Jak przewidywałem, tak też się stało - niepodległość Szkocji odpadła w referendum, z ok 10% przewagą.
Porażająca frekwencja była widoczna przez cały dzień w koło punktów głosowań, a nawet wieczorem (wróciłem z Moray ok. 21) - może nie tłumy, ale kłębiło się. A na listach głosowań we wsi (z których nas też skreślano) wyglądało na frekwencję 95% nawet, a nie 85-90%. Ale w sumie nie dziwne, mało kto podchodził do tego głosowania "polityka mnie wali i nie zajmuję się nią".
Z ciekawostek, głosowała też młodzież od lat 16 - pewnie ktoś miał pomysł, że młodociane emo-braveharty, nie mające nic do stracenia, dodadzą trochę głosów yes. Ale wbrew pozorom, znajoma młodzież podzieliła się nie gorzej niż starsi (bo, skądinąd, nie wszyscy młodzi uważają, że nie mają nic do stracenia).
"Na górze" szkockiej polityki małe przemeblowania po klęsce, ale ogólnie zaskakująca klasa wypowiedzi wszystkich stron, po porażce i po zwyciestwie - a może to tylko polska polityka tak mi obniżyła oczekiwania, że prosty brak opluwania się i obrzucania gównem, wydaje się wysokim standardem.
Glasgow i okolice, pozornie zaskakująco, głosowały z przewagą "Yes" - ale, jak pisałem wcześniej, linia podziału nie idzie głównie po woli zysku czy nawet nacjonalizmach, ale po tym, kto uważa, że nie ma nic do stracenia. Oczywiście, z perspektywy PL czy niewykluczonych, 30% Glasgow siedzące na socjalu i całkiem nieźle urządzone (jak na UK, bo to jednak nie Dania czy Norwegia) powinno być wdzięczne, że nie ma znacznie znacznie gorzej (np. jak na socjalu w kraju z PKB per capita o 60% niższym...) - ale point w tym, że oni uważają, że mają tak bardzo okrutnie przeraźliwie źle, że może być tylko lepiej.
Po przegraniej "yesów" zwolennicy "no" (lokalnie - akurat skinole i kibole)
ruszyli odbijać centrum Glasgow, wcześniej mocno zawłaszczone przez "yesów", co skończyło się wieczornym afterparty z udziałem policji, pieśni patriotycznych i paniki w socjal mediach. Ale o 1am towarzystwo się rozeszło, większe zadymy tu są po meczach, niż po byle referendum niepodległościowym.
W pracy ogólnie przybijanie sobie piątki, a jak przyznałem, że niestety, zdroworozsądkowo, jednak byłem "no", nastąpiła próba uściskania mnie z wdzięczności. Umiarkowanie skwaszonych było zaledwie parę osób.
Z innych ciekawostek, termin "cisza wyborcza" nie jest tu jakoś specjalnie zrozumiały - minipikietowano nawet w koło punktów wyborczych, a w samej bramie stały dwa spore standy "Yes" i "No".
W naszej najlepszej tradycji, od razu zajumaliśmy z jednego z nich poster "No" na pamiątkę. Może dziś jeszcze gdzieś dorwiemy (bo szybko sprzątają) jakieś nieduże "Yes".
(dodane: dopadlim!)