Logo
"Labirynt" tom 1 (2022)

Moja powieść SF z okazji 100-lecia urodzin S.Lema
Labirynt 1
"Lekkość" (2025)

Moja powieść techno-fantasy
(tom 2 cyklu "Urocza)"
Urocza 2 - Lekkość

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

janek.r - Pod-sumo-wanie (1)
Sun, 20 Sep 2026 20:19
@zabytkowa satelitarna NHK Cały czas dostępna za darmo z...

Boni - Pod-sumo-wanie (1)
Sun, 20 Sep 2026 17:42
Cd. anegdot Właśnie poznałem kolejne anegdotyczne...

Boni - Pod-sumo-wanie (1)
Sun, 20 Sep 2026 17:27
@Codiac Małe sprostowanie: piłki kopanej nie...

Codiac - Pod-sumo-wanie (1)
Sun, 20 Sep 2026 17:07
Dlatego napisałem, może nieco nieprecyzyjnie "do...

Boni - Pod-sumo-wanie (1)
Sun, 20 Sep 2026 16:32
@Codiac Małe sprostowanie: sumo bardzo łatwo...

Codiac - Pod-sumo-wanie (1)
Sun, 20 Sep 2026 15:37
Sumo to nigdy nie były moje klimaty - mocno egzotyczne i...


Tagi:

Alba DIY Hellas MotH Vorin bibliotheca blogorg film fun geannaire gogika hejt kwestia-ceny labirynt lemiana lewałki marynata mitogogika motocyk muza namysł nazakupy nieznośna nostalgia okolice pieczarki prawałki przemysł rapiery redukcja striptyz sumo szort szrot triptrop unrealpolitik urocza varia wydaje-się zagrywka zen Éire

Fuller
Strona-agregator dla kontentu, który wchłaniam na co dzień


Inne własności:

Cegielnia
Logos - wygryw w słówka
inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap


Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

    NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2025-11-21, piątek
Tagi:  urocza, szort     
___________________________________

Wrzucam poniżej spory teaser - kawałek "Lekkości", czyli drugiego tomu cyklu "Urocza", nieco ponad 30tys. znaków. Wrzucam chyba najbardziej po to, żeby dodać sobie motywacji, bo pomimo większej ilości wolnego czasu ostatnio pisanie końcówki "Lekkości" idzie mi znacznie wolniej, niż poprzednio. Ale może czas to nie wszystko, potrzebny jeszcze spokój.

Fragment zawiera umiarkowane spojlery, moim zdaniem; na pewno pokazuje ten moment w początku tomu, kiedy do grubego zestawu tagów opisujących te moje techno-fantasy - historia - historia alternatywna - sensacja - militaria, należy wołami dopisać "marynistyka" (i stąd też obrazek na deser).

Miłej lektury życzę.




Następnego dnia około południa, akurat kiedy zrobili sobie przerwę po całej nocy i pół dnia rozmów o unikalnych Niszczycielach i innych zagrożeniach, oraz grzebania w internecie, w tematach od „jak zdekontaminować napromieniowaną sypialnię” po „jak kupuje się jacht”, i dla gimnastyki zajęli się naprawami i majsterkowaniem, pojawił się pod siedliskiem Frasera dziwny gość.

Paul akurat poprawiał z drabinki naderwaną rynnę garażu, Nina podawała mu wkręty i cieszyła się rześkim szkockim wiatrem we włosach, kiedy pod bramę zajechał srebrny nissan Almera, był w nim tylko kierowca.

Obejrzeli się na gościa zdziwieni, spojrzeli na siebie. Nina uniosła pytająco brew, Paul wzruszył ramieniem i zlazł z drabinki.

Z wozu wysiadł chudy facet w średnim wieku; w okularkach, w niemodnym ciemnym garniturze, pod krawatem i z teczką w ręku. Stanął przed bramą, obrzucił ich nieprzychylnym spojrzeniem, z dezaprobatą rozejrzał się po siedlisku.

- Prawnik? – uśmiechnęła się pod nosem Nina.

- Może i tak – prychnął Paul, dyskretnie sprawdzając kaburę z waltherem – Nie wygląda na zabójcę…

Pomaszerowali do typka, zatrzymali się o krok od bramy. Nina była ciekawa jak Paul to rozegra, ale on milczał, tylko świdrował gościa wzrokiem i czekał, aż przybysz się zmiesza.

Co dziwne, przybysz nie zmieszał się, tylko przywitał się, dość grzecznie.

- Dzień dobry, inspektor Madison, Home Office.

- Dzień dobry – rzucił Paul, nie podtrzymywał rozmowy.

- Możemy porozmawiać?

- Właśnie to robimy.

- A wygodniej niż przez bramę? – skrzywił się Madison.

- Pokaż pan jakiś papier.

Inspektor okazał legitymację, Paul uważnie ją przestudiował.

- To jednak będzie przez bramę – rzucił.

- Pan nie chce pod dobroci? – Madison nachmurzył się, oczka krótkowidza za okularami zrobiły się zimne – Niech będzie… Panie Fraser, pan jest najemnikiem i bandytą!

Nina stojąca krok za Paulem parsknęła śmiechem, tak zaraźliwym, że Paul z trudem zachował powagę. Inspektor obrzucił ją wrogim spojrzeniem.

- Ja nie żartuję, dobierzemy się panu do tyłka! – rzucił głośniej, nieco unosząc teczkę trzymaną w lewej ręce, jakby miał tam wszystkie haki na Paula, a nawet jeszcze więcej.

