Dawno nie było o naszym cotygodniowym ogladaniu w miarę świeżego i nowego dla nas kina, ale nadal staramy się to robić, od pół roku, zgodnie z postanowieniem. Stąd kolejna paka filmów:
Oldboy (koreański 2003) - nie taki nowy, ale dla nas premiera. Ładnie pokazana i solidnie zrealizowana, z niezłym aktorstwem, totalnie nieprawdopodobna historia. I nie mam na myśli tylko wątków sensacyjno-kopano-strzelanych tudzież megazemst ubervillainów, ale psychologię bohaterów, przy której moje tytanowe haki do zawieszania niewiary gięły się jak masełko. Ale ogólnie, do obejrzenia, no i zawsze to azjatycka egzotyka dobrze odrobiona, odmiana od holyłuda.
Thor, Thor 2 - nie było bardzo zle, może tylko kapeczkę niżej niż Avengers, ale wnioskuję tak, bo nie pamiętam, żebyśmy rzygali jadem, jak też - już nie pamiętam o czym to było, parę scen, parę archetypów tego sub-uniwersum i tyle.
Interstellar - głośny Nolan, SF zakręcony i skomplikowany. Podobno. Bo jakoś nie zauważyłem. Solidna filmowa robota, czego po Nolanie i ska wolno się spodziewać; dobrzy aktorzy; fajne scenografie i gadżety. Ale fabuła straszliwie dziurawa, gorzej niż sito, a sporo szczegółów tego SF to SF mięciutkie jak pupa niemowlaka i baaardzo umowne. Stany bardzo średnie, nie mam zamiaru tego więcej ogladać w przewidywalnej przyszłości.
Hunger Games - wielki przebój, zdaje się. Nie wiem jak książki, ale dla mnie film to spłaszczona i zdurniona (jeszcze bardziej, co jest pewnym osiągnięciem) podróbka Battle Royale, japoński 2000r. Jedyne co mi się podobało, to motywy związane z dystopią, jej polityką, mediami, itd. reszta - to już było, nie raz, nie dwa, i to lepiej zrobione.
Frozen - jakby to powiedzieć, no nie jest to animacja klasy do której przyzwyczailiśmy się w ostatniej dekadzie czy nieco ponad. To jest jakiś Disneya powrót do jego zjebanych korzeni. Pierwszą połowę obejrzeliśmy ze szczękami na glebie, ale nie z podziwu, tylko ze zdumienia, że przerzuciło nas w czasie jakieś 20 albo i więcej lat wstecz. O ile pamiętam, po "Tangled" sami mówili, że klasyczna formuła "filmu o księżniczkach" wyczerpała im się, a tu proszę, jak muzykalny zombie. Druga połowa kapkę lepsza, ale i tak żena. A jak się zastanowić, to potencjał był, fabuła i "obsada" dawała spore pole do popisu, ale wykorzystali tego może 20%, reszta to wielkobudżetowe i megaformatowe klisze disnejowe, wleczone w koleinach głębokości Wielkiego Kanionu. I słusznie mi wytknięto, że śmiałem na "Brave" ("Merida") nieco narzekać - niniejszym odszczekuję, przy "Frozen" to "Brave" jest arcydziełem kina powszechnego.
Limitless - zacny SF-akcja, na motywie "a gdyby amfetamina działała tak, jak wszyscy byśmy chcieli". Dobrze zrealizowane, dobrze zagrane, fajne smaczki i motywy, nawet jeśli główna linia fabularna dosyć oczywista i przewidywalna. Ładny drobiazg, to pokazanie, że naprawdę mocna auto(ewo/rewo)lucja, mniejsza czy prochami czy dowolnie inaczej, powinna być rozważana w kontekście - nagle KAŻDY może być bogiem, gdyż jeśli nie każdy, to jest kino superbohaterskie, jakiś kolejny Superman czy Spiderman (BTW tego aspektu brakło w następnym mikrorecenzowanym filmie). Może dosyć miękka fantastyka, ale rozrywka przednia, podobało nam się.
Lucy - to samo co Limitless, ale o poziom wyżej. Scarlett jako ewoluująca na spidzie human superior jednak solidniejsza niż sympatyczny Cooper, i ogólnie "produkcja" Bessona bije na łeb niczyją produkcję Limitless. Jedyna wada, to że pojechali z tradycyjnym debilizmem "wykorzystaniem mózgu w x%" tudzież czary-mary mające mało wspólnego z SF a bardziej z komiksem jak "Piąty element" - po wzmiankach gdzieś tam, spodziewałem się po prostu uczciwego nano i realizacji drobnego kawałka wizji jak z "Czarnych oceanów" Jacka Dukaja, ale to jeszcze widać za skomplikowane dla fabryki snów. Ale i tak było bardzo bardzo dobrze. I całkiem dobry prognostyk co do Scarlett w roli Motoko Kusanagi.