Wasz ulubiony bloger daje znak-sygnał, że żyje, ale jest zajęty, więc nie będzie notek na tematy ciekawe, czy pouczające. No chyba, że potraktujemy to, co wyprawiam(y) jako kabaret i "bawiąc-uczy".
Gdyż jak pisałem i dyskutowałem poprzednio, tematem bieżącym jest przeprowadzka po przekątnej EU. Sprawa okazała się nieco bardziej skomplikowana i/lub kosztowna, niż się wydawało. Gdyż z Irlandii na Kretę nikt nie chce jeździć ciężarówką itp. "przeprowadzkowo"; do Grecji noo moożee, ale na Kretę nie. Alternatywą są kontenery albo palety.
Palety dla ludzi prywatnych na takich dystansach są elastyczne w sensie objętości i wagi, i w miarę szybko idą, ale są absurdalnie drogie (tj. palety w wersji "dobra logistyka" a nie "wrzucimy palety po znajomości na dostawkę", wtedy jest nieco taniej; ale czy dojdą i kiedy, i z jakimi zabawami i kosztami celno-prawnymi po drodze, wie tylko bogini). Zbadaliśmy to kiedyś w temacie PL-UK, teraz wygląda podobnie, tylko drożej, bo dalej i drożej.
Kontenery są najtańsze i OK, poza czasem dostawy rzędu "6 tygodni, chyba że dłużej", ale nikt nie chce schylać się po ułamkowe ładunki w dziwnych kierunkach jak Irlandia-Kreta (co zrozumiałe - nie ma dość klientów, żeby skomasować ich w pełne kontenery). Więc dobra spedycja daje ofertę na przeprowadzkę "ekipa+kontener spod drzwi irlandzkich -> ekipa+vanem z portu pod drzwi kreteńskie", ale minimum na cały 20 stopowy kontener, czyli 30m3 i wiele ton. Co wychodzi nienajgorzej za m3 i jeśli się przenosi cały dom z meblami itd. ale my nie mamy nawet pół kontenera lekkich przydasiów, więc cena wliczająca kupę ludzi i czasu na załadunek i rozładunek, oraz wożenie statkiem powietrza itd., jest nieco nieadekwatna. Zanim zaczniecie się dopytywać - nasz całkowity koszt w takiej wersji to byłoby rzędu 10000 euro. Czyli sensowniej wychodzi polecieć tylko z walizkami i np. dokupić sobie wszystko za 8k na Krecie; jeśli kogoś nie obchodzą rzeczy nie do odkupienia, czy pamiątki, rzecz jasna. Plus konieczność wynajmu/kupienia jakiegoś autka na Krecie, pronto.
Aha, nie ma opcji "wynająć vana i zrobić przeprowadzkę samemu", jak między UK a IE, czy wewnątrz jakiegoś kraju; już pomijając, że koszt odprowadzenia vana z powrotem (jakieś 3500km i dwa promy) zabija pomysł ekonomicznie, to "po pierwsze, nie mamy armat" - OIMW nie istnieją firmy wynajmujące vany bez kierowcy, na takie dystanse, w ruchu bardzo-międzynarodowym; nie ważne, czy renomowane z górki UK, czy szemrane z dołka PL.
Ponieważ na drugie mam "Autarkiusz", zawsze w tle przeprowadzek rysowała się opcja "a walić biznesmeneli, spedycje i firmy, kupię se MPV/vana i zrobię pomalutku przeprowadzkę samemu". Ostatnia próba przy SCO - IE
skończyła się bardzo marnie, ale np. taka przeprowadzka PL - SCO była miła i przyjemna, spokojnie i powoli, na trzy rzuty
legendarną "mydelniczką".
Żeby było weselej, tym razem nie wchodził w grę zakup vana w Irlandii - nie te ceny pojazdów, kierownice nie z tej strony, ubezpieczenia i formalizmy nie z tej bajki oraz wkrótce - brak adresu irlandzkiego. Ale wszelkie takie punkty znacznie lepiej spełniał van z Polski...
Żeby było jeszcze weselej i przewijając nieco dłużyzny - poleciałem do PL kupić se vana. Kombinowałem w kierunku fordów transitów w dieslu, ale tanie są okrutnie rude, słabe i już nienaprawialne dla mnie. Więc skusiłem się na zupełną padakę w cenie 10-15 lat młodszych trupexów w dieslu, za to dla mnie naprawialną...
