Wygląda na to, że moja sytuacja się poprawia, bo dzisiaj dwu managerów ciągnęło mi druta.
Cholera, to nie tak jak myślicie. A zresztą, kto tam wie, co wy sobie myślicie, zboczusie.
Po prostu nowy, błyszczący, cacany, wypasiony przepływomierz (dokładnie
ten o którym już nieco było), wzion i nawet nie wystartował, tylko wyświetlił zylion błędów i to raczej z kategorii "uwaliło mi sensory, laboga" a nie "pomasuj mi wejścia, kotku". BTW jest to nieźle skomputeryzowany przepływomierz Coriolisa, więc można się na nim doktoryzować, a nie tylko rozkminiać pół dnia, którego nie mamy. Na co zmartwili się wszyscy a menageros najbardziej, że jakże to tak, i co z nami będzie? A ja na to, że generalnie mi ich przepływomierz lata i powiewa, bo to ich przepływomierz, jak dla mnie objętość w zbiorniku to obsługa może mierzyć kijaszkiem albo i na oko, i żegnam, gdyż zarobiony jestem. Na co przypomnieli sobie, że stary przepływomierz jeszcze nie zdemontowany, bo szczęśliwie jest na drugim końcu rury, i tutaj o. Na co ja, że fantastycznie, a najbliższa karta wejść analogowych jest o tam o, i żegnam, bo zarobiony jestem. To było wczoraj i to raczej po południu.
A dzisiaj, z braku ludzi i możliwości, we dwu, kierownik gorzelni i kierownik projektu, wynaleźli gdzieś w śmieciach ostatnią ścinkę fachowego kabelka, przeciągnęli ją własnoręcznie przez obiekt i fortunnie starczyła na styk do PLC.
Szkoci to twardziele.
A robota to głupota.
I chyba jednak będziemy jutro robić zacier.