Jak wielokrotnie zaznaczałem, w odbiorze sztuki jestem z natury raczej anty-strukturalistą (nie mylić z poststrukturalistą...), szczególniej w zakresie oporów co do interpretacji dzieła przez pryzmat twórcy, jego losów, okoliczności powstania dzieła, itp.
Ale, jako głupia małpa podobno naczelna, często nie potrafię się oprzeć chęci szukania szczegółów (szczególniej - fanowskiego poszukiwania, bo dzieło mi się bardzo podoba); drążenia co, kto, dlaczego? jaka była droga, skąd to się wzięło, co weszło do kanonicznej wersji, a co odpadło, czy nie dotarło do odbiorców, w procesie tworzenia dzieła. Oczywiście, obecnie (w sensie, od 20-30 lat) jest znacznie łatwiej, coraz łatwiej, docierać do takich szczegółów i historii o twórcach, okolicznościach, itp. powstania książki, filmu, muzyki, a nawet architektury czy rzeźby.
Często też po prostu nie sposób w 100% uniknąć newsów i informacyjnego szumu wylewającego się z wszelkich ekranów i źródeł wkoło, nawet jeśli się próbuje, także na temat znanych czy ulubionych twórców.
Tylko, że czasem lepiej nie zaglądać pod te śliczne kamienie, co nie.
Bo mogę udawać, że wisi mi, czy autor(ka) bijał żonę, czy puszczał się za dragi, czy był aspołecznym dupkiem, czy napastował seksualnie kogoś, ale jednak tak do końca mi nie wisi. A "odwidzieć" czy zapomnieć pewne zaszłości, jest dosyć trudno.
I nagle odbiór dzieła jest zupełnie inny, i wszelkie tezy poststrukturalistów o oderwaniu tego od owego, czy o "śmierci autora", można włożyć tam, gdzie zawsze było ich miejsce, tzn. rozważyć znaczenie słowa czopek. A tezy antystrukturalistów jak moje podsumować "bardzo ładne wyparcie, milordzie, ale ma milord jakąś fajną bezpieczną metodę lobotomii? czy dostęp do Propsa z ujemną wkładką?" (to jest z Lema, "Wyprawa profesora Tarantogi").
Narzekania sponsoruje pewne spiętrzenie ostatnio, np. obejrzałem sobie ponownie film
"Fanboys" (2009), dosyć fajny komediodramat, fabuła względnie prosta, od fanów "Star Wars" dla fanów "Star Wars", ale z niezłym wykonaniem, niezłą obsadą pierwszoplanową, wtedy mało znaną; paroma genialnymi tekstami i genialnymi wstawkami "cameo" znanych gwiazd. Film znam na pamięć, ale ładne parę lat go nie widziałem.
No nie da się nie zauważyć/przypomnieć sobie, już przy czołówce, że to był pet-project Weinsteina i The Weinstein Company, a przecież wszyscy kochamy Weinsteina; nie tylko jego (nadu)życia seksualne, ale też mieszanie przez niego w produkcji i wizjach scenarzystów/reżyserów, mieszanie na poziomie jakiegoś wzorca, który powinien w Sevres leżeć (i "Fanboys" też grzebologia Wensteina dopadła, z dużą siłą i wojną fanów przeciwko "Darth Weinsteinowi"). Ergo nie dam rady tego oglądać "normalnie", bo do normalnej zmiany odbioru w czasie (gdyż oczywiście ani ja nie jestem taki, jak w 2010, ani film nie jest w takiej "przestrzeni", jak w 2010) dochodzi bagaż zupełnie innych skojarzeń...
Inne "trafienie" za ostatnie miesiące, to stare kawałki "world music" czy etno-elektro, głównie inspirowane Azją (hinduizmem, buddyzmem, itp) spod znaku Oliver Shanti / Costa Verde Production. Wpadłem na to porządkując dyski, nieco z zaskoczenia, bo dawno tego nie słyszałem, były jakoś źle otagowane lokalnie, itp. Ale niektóre mi się podobały i podobają.
No więc przy okazji zajrzałem pod kamień, gdyż pamiętałem tylko, że Shanti to pseudonim jakiegoś muzyka, podpinającego się new-age'owo pod religie Wschodu gdzieś tam już od '80, jak wielu mu podobnych, z wtedy modnej półki, nieco poniżej Oldfielda czy Kitaro.
Okazało się, że pan Ulrich Schultz już od '70 tworzył nie tylko muzykę, ale też tworzył sobie przytulną pełnoskalową sektę na motywach orientalnych, ze wszelkimi patologiami jakie tylko sobie można wyobrazić, aż po seks z dziećmi, za co zaczęto go ścigać około 2000; guru ukrywał się, ale w końcu gdzieś około 2008 złapali go, oskarżyli o ponad 300 stosunków z nieletnimi, przyznał się do części, posadzono go.
Mogę zmyślać, że te lepsze i moje ulubione kawałki, jw. wklejony, to już nie Schultz, ale Margot Reisinger i spółka, już po tym, jak pan guru zszedł do podziemia. Ale ukrywał się w Portugalii, gdzie miał zapasowe miejscówki sekty oraz firmy muzycznej Costa Verde Production. Która wydawała i wydaje ciągle tę muzykę, Margot i inne rzeczy; fajni i poważni ludzie z nimi współpracują.
Zapewne, jak zawsze, nikt nic nie wiedział, ostrzeżeniom czy skargom nie dawano wiary, oraz to był spisek; a potem życie potoczyło się dalej. Jak w tysiącach podobnych przypadków, weinsteinów czy schultzów jest do wyboru do koloru.
Co gorsza, to nawet nie jest bardzo zaskakujące, czy dziwne - w "branży" artystyczno-produkcyjnej o większym zasięgu (=pieniądzach...), jak się wydaje była, jest i będzie nadreprezentacja ludzi
zagubionych po stronie artystów, ze wszelkimi zaburzeniami osobowości, nietypowymi umysłowościami i emocjami, odklejonych od świata albo mielonych przez świat, oraz po stronie producentów nadreprezentacja ambitnych buców, żerujących na tychże artystach i publice przy okazji. Z niewielką ale wielostronnie istotną częścią wspólną "ludzie którym sława, sukces i pieniądze uderzyły do łba, aż po kompleks boga i "mogę wszystko"".
Więc w pewnym sensie, "a co nowego". Niesmak też.