Fraser pokręcił głową, spod jakiego kamienia ten człowiek wylazł i o co mu tak naprawdę chodziło?!

- Inspektorze, pomijając te absurdalne insynuacje i pogróżki wobec weterana i szanowanego farmera... – obejrzał się na Ninę, która niby opanowała się, ale teraz wyglądało, że popuści z tłumionego śmiechu, z tego „weterana i farmera” - … to przecież nie ma pan nakazu, ani nie przyjechał pan tu sam mnie aresztować. Więc może pójdźmy na skróty: o co panu chodzi??

- O to, żeby pan się wyniósł z tej okolicy, wtedy może przymkniemy oko na pana wyczyny… - odparł Madison.

Paul zmarszczył brwi, to było dziwne. Myślał, że może inspektor przyjechał po łapówkę, nie byłby z tym pomysłem pierwszy, ale wyglądało, że jednak nie.

- Tylko tyle? To wystarczy, żeby zaspokoić pańskie poczucie prawa i sprawiedliwości? – Paul zmienił ton na drwiący – Wie pan, ja tu i tak rzadko bywam, i prawa nie łamię!

- Idzie o to, żeby pan się wyniósł na zawsze! Prawdziwie szanowani obywatele mają pana dosyć!

- Aaa! Czyli pan tu jest na prywatne zlecenie! – Paulowi zaczęło rozjaśniać się w głowie – Trzeba było tak od razu, a nie mydlić mi oczy Home Office!

Madison niepewnie pokiwał głową, zastanawiał się, co ma odpowiedzieć.

- Panie inspektorze, pan przedstawi dokładniej propozycję, co miałbym zrobić, żeby mi pan dał święty spokój – znowu zerknął na Ninę, która bawiła się przednio, mrugnął do niej szelmowsko.

- Sprzedać farmę i zniknąć stąd na zawsze, i nigdy nie wracać! – wyrecytował Madison, jakby miał to wykute na pamięć – To dla pana jedyne wyjście z tej sytuacji!

- Aha – Paul pokiwał głową ze zrozumieniem – Sprzedać jakiemuś „słupowi”, bo Zamek znowu chce mojej ziemi? Dużo panu płacą??

- Co pan insynuuje! – nadął się Madison – Nieważne, kto za co płaci, ważne, że pan jest wrzodem na ciele społeczeństwa i pomagam go usunąć! Wolałbym przez więzienie, ale jak mówiłem, ma pan inne wyjście!

Paul westchnął, wyraźnie odwrócił się od inspektora i obejrzał na Ninę.

- Dasz radę prowadzić samochód? – zapytał cicho – W ruchu brytyjskim, po lewej?

- Oczywiście – odparła równie cicho i poważnie, ale jej zielone oczy śmiały się.

Paul ponownie odwrócił się do Madisona, który nadal marszczył brwi w oburzeniu, ponad okularkami silnego krótkowidza, i nieco sapał. Fraser zrobił krok do samej bramy.

- Widzi pan inspektorze, to niesamowite, ileż jest innych wyjść z tej sytuacji! – rzucił, wyrywając z kabury walthera i pakując go Madisonowi pod oko, ale z umiarem, nie chciał mu uszkodzić okularów.

Inspektor zaniemówił i upuścił teczkę, zrobił straszliwego zeza na pistolet, zimna lufa parzyła go w policzek, odruchowo podniósł ręce.

- Na przykład, przez moment nawet chciałem pana nadpłacić – Paul kręcił głową, Madison z nadzieją spojrzał na niego – Ale już mi się odechciało. Kluczyki od nissana!

Inspektor drżącą ręką wydłubał z kieszeni pęk kluczyków, od wozu i jakieś inne, podał je Paulowi. Który rzucił je Ninie, po czym nacisnął przycisk na słupku bramy, która zaczęła się otwierać.

Cały czas Madison zaglądał w lufę walthera, z odległości pół metra wydawała się mieć rozmiar tunelu kolejowego. Zaczął pocić się i dygotać ze strachu.

- Przestaw wózek za dom! – Paul rzucił do Niny przez ramię – Teczki nie zapomnij! My też się tam przejdziemy.

Sprawnie schowali się za domem, zeszli z widoku od wąskiej drogi. Madison jakby troszeczkę oprzytomniał. Ale zanim odzyskał rezon, Paul dźgnął go lufą w nerkę, z umiarem, na tyle, żeby gość nie próbował jakichś numerów.

- Otwórz bagażnik! – rzucił do Niny, która wysiadła z nissana i przyglądała się z zainteresowaniem rozwojowi sytuacji.

- Panie Fraser, to... panu nie... ujdzie na sucho! – Madison dał głos, miał zamiar być stanowczy i władczy, ale zupełnie mu nie wyszło, łapał powietrze co drugie słowo i piszczał.

- Ale co konkretnie? – zainteresował się Paul, pokazując Ninie, żeby podeszła do nich, stali przy bagażniku, którego klapa właśnie odskoczyła.

- Grożenie… nielegalną bronią! Porwanie!

- A ja myślałem, że zabójstwo! – zadrwił Paul – Już miałem się spierać, że jakoś żadnego ze skorumpowanych gliniarzy i inspektorów, których zakopałem po tych lasach, nikt nigdy nie znalazł, i uszło mi to na sucho! Ale co do grożenia i porywania, nie mam zdania.

