1.
Względnie suche i długie (acz bez ekstremalnie wysokich temperatur) tegoroczne kreteńskie lato w zasadzie skończyło się, mamy piękną jesień. Około tydzień temu przyszły pierwsze jesienno-zimowe burze, nieźle zlały nasze okolice, podlały rośliny.
Część delikatniejszych drzew i krzaków żółknie albo już zgubiła liście, ale większość jeszcze trzyma zieleń (a część jest zimozielona). Jakby pchają się do domu zwierzaki, ten gekon ze zdjęcia był wcześniej, ale ostatnio są też ślady myszy (nigdy ich wcześniej nie zauważyliśmy).
Ostatnio kierunek wiatrów (najistotniejszy dla zimowej pogody na Krecie, wiatry z północy równa się zima) obrócił się na południowy, więc wróciło prawie lato, sporo ponad 20 stopni, piękna pogoda, trochę chmurek.
2.
Wybraliśmy się wczoraj (08-11-25) na wycieszkę, powiedzmy na zamknięcie sezonu (bo tu naprawdę zamykają się muzea, knajpy czy wykopaliska na zimę) - w końcu objechaliśmy w koło "nasz" masyw Psiloritis, czyli Idy, pod którym mieszkamy. Plan był, żeby mniejszymi drogami, względnie blisko gór, w kierunku wskazówek zegara; czyli od naszej wschodniej strony, potem od południa, potem przez wielką dolinę Amari, do Retymno, i po obiedzie szybszy powrót większymi drogami do domu.
Staw zwany jeziorem ZarosNa początek wpadliśmy na jezioro Zaros, dosyć znany punkt turystyczny, także miejscowi mają go w poważaniu. Ale jak kiedyś zauważyła nasza landlejdi "Dla was byłby pewnie śmieszny". Miała rację. Około stumetrowy staw, pod niedużą górką, pełen ryb i kaczek, to nie było bardzo imponujące. A jeszcze okazało się, że to zalew z '80 jakiegoś starego bagienka, myśleliśmy, że estyma lokalna wynika z jakiejś unikalności geologiczno-hydrograficznej, ale i to nie... Jedyne co dobre, to kawa i ciastko (i że knajpka była otwarta) oraz zapewne niezłe miejsce startu jeśli ktoś uprawia trekking po górkach, ale to nie my.
Wyspa Paksimadia z wysokości górPotem pojechaliśmy na zachód i na północny zachód, objeżdżając masyw. Ogólnie, widoki wszędzie zacne, na południe aż po morze, wybrzeże w okolicach Matali czy wyspę Paksimadia (na zdjęciu).
I tu nastąpiła nagła zmiana tematu oraz okazaliśmy się misiami o bardzo małych rozumkach, stąd dygresja:
Nagle zza zakrętu wynurzyła się blokada-kontrola policyjna, jakieś trzysta metrów przed kolejną wioską uwieszoną zbocza beskidu średniego, na tle masywu 2400m. Zdziwiliśmy się, bo duże stężenie "kominarzy" to rzecz na drogach Krety niecodzienna (BTW w Irlandii znacznie częściej spotykana), ale już po sekundach pierdolnęliśmy się wirtualnie sztachetą w czoło, gdyż przeoczyliśmy, że właśnie dojeżdżamy do wioski Vorizia, gdzie
tydzień wcześniej była poważna strzelanina - skutek wróżd rodzinnych w stylu kreteńskim, czyli po latach konfliktów w końcu z wysadzeniem bomby, po czym zderzeniem rodzin we wsi, w sumie na jakieś 2000 naboi do kałachów, 10 rannych i 2 trupy.
Pojazdy trzepano na blokadzie całkiem solidnie, ale przed nami i za nami, bo kiedy okazało się, że jesteśmy Polaczkami o bardzo małych rozumkach, którzy wybrali się turystycznie na post-strzelaninę, VANEM TRANSPORTEREM na polskiej rejestracji, antyterroryści machnęli na nas ręką i puścili; tylko zajrzeli przez szyby, że mamy PRAWIE pustą budę. Z jednej strony, uff i miło, z drugiej cholernie niefrasobliwie, bo to absurdalne ile broni, amunicji i materiałów wybuchowych dałoby się upchnąć w takim pozornie pustym vanie... Ale może to nasze poczciwe zafrasowane polskie ryje dały znak-sygnał, że nie jesteśmy zływrogami; mam wrażenie, że np. albańskiej pary w vanie na albańskich numerach nikt nie przepuściłby tak lekko.
We wsi była z jednej strony żałoba, z drugiej spory nalot dziennikarzy czy pseudo-dziennikarzy, nadal podgrzewających kontent, bo zdaje się część biorących udział w starciu poddała się policji parę dni temu, za innymi pościg trwa, dochodzenia też, a temat oczywiście jest nośny. Nie żeby do rozwiązania, moim zdaniem potrzeba najpierw paru pokoleń względnego spokoju i dobrobytu (czego tu nie było i nie ma), ale cóż, władza musi udawać, że włada Kretą, producenci kontentu muszą produkować.
Góra KedrosPo tym niecodziennym doświadczeniu zasuwaliśmy dalej na pn-zach, wielką śliczną doliną Amari, pomiędzy masywem Idy a pasmem górek wydających się przeciętnymi tylko na mapie. W naturze pasmo z największym szczytem Kedros (1777m) było bardziej okazałe, "niezła kubatura" jako rzekła żona.
Zatrzymaliśmy się na dłużej we wsi Platania, żeby w końcu spróbować bliżej zwiedzić któryś z wielu wąwozów w kreteńskich górach. Jest tu tego na pęczki, niektóre naprawdę kolosalne i naprawdę efektowne. Większość dość trudna dla przygodnych turystów a nawet niebezpieczna (ludzie regularnie w nich giną), bo pozornie ot, wielki ostry wąwóz, ale jakieś ścieżki, przecież nie są to wspinaczki, urwiska czy alpy. Ale: upał, bardzo strome wejścia i zejścia, zaskakujące odległości "w terenie". Poddaliśmy się po około 1/3 trasy wg planów i map, grubełki jak my nie mają szans; ale i tak było fajnie. BTW w tym roku po naszej stronie gór było widać mało orłów, nad Platania latały dziesiątki; a podobno i sępy się trafiają.
Po tej próbie trekkingu pojechaliśmy prosto do Retymno, czyli miasta (a raczej miasteczka) na północnym wybrzeżu, pośrodku 150km dystansu między większymi Heraklion i Chania. Była to któraś z kolei wizyta, więc tyle, co wpadliśmy nad morze z widokiem na góry i jedzenie.
Retymno jeszcze nie zamarło zupełnie po sezonie, jeszcze połowa knajp na bulwarach była otwarta, na plaży smażyły się jeszcze posezonowe resztki bladawców poniemieckich, czy coś w podobie. Ale już było senne i pustawe, w porównaniu z tym co wyprawia się tam w środku lata; nie przeszkodziło nam to ociumać obiad i zaraz polecieliśmy "autostradą" północną do domu.
Zakończenie sezonu uważa się za udane. Chyba, że jeszcze będą jakieś następne zakończenia; ani pogoda tutejsza, ani nasze pomysły wycieszkowe nie są przewidywalne.