Przy sobocie coś o szrocie...
W obecnej chwili samochodu prawie nie używamy, tyle co po zakupy do miasteczka, raz na tydzień-dwa do pracy, no, okazyjny wyjazd do klienta był miesiąc temu. Generalnie, nasz lexus tylko się kurzy przez te miesiące; ale nie znaczy to, że nie miewam napadów "pogrzebałbym w czymś! o, jakieś lexi tam stoi, no jak znalazł...".
Stąd, kiedy się nieco poprawiła pogoda w kierunku pseudo-wiosny irlandzkiej parę tygodni temu, zaraz polazłem coś tam zbroić - a to oberwać znaczki z tylnej klapy, a to odnowić katastrofalnie podniszczone felgi (na zdjęciach to jest stan dzisiejszy, po różnych operacjach), a to coś jeszcze innego.
Znaczki okazały się pułapką, gdyż jakiś komitet moronitów-księgowych Lexusa (no bo nie nazwę takich ludzi inżynierami) wymyślił, że znaczki-napisy "LEXUS" i "IS250" będzie się na linii produkcyjnej mocować o 0.6s szybciej i o 0.4% łatwiej, jeśli będą miały prowadzące kołeczki, wchodzące w dziureczki w 'blendzie' tylnej klapy. No nikt normalny tak nie robi/robił (szczególniej w metalowych klapach - ale blenda jest plastikowa), oraz jeśli i tak idzie wszystko fabrycznie na taśmę dwustronną, a tu proszę! A kiedy zacząłem zrywać znaczki i odkryłem niespodziewane dziureczki, było nieco za późno. Nie rzucają się bardzo w oczy (ze 2mm w zakurzonej klapie), ale wkurzają i coś z nimi kiedyś pewnie zrobię.
Odświeżanie felg było normalne, ot, zwykła fucha dla zabicia czasu i rozruszania się; ekonomicznie nieco bez sensu przy tak podniszczonych felgach jak miałem, bo szlifowanie itd. kosztuje więcej zdrowia i czasu niż oddanie ich do normalnej renowacji, albo wręcz kupienie jakichś felg. Ale celem jw. było też rozruszanie się, bo przecież tygodniami siedzę na kanapie z laptopem, a ćwiczenia w domu, hm, ćwiczenia są dla słabiaków, nie dla mnie ;) No więc "rozruszanie się" weszło nieco za mocno, gdyż z 4 kółek jedno było słabe, a jedno bardzo bardzo słabe, więc co się nap... papierem ściernym z 4 pouszkadzanymi warstwami solidnej farby po wszystkich poprzednikach, i jak bardzo wymęczyłem odzwyczajone od roboty łapy oraz plecy oraz wszystko inne, to moje. Samo malowanie podkładami, szarym metalikiem i klarem to już w zasadzie pikuś był. Jakoś tam obleciałem te 4 koła koło Wielkanocy; efekt takiej amatorki nie jest oczywiście powalający, a nawet jakoś udało mi się po prostu przeoczyć parę miejsc czy rys, ale jest lepiej niż poprzednie zniszczone 4 warstwy sreberka/podkładu i wżerów.
Z innej beczki i w nawiązaniu do tytułu - jakiś czas temu dostałem, jako właściciel pojazdu, niespodziewany liścik od Lexusa Irlandia, w temacie recallu (dobrowolnej naprawy/wymiany przez producenta) poduszki powietrznej pasażera w naszym lexusie. Co miłe i zaskakujące, bo powiedzmy, o ile recalle niesławnych poduszek itp. gratów firmy Takata ("japońska firma, meksykańska fabryka i jakość", zbankrutowali przez tę jakość...) np. w USA, dla samochodów różnych producentów, były "normą" za ostatnią dekadę, to jednak nie są takie recalle zupełnie oczywiste w jakiejś Polsce, Malezji czy innej Irlandii, dla 15 letnich wózków jak nasz. Wręcz - czasem jakiś Ford Zadupie Mniejsze czy Toyota Wiocha Niżna nie przyznaje, że cokolwiek jest nie w porządalu, nawet jeśli w USA czy UK czy Niemczech właśnie wymieniają 5 milionów poduszek powietrznych, bo zabiły już ze 20 osób a poraniły ze 200...
Więc było to pewne zaskoczenie "na szrocie", że Lexus IRL się do naprawy poczuwa. Przy dogadywaniu rzeczonego dość krytycznego serwisu, okazało się, że "wisi" na naszym wózku jeszcze inny recall, wymiana czujnika ciśnienia paliwa (jak znam życie, trafiały się przeciekające; bo do "tylko" popsutych czujników nikt z producentów się nie przyznaje; ale nie wnikałem w temat). Dogadaliśmy się, termin nadciągnął w tym tygodniu - dealer/serwis Toyoty i Lexusa jest wygodnie na "naszym" wylocie z Dublina, więc logistyka dostarczenia/odebrania autka była wzg. prosta i przy okazji skorzystaliśmy w końcu z irlandzkiego z transportu publicznego, zdaje się nieco bardziej rozbudowanego niż np. szkocki, no i nieco tańszego niż UK (BTW ciekawostka - nie da się w autobusie zapłacić kartą, no jakiś XXw. czy co).
Niestety, salony samochodowe w Irlandii są pozamykane bo lockdown (poluzowanie niewielkie ma być od przyszłego tygodnia dopiero), więc nawet nie mogłem pozwiedzać salonu Lexusa, pomacać jakiegoś nowego LC albo RC albo choć IS może - przyszło od razu się zmywać do domu, zastanawiając się, co też jeden z najdroższych serwisów jednego z najlepszych producentów automoto spier...li nam w samochodzie.
Bo jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, moje zaufanie do mechesów samochodowych jest przyzerowe, a do renomowanych i drogich przyzerowe razy dwa, więc nadal epsilonowe. Można se poczytać tu obok pod tagiem "szrot" albo wyszukując "autarkia".
Zadzwonili po południu, że skończyli zgodnie z planem, udało nam się fenomenalnie złapać "uciekający" autobus pod domem, więc już za chwilę i moment mogłem się przyjrzeć, co spieprzyli, i że względnie niewiele. Drobne uszkodzenie skóry na kierownicy, jedna zapomniana śruba mocowania deski/ramy kokpitu, nieułożone z powrotem kable czegoś-tam przy słupku A, i to tyle co zauważyłem. No może też nowa rysa na masce (ale tego nie jestem pewny, wózek jest porysowany jak cholera).
Czy chciało mi się awanturować z sympatycznym serwisem o te drobiazgi? Nie.
Czy poleciłbym komukolwiek serwis Lexusa przy M50, Dublin; szczególniej za ciężkie pieniądze, a nie za "dziękuję"? Nie.
Wózek pali, jeździ, hamuje, nie zapala niespodziewanych kontrolek, no i być może ma naprawdę wymienioną poduszkę, więc nie odstrzeli mi młażony niespodziewanie. Profit!
Reszta, to "marność nad marnościami" oraz jak nieraz zaznaczałem, główną bezapelacyjną zaletą pracy w autarkii jest to, że panuje się nad jakością tejże pracy. Bo tak normalnie, to jednak się nad jakością nie panuje, nie ważne, czy Toyota nad Takatą, właściciel serwisu Lexusa nad robolami, czy ja nad serwisem Lexusa; co najwyżej ma się nadzieje. Lub omamy.