Madison zadygotał.

- Weź go na muszkę, proszę! Muszę przygotować panu inspektorowi gniazdko – mruknął do Niny, która błyskawicznie przejęła walthera i wycelowała w twarz Madisona, zanim ten zorientował się, co się dzieje. Ale po chwili przyjrzała się pistoletowi i pokręciła głową.

- Paul, czy ja mam omamy, czy ta spluwa jest niezaładowana?? – rzuciła zdziwiona.

- Hę?! – rzucił Madison.

- Aha – rzucił Fraser przez ramię, wywalając z bagażnika jakieś pudło, koc i zestaw narzędziowy, i dwie butelki z wodą.

Zanim inspektor zdążył wymyślić czy i co może zrobić, Nina błyskawicznie przeładowała walthera, i znowu lufa pistoletu znalazła się pod okiem inspektora. Ponownie dostał znajomego zeza i zaniemówił.

- Nie rozwal go przypadkiem, bo nas zachlapie! – Paul chamsko urwał uchwyt bezpieczeństwa od wewnętrznego otwierania bagażnika, i sprawdzał, czy nie da się otworzyć tylnej kanapy od strony przestrzeni bagażowej.

- To się upierze! – rzuciła Nina za jego plecami.

Paul wyprostował się, przyjrzeli się przerażonemu Madisonowi. Przeszukał go pobieżnie, Nina nadal trzymała urzędnika na muszce.

- Do budy! – szczeknął Paul, inspektor niezgrabnie zaczął ładować się do bagażnika, niezbyt dużego. W końcu skulił się w kłębek i zaczął płakać.

Paul wrzucił mu przed twarzą dwie butelki wody i delikatnie zamknął klapę, sprawdził, czy jest dobrze zatrzaśnięta. Zaczął zbierać to, co wyrzucił z bagażnika i pakować wszystko na tylną kanapę, razem z inspektorską ważką teczką.

- I co teraz? - Nina rozładowała walthera.

- Teraz zadzwonimy.



Turlali się do Tarland grubo ponad godzinę, bo okrężną lepszą drogą, a nie zadupiami przez górki.

Brygadier Harwood, pomieszkujący na emeryturze w hotelu-kompleksie Douneside w okolicy Tarland, obsługującym wyłącznie weteranów zgodnie ze statutem trustu charytatywnego ufundowanego przez jakichś zaprzeszłych bogaczy, nie był zachwycony telefonem od Paula.

Ale Fraser cieszył się, że były dowódca go w ogóle pamięta, a nawet, że istnieje.

Znali się od czasów Falklandów, kiedy Paul był kapralem, a Harwood kapitanem. Potem awansowali „równo”, Fraser nie zawsze podlegał Harwoodowi, ale jakoś tak wychodziło, że przeważnie się spotykali, czy wpadali na siebie.

Oficer zawsze go wspierał, zachęcał, Paul odpłacał wdzięcznością i szacunkiem; kiedy miał już wyrobioną markę i stopień sierżanta, to się liczyło. Byle siuśmajtkowi porucznikowi czy kapitanowi sierżanci i chorążowie potrafili naprawdę zatruć życie; kto miał szacunek średniej kadry, ten miał dwa razy łatwiej.

Ich drogi rozeszły się na chwilę, kiedy Paul, pomimo namów i zapewnień podpułkownika Harwooda poddał się i zrezygnował ze służby, w stopniu starszego sierżanta sztabowego. Próbował przeczekać dwu innych dowódców, którzy mu rzucali kłody pod nogi, i jakoś dopchać się do kursów podoficerskich dla starszej kadry, ale w końcu miał dosyć.

Po odstawieniu na dwa lata do szkolenia rezerwistów i kiedy okazało się po powrocie do jednostki, że nadal jest w czarnej dupie, zwolnił się. I tak jeszcze z normalnym rocznym wypowiedzeniem i dosługą za wszystko, co tylko Royal Marines mogli mu przypisać, za każde szkolenie, specjalizację i tak dalej.

W końcu wyrwał się, nie miał żalu akurat do pułkownika Harwooda, który też rozumiał, że colour sergeant Fraser nie ma ochoty zostać na wieki w tym stopniu, na końcu ścieżki awansu żołnierskiego, z zamkniętą przez jakichś upartych czy wrednych przełożonych ścieżką awansu podoficerskiego i oficerskiego. Rozstali się w przyjaźni.

Co okazało się bardzo przydatne, dla nich obu, kiedy Paul poszedł w biznes najemniczy, a Harwood w rejony zbliżone do służb specjalnych, dziwnych działań łącznikowych, okolic MI6 i tak dalej, choć nadal pod przykrywką Royal Marines Commando.

Paul zrobił parę robótek dla pułkownika, wkrótce brygadiera Harwooda, brygadier Harwood czasem mu pomagał załatwić sprzęt, logistykę, sprawy, ludzi.

Jak dzisiaj.

Pomimo przejścia niedawno w stan spoczynku, brygadier nadal miał takie układy i możliwości, że proszę wstać, i to na baczność.

Dlatego turlali się do Tarland, oboma samochodami. Paul BMW z przodu nawigował, a Nina zaraz za nim nissanem, z panem inspektorem w bagażniku.

