NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2024-08-15, czwartek
Tagi:  varia, muza, namysł     
___________________________________

Jak wielokrotnie zaznaczałem, w odbiorze sztuki jestem z natury raczej anty-strukturalistą (nie mylić z poststrukturalistą...), szczególniej w zakresie oporów co do interpretacji dzieła przez pryzmat twórcy, jego losów, okoliczności powstania dzieła, itp.

Ale, jako głupia małpa podobno naczelna, często nie potrafię się oprzeć chęci szukania szczegółów (szczególniej - fanowskiego poszukiwania, bo dzieło mi się bardzo podoba); drążenia co, kto, dlaczego? jaka była droga, skąd to się wzięło, co weszło do kanonicznej wersji, a co odpadło, czy nie dotarło do odbiorców, w procesie tworzenia dzieła. Oczywiście, obecnie (w sensie, od 20-30 lat) jest znacznie łatwiej, coraz łatwiej, docierać do takich szczegółów i historii o twórcach, okolicznościach, itp. powstania książki, filmu, muzyki, a nawet architektury czy rzeźby.

Często też po prostu nie sposób w 100% uniknąć newsów i informacyjnego szumu wylewającego się z wszelkich ekranów i źródeł wkoło, nawet jeśli się próbuje, także na temat znanych czy ulubionych twórców.

Tylko, że czasem lepiej nie zaglądać pod te śliczne kamienie, co nie.

Bo mogę udawać, że wisi mi, czy autor(ka) bijał żonę, czy puszczał się za dragi, czy był aspołecznym dupkiem, czy napastował seksualnie kogoś, ale jednak tak do końca mi nie wisi. A "odwidzieć" czy zapomnieć pewne zaszłości, jest dosyć trudno.

I nagle odbiór dzieła jest zupełnie inny, i wszelkie tezy poststrukturalistów o oderwaniu tego od owego, czy o "śmierci autora", można włożyć tam, gdzie zawsze było ich miejsce, tzn. rozważyć znaczenie słowa czopek. A tezy antystrukturalistów jak moje podsumować "bardzo ładne wyparcie, milordzie, ale ma milord jakąś fajną bezpieczną metodę lobotomii? czy dostęp do Propsa z ujemną wkładką?" (to jest z Lema, "Wyprawa profesora Tarantogi").

Narzekania sponsoruje pewne spiętrzenie ostatnio, np. obejrzałem sobie ponownie film "Fanboys" (2009), dosyć fajny komediodramat, fabuła względnie prosta, od fanów "Star Wars" dla fanów "Star Wars", ale z niezłym wykonaniem, niezłą obsadą pierwszoplanową, wtedy mało znaną; paroma genialnymi tekstami i genialnymi wstawkami "cameo" znanych gwiazd. Film znam na pamięć, ale ładne parę lat go nie widziałem.

No nie da się nie zauważyć/przypomnieć sobie, już przy czołówce, że to był pet-project Weinsteina i The Weinstein Company, a przecież wszyscy kochamy Weinsteina; nie tylko jego (nadu)życia seksualne, ale też mieszanie przez niego w produkcji i wizjach scenarzystów/reżyserów, mieszanie na poziomie jakiegoś wzorca, który powinien w Sevres leżeć (i "Fanboys" też grzebologia Wensteina dopadła, z dużą siłą i wojną fanów przeciwko "Darth Weinsteinowi"). Ergo nie dam rady tego oglądać "normalnie", bo do normalnej zmiany odbioru w czasie (gdyż oczywiście ani ja nie jestem taki, jak w 2010, ani film nie jest w takiej "przestrzeni", jak w 2010) dochodzi bagaż zupełnie innych skojarzeń...

Inne "trafienie" za ostatnie miesiące, to stare kawałki "world music" czy etno-elektro, głównie inspirowane Azją (hinduizmem, buddyzmem, itp) spod znaku Oliver Shanti / Costa Verde Production. Wpadłem na to porządkując dyski, nieco z zaskoczenia, bo dawno tego nie słyszałem, były jakoś źle otagowane lokalnie, itp. Ale niektóre mi się podobały i podobają.



No więc przy okazji zajrzałem pod kamień, gdyż pamiętałem tylko, że Shanti to pseudonim jakiegoś muzyka, podpinającego się new-age'owo pod religie Wschodu gdzieś tam już od '80, jak wielu mu podobnych, z wtedy modnej półki, nieco poniżej Oldfielda czy Kitaro.

Okazało się, że pan Ulrich Schultz już od '70 tworzył nie tylko muzykę, ale też tworzył sobie przytulną pełnoskalową sektę na motywach orientalnych, ze wszelkimi patologiami jakie tylko sobie można wyobrazić, aż po seks z dziećmi, za co zaczęto go ścigać około 2000; guru ukrywał się, ale w końcu gdzieś około 2008 złapali go, oskarżyli o ponad 300 stosunków z nieletnimi, przyznał się do części, posadzono go.