... i po spędzeniu nad nim paru dni w PL, poprawieniu paru rzeczy, co za niespodzianka, połowa sukcesu - z minimalnymi przygodami i zagadkami van dojechał do Irlandii. Jak widać, jest to zabytkowy VW Transporter T4, fünf zylinder gut maschine, 2.5 bezyna na podtlenku propanu butanu, chyba najprymitywniejsza wersja. Zapala, hamuje, huczy, bucy, pusty nisko leci zamiast szybko jechać, zwą go "messerschmitt" (no chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego) aka "pijak" (lubi chlać) aka "Zagadka" (w sensie Riddlera z Batmana, bo pojazd i jego historia zawiera dużo zagadek, także w sensie "nasi tu byli!", a szczególniej - gaziarze i elektrycy).
Technicznie, lata '80 dzwoniły ze szrotu po swoje teile. A jak się przyjrzeć niektórym kawałkom, nie zdziwiłbym się, gdyby podobne rozwiązania były w pierwszych garbusach albo i w czołgach PzKpfw VI "Tygrys", czy podobnych, "a Ferdinand Porsche widział, że były dobre.". Wszystko oczywiście nieco zużyte i podrdzewiałe po delikatnych 300tys. kilometrów i około 30 latach.
Teraz mamy na serio sortowanie, pakowanie, wywożenie zbędnych gratów itd. bo wyjaśniło się, ile możemy zabrać. A jeśli T4 dojedzie na Kretę, to pewnie dostanie nieco porządniejszy remoncik i zostanie na dłuższą chwilę, bo czemu nie.
Inne morały z wycieczki oraz nieco o zdjęciach powyżej:
Pilne tanie latanie IE-PL prawie przekonało mnie do spróbowania w końcu Ryanaira. Słowo kluczowe "prawie" oraz to są jednak ch... przez wielkie C.
Pilne tanie latanie IE-PL Lufthansą jest bolesne, kiedy połączenia nie sprzyjają i próbuje się przeczekać nockę na lotnisku Frankfurt (Fraport), bo szkoda kasy na przepłacony hotel, na parę godzin.
Na terminalach Fraport światła palą się non-stop, więc myszy rozpoznają wieczór/noc po innych znamionach - wychodzą na teren zaraz po zamknięciu gastronomii, złożeniu stolików, itp. I czują się jak u siebie; podziwiałem, jakbym
"Ratatouille" oglądał, tylko nie film animowany, ale w teatrze.
Kiedy jedyna nawigacja pod ręką postanawia się wyłączyć, wybiera "najlepszy" możliwy moment, czyli przejazd przez dwie przebudowy i ogólny pierd...nik pod Rouen. Zapoznałem się z bliska z okolicą, że tak powiem, oraz udało mi się zupełnie "na oko" złapać dobry azymut na Le Havre, ale wykonalny tylko śmigłowcem, bo tam są zaskakujące górki i jary wszędzie... Navi łaskawie wstała, kosztowało to wszystko nieco stresu i jakieś pół godzinki.
Promy Stena Line na linii Cherbourg - Rosslare duże, fajne, szybkie, w rozsądnych cenach, jak zwykle - daję lajka. I chyba połowa załogi polska (a druga połowa - kraje bałtyckie). I ładny kolaż przy recepcji, jw. ze starego drewna z łódek itp.
W Cherbourg minęliśmy się z zacumowanym
USS Gunston Hall, czyli amerykańskim okrętem desantowym - dokiem; ciekawe i zaskakująco duże zwierzę.
Poza hukiem nieco dziurawego wydechu, jazda przez EU była całkiem przyjemna, wiosna wszędzie. Szczególnie Normandia piękna. Może zaczepimy się tam na pół dnia zwiedzania, jadąc "w drugą stronę".
Najbardziej zen momentem, z wielu, był chyba sam początek trasy, szosa Białystok - Warszawa wczesnym rankiem, i wielki zachodzący Księżyc, idealnie w osi drogi; goniłem go wytrwale. Stąd wtręt w tytule notki, będącym parafrazą tytułu książki
"Zamiatając skały, czesząc mech" roshi Marii-Reiko.