Po drodze przejeżdżali niedaleko Zamku, Fraser przez chwilę miał ochotę tam podjechać i szczerze porozmawiać, może z lekcją poglądową nad bagażnikiem nissana, w temacie: gdzie skończą wszyscy „wysłannicy” Zamku, ale machnął na to ręką. Eskalacja nie miała sensu, do tamtych nic nie docierało, nawet do młodszych, nie mówiąc o arystokratyczno-konserwatywnym betonie tatusia czy dziadunia, jeśli jeszcze żył.



Zajechali pod kompleks Douneside po południu, było mniej pogodnie, trochę chmurek, ale nadał fajne szkockie lato. Zaparkowali daleko od hotelu i ludzi, dyskretnie sprawdzili, czy inspektor ma się dobrze – prawie umarł ze strachu, przekonany, że wywieźli go w jakąś dzicz, a teraz zabiją i zakopią… Kazali mu się uspokoić i być cicho, bo jak nie, to go zabiją i zakopią.

Zgłosili się na recepcji, zapowiedzieli się do pana brygadiera; nie potrzebowali przewodnika, Paul znał to miejsce.

Pomaszerowali spacerkiem przez fantastycznie zadbany park, do jednego z domków, w których pomieszkiwali najbardziej szacowni (i bogaci) rezydenci-weterani.

Brygadier wyszedł im naprzeciw, witał się wylewnie, był znacznie bardziej gruby i jowialny, niż Paul pamiętał. Ale bez wątpienia był to ten sam Harwood. I był już nieco wstawiony.

Rozsiedli się w saloniku mini-willi, Harwood polał im sherry z dobrze napoczętej butelki, Paul przekonał go, żeby zająć się „sprawą”, zanim się upiją. Po paru telefonach okazało się, że muszą poczekać ze dwie godziny, aż ktoś pechowego pana inspektora odbierze, więc – mogą się napić! przynajmniej w mniemaniu brygadiera.

Paul i Nina sączyli niewiele i, po dyskretnym umówieniu się, ciągle zagadywali Harwooda, żeby snuł opowieści o dawnych akcjach, ludziach, miejscach, zamiast chlać w opór. Nawet zadziałało.

Kiedy dotarły właściwe służby i dały znać z parkingu, pan brygadier był jeszcze całkiem zdatny do użytku. Nieco pomogło, że Nina parę razy podała mu dłoń „podtrzymując na duchu”; teraz została pilnować go, kiedy Paul wyskoczył na parkingi.

Czekało na niego dwu podtatusiałych agentów, przy granatowym mercedesie. Przywitał się grzecznie, przypatrywali się sobie uważnie, z jednym z nich chyba znał się przelotnie.

- Czy my się znamy? – Paul nie wytrzymał kiedy szli do nissana, oglądał się na korpulentnego gościa ze śmieszną zaczeską, który w rewanżu też uważnie przyglądał się Fraserowi.

- Chyba tak, z widzenia… - mruknął agent – Chile?

- Chile! – pokiwał głową Paul.

Doszli do nissana, naświetlił im sytuację, kto, co, dlaczego. Nie wspomniał tylko o teczce pana inspektora, która tajemniczo zniknęła.

Otwarli bagażnik, przestraszony Madison przyglądał się trzem ciemnym postaciom, które pochyliły się nad nim, na tle pogodnie pochmurnego nieba.

- Jak widzicie, w całkiem dobrym stanie. Komisyjnie, w wasze ręce! – zaśmiał się Paul.

- Aha, pokwitować ci gdzieś?? – drugi agent też szczerze się rozbawił.

Znajomy z zaczeską nie śmiał się, pochylił się nisko nad Madisonem, zajrzał mu głęboko w oczy.

- Faktycznie, nieuszkodzony… ale to się może jeszcze zmienić – wyprostował się – Nienawidzę skorumpowanych gliniarzy i urzędników! – bez ceregieli zatrzasnął klapę.

- A to już jak pan uważa! – Paul ukłonił mu się i wręczył kluczyki. Pożegnał się i pomaszerował z powrotem do domku Harwooda.



Po załatwieniu sprawy Madisona mieli ochotę jak najszybciej wyrwać się do domu, ale Paul stwierdził, że posiedzą jeszcze chwilę, pozwalając upić się brygadierowi, niech ma dobre wspomnienia, może przydać się na przyszłość. Nina przyznała mu rację.

- I czo teraz planujesz, Fraszer? – Harwood był już naprawdę wstawiony – Nisz mi nie mów! Wszystko tajne! – zamachał kieliszkiem; teraz pili singla Talisker, znacznie mocniejszą whisky niż byle sherry.

- Nic poważnego nie planuję, panie brygadierze! – Paul i Nina ledwo moczyli usta – Co najwyżej pożeglować na południe!

- Pożeglować! Pewnie! – Harwood siupnął jakieś 50 gram single malta, bez wody. Zastanawiał się bardzo długą chwilę, nad pustym kieliszkiem – A czym ty chcesz żeglować, Fraser??

- Jeszcze nie wiem, panie brygadierze! Coś sobie kupię! – spojrzeli na siebie z Niną i przewrócili oczami, może jednak czas się zmywać.

- Aha – Harwood zastanawiał się solennie, pijacko – Czeka!

Wziął hotelowy telefon z bocznego stoliczka, i wbił dwucyfrowy numer.

Znowu spojrzeli na siebie z Niną.

- Co on robi? – szepnęła.

- A skąd ja mogę wiedzieć! – Paul zastanawiał się, jakich kłopotów napyta im pijany brygadier Commando i tajnych służb Jej Królewskiej Mości.

