(niestety, będzie więcej części w tym podcyklu, bo rozpisuję się jak gupi)
Flota tak wielka i wiekowa jak Royal Navy może dostarczać fakapy rurociągiem, rzecz jasna, gdyż taka jest natura lucka, a nawet świata i każdej tak dużej i skomplikowanej organizacji. Ale na potrzeby notki muszę coś pojedynczego wybrać, i będzie to artyleria, która miała być ciężka a wyszła, cóż, cienka.
"Skromna" dygresja, skoro notki są przeznaczone dla wszystkich, a nie dla wszystkich 5 maniaków dział Royal Navy sprzed 100 lat - pierwotne założenia artylerii przeciwpancernej wynikają z prostej fizyki i każdy, kto próbował wbić gwóźdź może też próbować robić za eksperta w temacie. Bo jest to bardzo dobra analogia - gwoździe wbija się łatwiej, jeśli ma się cięższy młotek, albo bierze się lepszy zamach, ew. wymyśli się dłuższy trzonek młotka. Gdyż najważniejsza jest tu energia kinetyczna, a ta jak wiadomo zależy wprost od masy i od kwadratu prędkości. Oczywiście, po chwili okazuje się, że baaardzo ciężki młotek (silny ładunek miotający działa) czy baaardzo duży zamach czy długi trzonek (długa lufa, wielkie prędkości początkowe pocisku) są mocno ograniczone z góry dostępną techniką (nie tylko stricte materiałami, ale też np. może i fajnie mieć młotek na 2m trzonku, albo bardzo długą lufę, ale spróbujcie takim czymś szybko, powtarzalnie i stabilnie celować w gwoździe czy inne cele wojskowe...) stąd praktyczne rozwiązania inżynieryjne są kompromisem, ale "tak oto jest".
Kiedy okazuje się, że trzeba wbijać gwoździe w blachę, a nie tylko w deskę, okazuje się też, że przydałyby się dobre mocne gwoździe, takie które nie gną się jak makaron, ale też nie rozpryskują w hartowane igły, pod uderzeniem najmocniejszego i "najszybszego" młotka jaki mamy do dyspozycji; ogólnie - właściwie przenoszą energię pocisku na pancerz, w celu przebicia. Tu zaczyna się teoria pocisków przeciwpancernych i nie jest to już tak trywialne, jak samo (mv^2)/2 podzielone przez przekrój gwoździa czy pocisku, bo zjawiska przy ataku pocisku na pancerz, i porównywalnych materiałach, a nie gwoździa w deskę czy w nogę, robią się dosyć skomplikowane i wieloczynnikowe; po "obu stronach" materiały płyną, kruszą się, ścinają, przekraczają pewne przemiany, powiedzmy, "fazowe" i to co zaczyna się prostą mechaniką, kończy się hydrauliką (a przy naprawdę szybkich gwoździach, to i teorią plazmy może, i tu nieco hermetycznie - pozdrawiam wszystkich fanów zrzucania na przeciwników kowadeł z orbity! or compatible).
Kiedy przeciwnik naszych gwoździ wrednie pogrubia blachę, a nawet zaczyna ją wstrętnie walcować, hartować, nawęglać i robić z nią inne nieprzyzwoite rzeczy, na ile tylko starczy mu kasy i pomysłów, coraz drobniejsze szczegóły gwoździ czy pocisków i całego systemu zaczynają mieć znaczenie - może warto zahartować te gwoździe/pociski? ale nie za mocno, żeby nie pryskały jak szkło!1! a może warto te gwoździe przytrzymać we właściwej pozycji, zanim się przyp... im młotkiem? ręką się nie da, może jakiś przyrząd do gwoździ albo czepiec z miększego materiału na czole pocisku, "ustalający" i wspierający penetrator w trudnym zadaniu penetracji? Itd. itp.
Oczywiście analogia artylerii z gwoździami ma swoje granice - gwoździ nie dotyczy balistyka zewnętrzna, tj. latanie z prędkością ponaddźwiękową na jakieś grube kilometry albo i dziesiątki kilometrów. Oraz nie zapominajmy, że klient wojskowy jest awanturujący się, i jeśli mu dostarczycie magiczny pocisk o przebijalności 500mm stali pancernej z 10km, w cenie tradycyjnego pocisku przebijającego 50mm, ale robiący dziurki o średnicy tylko 1mm, nawet jeśli na wylot, to klient wcale niekoniecznie będzie zadowolony. Bo przeważnie wymaga, żeby efekty trafienia pociskiem ppanc były nieco bardziej wyraziste i krwiste, niż wbicie gwoździa w blachę...
Wracając do 100 letnich historyjek - kiedy rozważano kolejną generację dział pancerników na lata po Wielkiej Wojnie, takich w okolicy sporych kalibrów 16" do 18" (406 do 457mm), dyrektor Biura Uzbrojenia RN wysmażył w 1920 rozprawkę o przyszłych pociskach przeciwpancernych, podważającą ugruntowaną praktykę, powiedzmy, 15 letnią, dział RN - gdzieś tak od dział 13,5", projektowo z około 1908, przez niezłe 15" późniejsze, Royal Navy trzymała się zasady "wolimy ciężkie młotki i gwoździe, bo z tą całą prędkością to tylko kłopoty". Gdyż RN już raz się sparzyła na 12" działach długolufowych, które miały robić dobrze w kierunku "prędkość KWADRAT!", ale jednak nie pykło - lufy zużywały się jak z plasteliny, co zaraz dawało bardzo nieprzyjemny rozrzut, itd. A skądinąd RN nie miała wielkiej wiary w możliwości brytyjskiej metalurgii i przemysłu militarnego, więc choć teoria (a nawet praktyka np. przebadanych dokładnie po I wojnie dział niemieckich) mówiła, że da się zrobić wielkie działa z prędkością początkową rzędu 850m/s, to jednak RN trzymała się statecznych przyciężkich luf i raczej 750m/s.
