
Wasz ulubiony bloger daje znak-sygnał, że żyje i ma się normalnie, ze wskazaniem na doskonale.
Życie płynie należycie, obijamy gruchy po tagiem "jadę-na-krecie". Jedyne, co robi w brew, zamiast na rękę, to zdrówko - jakieś plecki, nóżki, skrzydełka odzywają się, ale geriatryczno-normalnie, "a co nowego".
Przeżyliśmy pierwszą większą falę upałów (nieco ponad 40 w cieniu), obecnie codziennie jest nieco ponad 30 stopni. Gorąc to jakieś wyzwanie, np. "na zewnątrz funkcjonuje się rano i wieczorem", trzeba podlewać roślinki, sklepy itp. przeważnie zamykają się na długą sjestę i otwierają się wieczorem; trudno gdzieś pojechać, czy łazić, w środku dnia, na wycieczkach. Ale z rana i wieczora jest bardzo OK, pogoda idealna, a nawet za dobra, tj. deszczu nie ma od miesiąca.
A propos nieba i pogody - po latach w PL, a nawet bardziej na północ, jak w Szkocji, i "białych nocach" przy przesileniu letnim, na południu nieco nas zaskoczyło odwrotne zjawisko, tj. najdłuższy dzień ma tu 14.5h i tyle; żadnych wschodów słońca o 3, czy zachodów o 22, i normalnie ciemne noce (chyba, że księżyc w pełni zalewa Kretę magicznym światłem, jak na na dniach).

Skądinąd, zdaje się, że obecny sezon turystyczny jest na Krecie bardzo słaby. Myśleliśmy, że może się jeszcze nie rozkręcił, ale miejscowi potwierdzają, że jak na czerwiec, to są pustki. Może rozkręci się z początkiem wakacji, bo na razie czasem jest aż dziwnie; wczoraj skoczyliśmy na plażę, w zasadzie przedmieścia Heraklion, setki leżaków, otwarte bary, itd. a w promieniu wzroku może kilkudziesięciu ludzi, z czego większość to miejscowi.
Przeżyliśmy pierwsze zauważalne trzęsienie ziemi 3.6 i 4.2 Richtera, pod wyspą, epicentrum 20-30km od nas (takie niezauważalne, < 3R, szczególnie podmorskie, są tu co parę godzin). Interesujące doświadczenie, przy 3.6R chałupa (dla przypomnienia, w nowoczesnym "przeciw-wstrząsowym" stylu - żelbetowa klatka z żelbetowymi stropami) zatrzęsła się nieco, ale bardziej zawibrowała jak kolosalny kamerton, a my w środku... Żonie na piętrze kawa się zabujała w szklance, ja na parterze tylko dźwięk i wibrację zauważyłem. Nic się nie stało, żaden obrazek ze ściany nie spadł, żadna szyba nie poszła, itd. Ale wyszedłem obejrzeć dach, i wtedy przyszedł 4.2, żona mówi, że zawibrowało znacznie mocniej w chałupie, a ja na zewnątrz miałem nikłe wrażenie akustyczne, natomiast niesamowite wrażenie od błędnika i stópek, że nieco tracę równowagę, jakbym się potknął po pijaku, choć nic się nie rusza, podjazd jest podjazd, chata jest chata, drzewka w koło sobie stoją, itd. a ja trzeźwy jak świnia bezalkoholowa.
Sprawy formalno-prawne nowego kraju załatwiamy w tempie lenistwa biurokracji greckiej, pomnożonego przez nasze lenistwo, więc raczej wolno. Ale aby do przodu.
W hobby itp. też niewiele się dzieje.
Z majsterkowania, przy samochodzie czy w domu, mam jakieś bardzo nikłe drobiazgi.
Notki na bloga porozgrzebywane, nie chcą same się napisać.
Z pomysłów "literackich" jakoś nic ciekawego się nie klei. Pozaczynanych/pomysłów SF/space opera nie chce mi się ciągnąć.
"Sensacyjno-kryminalne lata 90" niby łatwe i pociągnąłem nieco, ale nie potrafię tego pisać "z marszu", czy zupełnie "z głowy", tzn. mam do sprzedania furę anegdot, postaci i okoliczności z tamtych czasów, ale tło i fabuła wymaga researchu i planów, a tego mi się nie chce robić. A bez tego nie potrafię "zmyślać"; rwie mnie w półdupku mózgowym od ssania kciuka, przy jakoś tam historycznym dziełku.