- John? Cześć John! – zagaił Harwood do słuchawki – Możesz gadać?… No bo ja chciałem zapytać, czy nadal masz tę łajbę, co to narzekałeś, że nie możesz sprzedać?… Aha, a za ile?… - parsknął w słuchawkę na odpowiedź z drugiej strony.

Paul i Nina zbystrzeli, oboje synchronicznie odstawili kieliszki, robiło się ciekawie.

- Ty, John, ale ty chcesz to sprzedać, czy sprzedawać?… Bo może mam fajnych klientów, z naszych ludzi, rozumiesz, Z NASZYCH ludzi… No właśnie… To ile?… Zara... – Harwood przysłonił słuchawkę, ale głośniczek, a nie mikrofon; zapytał Paula – Masz milion funciaków na zbyciu?

Paul zdumiał się, ale natychmiast obejrzał na Ninę, która przytaknęła, bo czemu nie, milion w tą czy w tamtą, kogo to obchodzi. Już wiedzieli, że milion za jacht to wcale nie była wygórowana cena, kwestia jeszcze, za jaki...

- Mogę mieć… - wolno powiedział Paul.

- I bardzo dobrze! – Harwood odsłonił głośniczek – Halo, John? Tyle ma! To co, wpadaj, są u mnie!… To nara! – i odłożył słuchawkę.

- John zaraz tu będzie – dorzucił, polewając, głównie sobie, bo ich kieliszki były prawie pełne.

- Też tu mieszka? – Paul zrozumiał.

- Aha – Harwood uczciwie pociągnął gorzały – Dwa… albo trzy domki… albo jednak... dwa domki dalej – brygadier zamyślił się.



Po paru minutach ktoś zadzwonił do drzwi willi, Harwood chciał iść otworzyć, ale zdołał tylko podnieść się z głębokiego fotela, po czym ciężko usiadł w nim z powrotem.

- Panie brygadierze, pan się nie fatyguje! Ja otworzę! – Paul ruszył do drzwi.

- Doskonale, colour Fraser! – mruknął Harwood, zapatrzył się na prawie pustą butelkę Talisker.

Za drzwiami Paul zastał dystyngowanego starszego pana, ewidentnie oficera. W przeciwieństwie do brygadiera, który siedział w domu w dresie i letniej koszulce, gość był w spodniach jak od munduru i w białej koszuli, może nie mundurowej, bez symboli na pagonach i tak dalej, ale ewidentnie podobnej do standardowej koszuli Floty, w wersji letnio-tropikalnej.

- Dzień dobry – Paul grzecznie odezwał się pierwszy, oficer przyglądał mu się nieco zaskoczony – Były colour sergeant Paul Fraser, Royal Marines.

Wyciągnął dłoń do przybysza.

- Były komandor John Graham, Royal Navy – oficer miał miły głos. I silny uścisk chudej dłoni.

- Zapraszam! – Paul usunął się z drogi, szepnął – Brygadier już się nasączył...

Graham pokiwał siwą głową ze zrozumieniem. Byli równi wzrostem, ale komandor wyglądał, jakby zszedł z obrazu El Greco. Chudy, miał szczupłą twarz o ziemistej cerze, bardzo jasne niebieskie oczy, nos jak wąską ekierkę i wąskie blade usta, a do tego siwy zarost, przystrzyżone brodę i wąsy, i krótko przycięte siwe włosy. Wzorcowy starszy oficer Royal Navy, sztuk jedna.

Weszli do salonu, Harwood machał do nich, ale nie był w stanie wstać, tylko coś mamrotał pod nosem.

Nina przyjrzała się przybyszowi, po czym wstała na powitanie.

- Komandor Graham, pani Nina Moon – Paul przedstawił ich sobie, bawiły go czasem przestarzałe salonowe gierki.

Ale komandor znacznie przebił jego pojęcie „salonowej gierki”, kiedy delikatnie ujął podaną mu przez Ninę dłoń i bardzo elegancko ją ucałował. Paul zrozumiał, co robił źle, kiedy całował dziewczyny po rękach, przeważnie dla żartu: Graham nie podniósł dłoń Niny do ust, ale pochylił się do jej rąk, jak z nabożnym szacunkiem. Klasa!

- Witam panie komandorze! – Nina powiedziała ciepło, świat drgnął, czas zatrzymał się na momencik; nagle spojrzała na Paula ponad pochylonym oficerem, szeroko otwartymi oczami, nie rozumiał tego spojrzenia. Uniósł pytająco brew, ale Nina minimalnie pokręciła głową, że już nic. Komandor oderwał się od jej dłoni.

- Serdecznie witam panią! – odpowiedział.

Na co odpowiedziało mu pochrapywanie Harwooda, który właśnie zasnął.



Paul napisał na kartce podziękowanie i przeprosiny do brygadiera, i porzucili Harwooda smacznie śpiącego w fotelu. Przenieśli się dwa domki dalej, do schludnego mieszkania Grahama, do saloniku pełnego marynistycznych pamiątek.

- Szkoda Harwooda… - zagaił komandor, kiedy rozsiedli się po wstępnych ceregielach, w wygodnych fotelach, przy bardzo zacnej herbacie – Pan go znał wcześniej?

- Służyłem pod nim, oczywiście nie bezpośrednio, przez wiele lat – przyznał Paul – Dawno nie widziałem się z nim, nie myślałem, że tak się zmienił.