Mogę zmyślać, że te lepsze i moje ulubione kawałki, jw. wklejony, to już nie Schultz, ale Margot Reisinger i spółka, już po tym, jak pan guru zszedł do podziemia. Ale ukrywał się w Portugalii, gdzie miał zapasowe miejscówki sekty oraz firmy muzycznej Costa Verde Production. Która wydawała i wydaje ciągle tę muzykę, Margot i inne rzeczy; fajni i poważni ludzie z nimi współpracują.

Zapewne, jak zawsze, nikt nic nie wiedział, ostrzeżeniom czy skargom nie dawano wiary, oraz to był spisek; a potem życie potoczyło się dalej. Jak w tysiącach podobnych przypadków, weinsteinów czy schultzów jest do wyboru do koloru.

Co gorsza, to nawet nie jest bardzo zaskakujące, czy dziwne - w "branży" artystyczno-produkcyjnej o większym zasięgu (=pieniądzach...), jak się wydaje była, jest i będzie nadreprezentacja ludzi zagubionych po stronie artystów, ze wszelkimi zaburzeniami osobowości, nietypowymi umysłowościami i emocjami, odklejonych od świata albo mielonych przez świat, oraz po stronie producentów nadreprezentacja ambitnych buców, żerujących na tychże artystach i publice przy okazji. Z niewielką ale wielostronnie istotną częścią wspólną "ludzie którym sława, sukces i pieniądze uderzyły do łba, aż po kompleks boga i "mogę wszystko"".

Więc w pewnym sensie, "a co nowego". Niesmak też.





igor
Thu, 15 Aug 2024 17:10:03
Pogodziłem się z tym, że moje podejście do cancelowania jest całkowicie subiektywne. Twórcą A gardzę za to, co zrobił i nie mam zamiaru więcej czytać/słuchać/oglądać jego dzieł. Twórca B zrobił coś równie złego, no ale przecież oddzielam twórcę od dzieła.

Dlatego mam też luźne podejście do tego, co robią inni:
- Cancelujesz twórcę, który jest dla mnie akceptowalny? OK, twoje poczucie przyzwoitości różni się od mojego, w porządku.
- Oglądasz twórcę, którego ja/inni ludzie cancelują? Też spoko. Chyba że gardzisz ludźmi o innym podejściu, wtedy to nie jest spoko.

Boni avatar Boni
Fri, 16 Aug 2024 08:33:43
@igor

No comments, poza drobiazgami. Np. słowa kluczowe "nie mam zamiaru WIĘCEJ" i co to znaczy. Bo można wyrzucić od ręki posiadane książki danego autora i próbować go zniknąć ze swojej pamięci i namysłu. Albo można nie bojkotować rzeczy artysty sprzed momentu, kiedy nabroił, czy peron mu odjechał. Można racjonalizować, że jeśli coś już kupiłem, mam i spożywam, to wyrzucenie tego nie ma większego sensu, i tak tego nie zapomnę, w autora to nie uderzy, nic nie zmieni, a jego wpływ na mnie nie jest aż taki, żebym zaczął bijać żonę, jak on.

Oraz w kontekście powyższego, prywatne a publiczne reakcje. A w tym kontekście, może nie nadużywajmy "cancelowanie" o prywatnych bojkotach "popsutych" naszym zdaniem autorów/dzieł; może jednak zostawmy tę paskudną kalkę dla publicznego darcia szat i mordy, i bojkotów z powodów intelektualnych, na jak największych forach. Chociaż tu też wolałbym "ostracyzm", no ale nie można za wiele wymagać od płodów simian media.

Codiac
Mon, 19 Aug 2024 15:11:17
Mam podobnie jak Igor, tzn. doszedłem do wniosku że nie ma etycznej konsumpcji w kapitalizmie i można najwyżej jakoś sobie ją stopniować. W związku z czym mam jakiś tam zestaw swoich reguł i regułek i próbuję się go trzymać. Niektórym twórcom (niekoniecznie pojedynczym, to potrafią być całe firmy) dają ponownie szansę gdy coś się zmieni, innych bojkotuję.
Przy czym sam zauważam, że to nie zawsze ma sens. Dla przykładu wiem że Michael Jackson prawdopodobnie robił niefajne rzeczy (tylko umarł zanim powychodziło i zostało udowodnione), ale jego piosenki to czas mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, więc powbijały się w mózg skojarzeniami bardziej pozytywnymi i nie umiem ich znielubić.
Ale ludzie w ogóle różne rzeczy robią żeby sobie zracjonalizować. Nie tak dawno miałem dyskusję (chociaż trudno to właściwie nazywać dyskusją) z jednym gościem, który uważał, że jeśli sąd kogoś uniewinnił to taka osoba jest na pewno niewinna i należy odpuścić sobie bojkoty. I jak ja w ogóle śmiem mieć jakieś wąty do Spaceya. Do człowieka nie trafiało, że sądy nie są od tego żeby ustalić winę czy niewinność bezsprzecznie, tylko od tego żeby osądzić dowody w sprawie i czy da się udowodnić naruszenie przepisów. Całkowicie ignorował przypadki kiedy sąd może doskonale wiedzieć że człowiek jest winny (bo się przyznał), ale i tak go uniewinnić (bo przyznał się na nielegalnie założonym podsłuchu którego nie można dopuścić jako dowodu).

