Mało co mnie bardziej zmęczyło na "urlopie" w PL, niż jeżdżenie po Warszawie i okolicy. Po paru dniach doszedłem do wniosku, że wolę 13h jazdy Amsterdam - Warszawa ciurkiem, niż 4h po Warszawie i okolicy.
I nie idzie mi nawet o przebudowy dróg czy korki - po to używam sofy na kołach napędzanej podtlenkiem propanu-butanu, tudzież planuję trasy z kolosalnym zapasem, żeby mieć w nosie snucie się ze średnią 10km/h czy wręcz stanie w korku. W zasadzie nie zgrzewa mnie, raczej - to okazja do posłuchania muzyki w wygodnym fotelu (dlatego przyszło dokupić "na szybkiego" jakieś radio do szrotwagena, bo "właściwe" zostało w Szkocji - skądinąd impulsowo kupiony
no-name z marketu dla majsterkowiczów okazał się zaskakująco przyzwoity, polecam).
Od czego się odzwyczaiłem i trudno znieść, to oczywiście polscy, a może i warszawscy, kierowcy. Żebyśmy się rozumieli - połowa ludzi w Wawie i okolicy jeździ w miarę normalnie i jak ludzie. Ale niestety, druga połowa jeździ jak pojeby i małpiszony, z burakami zamiast mózgów. Wymuszanie pierwszeństwa, blokowanie skrzyżowań (trafiło mi się tym razem parę jazd przez Dolinkę Służewiecką w szczycie ruchu - to nie skrzyżowania, to nawet nie cyrk na kółkach, to wprost festiwal debili), lewoskręty na szybkiego, prawoskręty bez opamiętania, przeloty na światłach "na ciemnozielonym", zmiany pasów bez patrzenia a częściej - bez sensu, wysoce opcjonalne kierunkowskazy, siadanie na zderzak, zero uwagi dla pieszych czy jednośladów itd. itp. nie ma sensu się rozpisywać, przecież pisano o tym setki razy a jak jest, każdy widzi. A co ciekawe, po zmroku, kiedy teoretycznie natężenie ruchu spada i powinno być lepiej, robi się jakby gorzej - bo nagle z warsiaskiego +20km/h robi się nocne +40km/h i nagle prawie każdy posiadacz 4 kółek, nie ważne czy golfa-trupexa, czy civika mającego +80KM dzięki końcówce wydechu fi 80, czy BMW trójeczki "prawdziwa folia carbon", czy passka po żonie księdza emeryta z Monachium, czy A szósteczki służbóweczki - na widok kawałka pustej ulicy dostaje małpiego rozumu i pociska zygzakiem, że hej - tylko nie wiadomo po co.
Obserwując to nieco z boku, po dwu latach odwyku, ale, niestety, uczestnicząc, nie sposób nie rozmyślać, co się tej połowie kierowców stało w ciało gąbczaste, które mają zamiast mózgu. Bo jednak - akcje jak po Warszawie co 5min, widuję w UK ze dwie rocznie. Ale z drugiej strony - to nie jest chaos jak np. w Indiach, wynikający z kolosalnie przeładowanych dróg, tragicznego stanu zarówno infrastruktury jak i samochodów, no i specyficznego traktowania prawa drogowego. Jest wrażenie, że polskawy chaos jest nieco inny.
Jego najważniejszą różnicą wzg. chaosu indyjskiego i, oczywiście, wzg. normalności UK, o porządku DK czy DE nie mówiąc, jest to, że połowa polskich kierowców ma wszystkich innych użytkowników drogi głęboko w dupie. Nie jest to zbyt odkrywcze stwierdzenie, ale serio, moim zdaniem to najbardziej różnicuje Warszawę od Madrasu - bo w Madrasie oczywiście wszyscy się wpychają, duży może więcej, bogaty może jeszcze więcej, kodeks drogowy przypomina kodeks piracki ("zbiór raczej luźnych wskazówek"), ALE wszyscy mają oczy w koło głowy, starają się ułatwiać sobie nawzajem jazdę a nie utrudniać, dają sobie znaki klaksonami (to nie jest trąbienie "na siebie" w złości a komunikacja "do siebie" nawzajem) i po prostu nie robią tyle głupot.
W Wawie co drugi kierowca zachowuje się, jakby był panem i władcą na krańcu świata, a inni użytkownicy drogi upierdliwymi przeszkodami na torze przeszkód, albo wprost wrogami do zatłuczenia, pardą, objechania.
I kiedy tak się patrzy na to nieco z boku, nie sposób nie zadać sobie pytania, dlaczego? Oczywiście standardowa odpowiedź to - spieszą się, życie w Wawie jest szybsze i ostrzejsze niż na jakichś zadupiach, czy w innych Szkocjach czy Daniach, i to się przekłada na drogi, niestety. Moja odpowiedź na tego typu wyjaśnienia zawiera za dużo słów niecenzuralnych, żebym ją tu wypisał. Bo jeśli ktoś myśli, że w Kopenhadze, Londynie czy Glasgow ludzie się nie spieszą, nie wkurzają ich korki, itd itd. to chyba się z upośledzonym na umyśle tasiemcem na łby zamienił.
Więc może dlatego, że to Polacy, zadziorni, samorządni, neoliberalni, kibolscy, na osranej zagrodzie równi wojewodzie? Ten trop jest nieco bardziej kuszący, bo troszeczkę wierzę w "polską anarchię" w kontekście transmisji kultury, tego miksu polacko-zaściankowo-kibolsko-szlachetkowo-folwarcznego. Ale to też wydało mi się nie do końca prawdziwe.
Dopiero po paru dniach jeżdżenia po Wawie doznałem minioświecenia, niezbyt odkrywczego, ale tej wersji będę się trzymał - ci wszyscy pieprznięci kierowcy ciągle i ciągle okropnie się boją. Jak zresztą połowa, albo i lepiej, tego społeczeństwa, stąd szaleństwo drogowe jest drobnym objawem szerszego problemu. Czego tak bardzo się boją?
Boją się, że wyjdą na frajerów, podludzi, przegrywów. Że są nimi. I za wszelką cenę próbują udowodnić sobie i innym, że nie są frajerami, na drodze i przy pomocy samochodu też. Ale nie tylko tam - frajerzy nie wyrzucają śmieci do lasu, frajerzy płacą uczciwie podatki, frajerzy uczciwie pracują, frajerzy uczciwie płacą za pracę, frajerzy dbają o innych czy o dobra wspólne, frajerzy są uprzejmi itd itd. To jest sedno tej kultury, a raczej jej braku - tak czy owak transmituje się z pokolenia na pokolenie.
Nie katolicyzm, ale "jam jest Pan, samodzierżca swój, który się wywiódł z ziemi frajerskiej, z domu zakompleksionego" jest religią większości Polaków.