- Tak… Rozpił się, kiedy żona go rzuciła, ze trzy lata temu… - Graham zadumał się nad filiżanką herbaty.

Paul nie skomentował, w jego pamięci żona Harwooda zmarła na raka piersi jakieś 10 lat temu.

Komandor ocknął się, uważnie przyjrzał się Fraserowi, Ninie.

- Rozumiem, że ten pijak skontaktował nas w sprawie statku? Państwo szukają „łajby”? – słowo „łajba” wymówił jakby to była nieprzyzwoita nazwa genitaliów.

- Owszem. I znajdziemy na to milion funtów – stwierdził Paul – Tylko nie bardzo wiemy, o czym mówimy, czym pan dysponuje.

Graham zastanawiał się bardzo długo.

- Przepraszam, że najpierw dopytam… - zaczął wolno – Pan jest za stary na „kraba” colour, pan odszedł z Commando lata temu?

- Tak.

- I robił pan potem z Harwoodem? Może też prywatnie?

- Owszem – Paulowi nie podobało się to przesłuchanie, ale nie widział powodu by kłamać domyślnemu komandorowi. Nina położyła nagle lewą dłoń na jego prawej dłoni, na podłokietniku fotela-leniwca, zrobiło mu się jakoś spokojniej – A co to ma do rzeczy?

- W pewnym sensie, to bardzo ważne – odparł zamyślony Graham, nagle odstawił filiżankę na spodeczek. Wyprostował się na fotelu i zaczął mówić miarowo, jakby referował coś na odprawie.

- Mam do sprzedania 100 stopowy katamaran, 30 na 15 metrów. Jednostka motorowa. Ma już swoje lata, ale bardzo solidny, spawane aluminium, żadnych laminatów. Bardzo duży i wygodny, z głównymi systemami sprawnymi. W teorii powinien być gotowy do wypłynięcia, to jednostka klasy oceanicznej. Jest zarejestrowany na mnie, wszystkie papierki są w najwyższym porządku. Milion funtów to jest po cenie złomu, chciałem za niego trzy… Ale!

Wpatrywali się w niego z najwyższym zainteresowaniem.

- Ale jest to jednostka bardzo nietypowa – Graham westchnął – Naprawdę BARDZO nietypowa. Jeśli byście go chcieli kupić, to pod warunkiem braku jakiejkolwiek normalnej inspekcji, żadnych jachtklubów, cywilnych ekspertów, co najwyżej ktoś bardzo zaufany, kto nie puści pary z ust.

- Jest coraz ciekawiej… - mruknęła Nina z uśmiechem, komandor ukłonił się jej leciutko.

- To jest była jednostka rozpoznawczo-uderzeniowa, zbudowana we wczesnych latach ‘80 na specjalnie zamówienie specjalnego podkomitetu Floty – ciągnął komandor - Była przeznaczona do współdziałania Royal Navy, w sensie MASINT i SIGINT, i podobnych działań rozpoznawczych, z komandosami 49 Grupy Rajdowej, czasem z SBS. Oraz okazyjnie w... innych celach, na potrzeby różnych służb Jej Królewskiej Mości – wyrecytował Graham; jakby zmęczył się, napił się herbatki.

- Nie kojarzę 49 Grupy Rajdowej... – Paul był zadziwiony, albo ten zmieniony świat był jeszcze dziwniejszy niż myślał, albo umknęły mu całe pokłady tajnych działań Floty i komandosów.

- To bardzo dobrze, że pan nie kojarzy – uprzejmie zauważył Graham – To znaczy, że nasze służby są znacznie lepsze w zachowywaniu tajności, niż jakieś CIA czy GRU.

- Aha – Paul skinął głową z aprobatą – A dokładniej, w czym tkwi haczyk?

- Jednostka jest nietypowa, jak mówiłem. Była w zasadzie patrolowcem pełnym elektroniki i z pomieszczeniami i małym hangarem łodziowym, dla Marines czy SBS, a nie jakimś jachtem – Graham znowu westchnął – Po jej odkupieniu od Floty wyrzuciłem sporo sprzętu, na emeryturze zacząłem ją remontować i przerabiać na luksusowy jacht, ale nie skończyłem tego. Nie ukrywam, przerobienie jej nie jest tanie ani proste. I ogólnie, nie wiem czy państwo rozumieją, utrzymanie takiego dużego katamarana jest po prostu kosztowne.

- Rozumiemy, ale to nas nie martwi, jestem dostatecznie bogata – wtrąciła Nina, mimochodem rozpraszając wątpliwości, skąd były sierżant Marines nagle weźmie milion funtów – Ale czego nie rozumiem: skoro to zdemilitaryzowany stateczek, to jaki jest problem z jego inspekcją?

Paul pokiwał głową, trafiła w punkt.

Graham spojrzał w jej zielone oczy, wytrzymał jej spojrzenie; Fraser pomyślał, że musi być bardzo osłabiona.

- Problem jest taki, że nigdy nie został do końca zdemilitaryzowany…

Nieco podskoczyli z wrażenia.

- To znaczy, oczywiście można wyrzucić z niego wszystko za burtę… No może z jakimś tam wysiłkiem i kosztem – ciągnął komandor – Ale jakoś nigdy nie zdecydowałem się na to. Rzecz jasna, większość wyposażenia i… uzbrojenia, jest już przestarzała. Ale część nadal tam jest. I trudno ją wyrzucić za burtę w Portsmouth, naprzeciw głównej bazy floty wojennej, bo tam jest zacumowany w tej chwili, o ile mi wiadomo.