Moja prywatna opinia jest taka, że jeśli na czymś nam zależy mało to łatwo nam będzie zbojkotować, ale i łatwo będzie w ogóle zignorować ten temat. Natomiast jeśli zależy nam mocno to też na dwoje babka wróżyła - albo przeważy nasza sympatia i potrzeba posiadania związków z czymś fajnym, albo poczujemy się oszukani, zdradzeni i sympatia zamieni się w nienawiść. I tylko czasami człowiek będzie jakoś sobie wypierał i oddzielał twórcę od dzieła, a i to z trudem.

A jeśli ktoś faktycznie potrafi oddzielać, tak całkowicie i bez żadnych problemów, to ja takich ludzi wolę omijać z daleka, bo coś z ich normami moralnymi jest - w moim odczuciu - nie tak.

Gammon No.82
Tue, 14 Jan 2025 11:00:38
Noęc w moim mózgu to jest tak, że czasem autor da się oddzielić od własnego dzieła, a czasem nie, przy czym nie wiem, od czego to zależy, ale (1.) są teksty/autorzy będące/y kotwicą, cokolwiek się dowiem o Lemie, będę czytał co czytałem; cokolwiek wiem o Knucie Hamsunie, "Głód" jest wybitny; (2.) poza przypadkami (.1) w tekstach publikowanych sukcesywnie, ale stanowiących pewną całość, zrażam się dużo łatwiej (casus Musierowicz, nie byłbym w stanie czytać nawet wczesnych tomów, o których nadal mam opinię pozytywną)

Boni avatar Boni
Tue, 14 Jan 2025 11:12:27
@Gammon

Moje zdanie po pół roku jest takie, że temat jw. jest podzbiorem ogólnego problemu tolerancji w stadach homo niesapiens, czyli jak jednostki zmyślają sobie tolerancję na podstawie tego, co wyprawiają z nimi (tzw. wychowanie) i obok inne jednoski, grupy, całe kultury. I tyle, tak w zasadzie; IMHO zawsze jest gdzieś granica tolerancji, także na perwersje ulubionego autora, tylko najwyżej jeszcze do niej się nie dotarło. A wszechtolerancja istnieje, a i to niekoniecznie, tylko w bajkach o jezusach i buddach, ale nie w tzw. życiu.

Z innej beczki, jest też taki techniczny problem, że jakby jutro odkryto coś z biografii Lema, czy Murakamiego, czy Eco, czy Bułhakowa, itp. co przekroczyłoby granicę mojej tolerancji, to niby jak mam ich dzieła zapomnieć?

Codiac
Tue, 14 Jan 2025 13:35:26
Zapomnieć oczywiście że nie (znaczy dałoby się, tylko chyba jeszcze nie doszliśmy do takiego poziomu technologii i nieszczególnie lubimy jak się nam dłubie w mózgach). Ale np. patrzeć z odrazą na to co stoi na półkach albo nie sięgać po kolejne dzieło autora, nawet jeśli kiedyś go lubiliśmy?
Z Lemem jest o tyle łatwiej, że już nie żyje więc niczego nowego nie zrobi. Możemy się najwyżej dowiedzieć czegoś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy (vide niedawno wydana korespondencja z LeGuin). A że jego życie już prześwietlono, napisano biografie i że świadkowie jego życia również odchodzą, to i szansa na takie odkrycia maleje.

Ale można zobaczyć co się dzieje obecnie z Gaimanem czy co nieco wcześniej wyszło na jaw jeśli chodzi o Whedona. No przecież nieważne jak świetne rzeczy tworzą, ja się do kolejnych ich dzieł nie dotknę bo mnie obrzydzenie bierze na samą myśl. Nie wiem jak będzie z wracaniem do starszych, szczególnie "Dobrego Omenu" który Gaiman napisał z Pratchettem. Problem rozdzielenia robi się wtedy jeszcze bardziej skomplikowany.

Boni avatar Boni
Tue, 14 Jan 2025 14:10:17
Hint - powrót tematu na blogu właśnie przez Gaimana i trafienie jego spraw i sprawek do mainstreamu, nagle wszyscy o tym rozmawiają.




 

Engine: Anvil 1.08   BS