Po paru dyskusjach ostatnio, o obecnej fantasy i różnych jej setupach, i że tak czy owak jest wielostronnie do bani (w duchu dawnego eseju Dukaja "Filozofia fantasy"), może zechce mi się pociągnąć
tamten pomysł, ale nawet planu porządnego jeszcze nie mam. A niezależna próbka fantasy, "dla rozgrzewki", która miała być szortem-humoreską w stylu wczesnego Pratchetta plus "humor zeszytów RPG", nagle zaczęła mi puchnąć i robić się zupełnie-nie-humoreską i raczej w stylu "Ruchu generała" Jacka Dukaja... Odłożyłem na razie.
Dłubię niemrawo (no może ostatnie dni bardziej mrawo) w pomyśle na grę,
opisanym pół roku temu... Postęp nieznaczny, nadal dziubię w Lazarusie, czyli Open Delphi. Skądinąd już mnie niektóre rzeczy i drobiazgi w nim wkurzają, szczególnie w okolicach obsługi grafiki, ale na razie jeszcze ciągnę ten wózek (w pascalopodobnych grafiku-fiku-miku zawsze diabeł siedział w szczegółach, a w multiplatform jak Lazarus, znacznie większy diabeł; no ale od pakietu FireMonkey w oryginalnym Delphi, czy jakichś prób z Qt, nadal jakby lepiej).

Oczywiście, UI już mi się pozmieniało w porównaniu z tym, co pokazywałem, na lepsze. Oczywiście, chce mi się ew. full skalowalnego UI gry, ew. na wielu ekranach (tak jak miało być w wersji na Go+przeglądarka), co dodaje sporo roboty, w porównaniu gdybym podszedł jak w typowych indie, "gra ma rozdziałkę X na Y, full na głównym ekranie, i zero fikuśnych opcji".
Oczywiście przy takich projekcikach apetyt rośnie w miarę jedzenia, co tak bardzo głupie. Np. doszedłem do tematu map, a w zasadzie bitmap-podkładów pod mapę-graf; bitmapy dla deweloperskiego edytora map, dla UI gracza, itp. Dla przypomnienia rzecz ma się dziać w Tokio. A Tokio małe nie jest. Noęc na początek miało być "wystarczy "mapa papierowa" w obrębie JR Yamanote Line (czyli tokijskiej linii okrężnej kolei) plus trochę". Co daje cirka kwadrat 12km, czyli 144km2... Ale robiąc podkłady w "znajomym" i fascynującym Tokio, człowiek dostaje pierdolca z rozpędu - "no jak już robię jeden podkład a la "mapa papierowa", to może pociągnę na południe razem ze starym portem", za chwilę "no może aż do Kawasaki", "no już jestem przy lotnisku Haneda, to całe wrzucę, taki piękny obiekt do gry", "ale jak wyrównałem Haneda, to już jestem przy Yokohamie, no przecież cyberpunk bez przemysłowego portu, to jak sernik bez rodzynek". A w kierunku na zachód "no Tokio nie może kończyć się zaraz za Shinjuku", za chwilę "ojej, tam jest małe lotnisko i wielki cmentarz, CHCETO", "hm, jak wyrównać do kwadratu z Yokohamą na południu, to załapuje się Fuchu, czyli baza JASDF i wielkie więzienie, yesss".
Czyli w paru krokach przyglądam się mapie 1000km2, w sensownej bitmapie to byłby kwadrat 14tys pikseli, i jakieś 250MB. No jasne, [censored]. A najśmieszniejsze, że mi ta pojedyncza płachta tak naprawdę niepotrzebna, bo mapa nadal ma być "grafem", a nie "kartką", to tylko podkładka dla wygody i elegancji. Tylko, że jednak nope.
Hm, czyżbym przez pół roku zapomniał wspomnieć, że greu roboczo nazywa się "Maze of the Haze", stylizowane na "MotH"? No to wspominam.
I na takich leniwych zabawach wakacyjny czas mi schodzi.