Popatrzyli po sobie, rany julek, czy właśnie wygrywali los na loterii??

- A może pan naświetlić, jakie jest wyposażenie i uzbrojenie tej jednostki? – słodko zapytał Paul.

- Owszem – Graham zagapił się w sufit, jakby czytał z niego dane – Dwa silniki diesla, dwa razy po 1600 koni, świeżo po remoncie. Dwa agregaty prądotwórcze, dwa razy po 200 kilowatów. Nowy pędnik manewrowy na dziobie. Większość wyposażenia MAS i SIGINT zdemontowana…

- Przepraszam, a co to było? – Nina zamachała ręką.

- Rozpoznanie elektroniczne, radiowe, radarowe i podobne – wyjaśnił komandor – Pół głównej nadbudówki zajmowały szafy elektroniki, plus sporo anten specjalnych i podobnej menażerii. Skądinąd, po to były te przewymiarowane generatory… Wyrzuciłem to. Ale został, nieco przestarzały, spory radar dozorowy, morza i powietrza, sprzężony z radarem naprowadzania…

- Naprowadzania CZEGO? – Paul czuł, że ma wypieki.

- Rakiet – na chudych policzkach Grahama też pokazały się rumieńce.

Znowu nieco podskoczyli, Graham westchnął zrezygnowany.

- W jednostkę zabudowano dwie poczwórne wyrzutnie pionowego startu, dwie połówki modułu amerykańskiej wyrzutni systemu Mk41. To znaczy, są to skonstruowane od podstaw kopie, przyjmujące standardowe kontenery US Navy, zawierające cokolwiek, co US Navy może zapakować w kontener, a systemy jednostki obsłużą.

- Czy to jest takie coś, co mają krążowniki i niszczyciele amerykańskie?? – Paulowi skończyła się wyobraźnia.

- Tak. Tylko na nich jest nie 8, a dziesiątki, czasem ponad 100 kontenerów. I to co jest na „Shannon”, bo skądinąd tak nazywa się jednostka, jest z lat ‘80, pierwszej generacji. Ani nowsze, dłuższe rakiety i kontenery nie wejdą w wyrzutnie, ani zabytkowe systemy nowej broni nie obsłużą. Oraz system Aegis na prawdziwym okręcie może wystrzelić wiele rakiet naraz, „Shannon” ma tylko jeden dwukanałowy radar naprowadzania, czyli dwie stare rakiety… – ciągnął komandor – Ale nadal to wszystko tam jest. Dalej: dwie zdezaktywowane wyrzutnie torped 21 cali…

- ŻE CO? – Paul nie wytrzymał.

- Owszem. Zdezaktywowane dawno temu, bo zdaje się nie sposób było dostać amerykańskie torpedy 533mm i bardzo szybko zrobiło się to wszystko niekompatybilne. Zamiast tego, założono wyrzutniki lekkich torped Mark 46 i podobnych, cały zestaw ze śmigłowca, dla czterech torped.

Zapadła długa cisza.

- Coś jeszcze? – Paul zaśmiał się sucho – Ze dwa silosy, na dwa Tridenty, z odpowiednią ilością głowic nuklearnych, i tak dalej?!

- To się nie zmieściło – komandor też się uśmiechnął – Co jeszcze się zmieściło: zamaskowane działko, zabytkowy zdwojony Bofors 40mm. Niezbyt wygodne lądowisko dla śmigłowca, ale mocne, do 10 ton. Hangar-garaż dla dwu łodzi szturmowych do 7 metrów, albo czegoś podobnego wagą i rozmiarem. Sporo osprzętu załadunkowego i tak dalej. Zdemontowane drobiazgi, jak wyrzutniki celów pozornych, czy podstawy karabinów maszynowych, ale łatwe do odtworzenia. No i miejsce, w warunkach dość zatłoczonych, dla 12 komandosów, 8 marynarzy, 3 oficerów i 2 osób dodatkowych, typowo pilotów śmigłowca. Po wyrzuceniu większości zabytkowej elektroniki jest tam znacznie więcej przestrzeni, ale nie skończyłem przeróbek…

- Ile pan mówił, 30 na 15 metrów? – Paul próbował sobie wyobrazić, jak to wszystko pomieściło się na katamaranie. Może komandor był pijany niczym Harwood, a może wariatem - konfabulantem.

- Trudno uwierzyć, ale jakoś się to pomieściło – Graham jakby czytał w jego myślach – Oczywiście, ciasnota była okropna, przypominała okręt podwodny i to stary, a nie normalny współczesny okręt, o jachtach nie mówiąc… A jeszcze: bardzo znaczną objętość i wyporność zajmują zbiorniki paliwa, zasięg ekonomiczny to około 5000 mil, to znaczy, do absolutnego zera. Przy rozsądnej rezerwie, jakieś 4800-4700 mil.

- To sporo… - zauważyła zadumana Nina – Jaka jest prędkość ekonomiczna?

- 15-16 węzłów – odparł Graham – Maksymalna 24 węzły. Są też możliwości „dopalania”, ale na minuty, nie mają znaczenia. To są dwa zwykłe, solidne, 12 cylindrowe diesle, nic specjalnego, na wyjątkowo dopracowanym hydrodynamicznie katamaranie.

