), bywa od czasu do czasu, zna realia - ale mimo wszystko
myśli o tym, by na stare lata kupić sobie w Czechach domek. Chociaż żona jest bardzo przeciwna. Zdecydowanie poparłem żonę pana Vaclava w tej kwestii, ale chyba nie przekonałem go tak łatwo, że nie warto na stare lata zamieniać Szkocji na kociołek środkowoeuropejski.
Żona (o ile zrozumiałem, miejscowa, a przynajmniej nie-czeska), nie mogła mieć dzieci, więc adoptowali kilkoro.
Co najmniej jeden z dorosłych synów, z "miejscową" żoną, nadal mieszka z przybranymi rodzicami, w miłym domku na miłym osiedlu. Inny, jak się wydaje, mógł pójść własną drogą, przemocy i przestępstwa - choć może to być przypadkowa zbieżność wieku i czeskiego nazwiska...
Pan Vaclav był przesympatyczny i aż szkoda było się z nim tak szybko rozstawać - bo przegląd naszego lexusa nie trwał zbyt długo.
Możemy szkockiego Czecha nawiedzić kiedyś, przejeżdżam obok osiedla, gdzie mieszka, codziennie w drodze do pracy. Ale jak mu wytłumaczę zasady XXIw. stalkingu i że prywatność w I świecie już umarła i nie żyje?