- Da się na nim od ręki zamieszkać, wypłynąć? – kontynuowała indagacje.

- W ile osób?

- My dwoje.

- Tak, kabiny oficerskie przerobiłem na „mieszkanie”, używałem go, dopóki nie przeniosłem się… tutaj – odparł Graham – Co do wypłynięcia, prawdopodobnie możliwe, w ciągu paru dni. Muszę zadzwonić do załogi i sprawdzić, jak to wygląda.

- To proszę zadzwonić, panie komandorze – uśmiechnęła się do niego.

Komandor wstał, wziął komórkę i poszedł do kuchni, gdzieś dzwonił.

Obejrzeli się na siebie, obojgu świeciły się oczy, błękitne Paula i zielone Niny.

- Albo trafiliśmy jak w totka, albo to jakaś ściema nie z tego świata! – szepnął Paul - Jeśli choć połowa z tego, co on mówi zgadza się, chcę to! Milion za takie cudo to fistaszki!

- Pewnie! Ja mu wierzę! – odszepnęła Nina, uśmiechając się szelmowsko.

Z kuchni doszedł ich nieco podniesiony głos komandora, Graham zaraz przyszedł z powrotem i usiadł w fotelu, jakby zmartwiony.

- Przepraszam, jestem zmęczony – odparł na ich badawcze spojrzenia – Starość nie radość. „Shannon” jest sprawna w sensie silników, agregatów, nawigacji i łączności. Prawie nie ma paliwa. Stoi w Portsmouth, tam gdzie zwykle. Ale wiele rzeczy wymaga remontu… i zadbania… - zamyślił się głęboko, nagle ocknął się – Państwo mają uprawnienia na jednostki tej klasy?

- Nie – Paul odpowiedział, obejrzeli się na siebie – Mamy oboje jakieś doświadczenie, także z dużymi oceanicznymi statkami, ale niewielkie. I żadnych uprawnień.

Graham zmarszczył brwi, pewnie zastanawiał się, jakim cudem ktoś może mieć jakiekolwiek doświadczenie, nie mając żadnych uprawnień, ale jakoś odpędził od siebie tę myśl.

- Dobrze – westchnął, wydawał się bardzo zmęczony. Kiedy opowiadał o „Shannon” ożył, teraz jakby zapadał się w sobie – Zakładam, że jesteście raczej najemnikami, niż terrorystami?

Zdumieli się na tak naiwne postawienie sprawy wprost. Ale może miał nosa, i przecież przejął ich od Harwooda...

- Zgadza się – wolno powiedział Paul.

- Dobrze – powtórzył komandor, przymknął powieki - Warunki są takie: z oczywistych względów, brak inspekcji przez jakichś przygodnych cywili. Nie rozmawiamy o nielegalnej broni, jej stanie, jakości, i tak dalej, zrobicie z tym wszystkim, co chcecie. Cena: milion funtów. Minimum roczny kontrakt dla obecnej… zaufanej załogi, mającej wszelkie uprawnienia i wiedzę o „Shannon”. Kontrakt płatny z góry. Dwie osoby, 200 tysięcy funtów.

Trawili chwilę te informacje.

- Dwie osoby wystarczą do obsługi takiej łodzi? – zainteresował się Paul.

- Do najbardziej podstawowej, owszem – odparł Graham, otwarł oczy – Do dalekomorskiego pływania powinno być minimum ze cztery, w tym dwie uprawnione. Co wy na to?

Paul obejrzał się na Ninę, obaj skupili się na niej.

Była bardzo piękna, oparła policzek na dłoni ramienia wspartego o podłokietnik fotela, zastanawiała się dłuższą chwilę.

- Te warunki są do przyjęcia – odparła – Nasze warunki: wszystko płatne gotówką. Jutro wszyscy jedziemy do Portsmouth. Tam zobaczymy, co dalej.

Teraz Graham podskoczył z wrażenia.

Shannon





zz_top
Tue, 25 Nov 2025 11:02:37
Extra! Pisz pisz... Będzie akurat co czytać podczas przerwy świątecznej :-)

Boni avatar Boni
Tue, 25 Nov 2025 17:46:57
@zz_top

Taa, na pewno wyrobię się na jakąś przerwę świąteczną... ;)

Trykpa
Wed, 17 Dec 2025 13:06:53
Krótko: nie mogę się doczekać!

Boni avatar Boni
Wed, 17 Dec 2025 16:25:49
@Trykpa

Dzięki za motywację. W zasadzie jest napisane, na etapie nano-korekty i mikro-redakcji; trochę więcej niż zwykle wyszło (w tej chwili 684 strony w moim zwykłym formacie, czyli w formacie dawnych "książek drobnym drukiem" jakieś 365 stron). Są duże szanse, że będzie na święta boż-nar, a nie po nowym roku.

Trykpa
Wed, 17 Dec 2025 17:06:04
Trudno sobie wyobrazić lepszy prezent pod choinkę. :-)

Trykpa
Fri, 19 Dec 2025 12:35:29
Podwójny Bofors - czy nie wymaga zbyt dużej obsługi jak na możliwości tak skromnej załogi? Chyba były wtedy już dostępne stanowiska w pełni automatyczne?

Boni avatar Boni
Fri, 19 Dec 2025 13:07:43
@Trykpa

Jak łatwo przewidzieć, wszystko to będzie dosyć dokładnie omówione w "Lekkości" ;)




 

Engine: Anvil 1.08   BS