Ale około 1920 jak wyżej, dyrechcja oraz działy badawczo-rozwojowe RN zaczęły zmieniać zdanie i znowu skręcać w stronę szybszych i lżejszych pocisków przeciwpancernych. Na główną podkładkę mieli testy dział i pocisków 13.5" (343mm) które były produkowane w dwu "wagomiarach", 1250 i 1400 funtów (570 i 635kg) i było tego sporo pod ręką, bardzo wiele okrętów RN miało 13.5" w czasie I wojny.
Z całkiem bogatych testów wynikało, że lżejsze i szybsze pociski mają lepszą przebijalność, szczególnie pod kątem do pancerza, niż cięższe. Teorii dlaczego tak jest, było kilka (teorii, bo szybkich kamer jednak nie mieli - wnioskowano po tym, co zostało z pocisku i z pancerza...) - m.in. taka, że cięższy i dłuższy pocisk, z potencjalnie większym momentem "na tyle", ma przy trafieniu pod kątem tendencję do "przewrotki", zamiast przebijania w swojej osi, co daje niekorzystne warunki przebicia i roznosi pocisk na kawały. Chociaż w nieco bardziej ugruntowanej teorii (a nawet w trywialnej praktyce trafień pod kątem prostym), cięższy pocisk o tym samym kalibrze i materiale MUSI być lepszy. Ale nie, wymyślili, że lżejsze, krótsze i szybsze - są lepsze, mają po prostu mnóstwo zalet (żebyśmy się rozumieli, parę zalet na pewno mają, ale niekoniecznie w strzelaniu na dziesiątki kilometrów i z "przesadzoną" prędkością, zamiast np. do wrogiego czołgu "na wprost" i z "nominalną" prędkością; i nie będę tu referował bardzo specjalistycznych detali balistyki lotu czy terminalnej).
I to już jest pierwszy, niski jeszcze, napływ gówna do mózgu speców z RN, moim zdaniem. Bo jak dla mnie, jeśli mi się badanie, nawet różnych gwoździ, a nie tylko kosztownych pocisków ppanc, nie za bardzo zgadza z fizyką, dla dwu rodzajów gwoździ czy pocisków, to zaczynam nie od negowania fizyki i tworzenia nowych teorii, tylko ośmnastokrotnego przebadania rzeczonych gwoździ i ich wszelkich cech, do ostatniej śrubki i oleju na nich. Bo może np. 1400 funtowe pociski są po prostu wadliwe wzg. 1250 funtowych...
Bo przecież - RN miała fakap i najadła się wstydu DOKŁADNIE z powodu, że pociski 13.5" i 15" były wadliwe, tj. za słabe po prostu oraz ze zbyt wybuchowym ładunkiem; rozpryskiwały się i/lub wybuchały na niemieckich pancerzach np. pod Jutlandią, zamiast je ładnie przebijać i wyp... za blachą. I nie była to wielka tajemnica. I przyszło na gwałt opracować nową generację pocisków (tzw. Greenboys, malowane zielono dla odróżnienia), które weszły do służby w roku 1918.
Odkładając na bok, jak doszło do tego, że RN popłynęła na Wielką Wojnę z gównem a nie pociskami, oraz, że wymiana na lepsze zajęła im pół wojny, to niepojęte, że ta lekcja NATYCHMIAST została zapomniana czy wyparta i Biuro Uzbrojenia po testach 13.5" i interpolacji dla 15" w 1920 nie brało pod uwagę, że może te różnice w testach, to z powodu różnic i niedoróbek w TRADYCYJNIE gównianych pociskach...
A może i nie została zapomniana, bo jednak elaborat dyrektora Biura Uzbrojenia nie został łyknięty niczym sto gram spirytusu przez kota Behemota, ale poddany rozważaniom. I nawet znalazła się kasa na przetestowanie tej teorii o działach wysokiej prędkości z lekkim pociskiem, zrobiono kosztowne prototypy krótszych lżejszych pocisków i badania na działach 15".
Tu niestety jest największa tragedia całej anegdoty, bo nie zachowały się szczegółowe raporty czy zapisy z rzeczonych testów. A byłyby wiekopomnym przyczynkiem do wszech-historii fakapów technicznych na dużą skalę... Jedyne co wiadomo, że JAKIEŚ testy utwierdziły Biuro Uzbrojenia i kadry Royal Navy, że teoria z 1920 jest OK, i że dla następnych wielkich okrętów warto zamawiać działa w tym duchu.
W międzyczasie wiadomo też było, że wchodzi w życie Traktat Waszyngtoński 1922, stąd skasowano zamówienia RN na parę dużych okrętów oraz działa 18" zrobiły się niekoszerne, stąd zostały na deskach kreślarskich i wkrótce na pochylniach tylko
dwa nieco dziwne pancerniki, czyli
HMS Nelson i
HMS Rodney - dziwne przez to, że RN upchnęła w limitach traktatowych jak najwięcej "i frytki do tego", stąd postawiono na nich te nowoczesne hyperdziała 16" czyli 406mm (pierwotnie były to te "mniejsze", dla krążowników liniowych nowej generacji, normalne pancerniki miały mieć klasycznie rozmieszczone 4x 2x 18", a nie 3x 3x 16" jak
Nelsona).
Zaraz po wejściu do służby obu pancerników-bliźniaków około 1927, okazało się, że mamy spory fakap, milordzie. Gdyż założenia na których oparto projekt, okazały się warte tyle, ile papier na którym je wypisano, a testy były chyba z kategorii "jeśli testy nie utwierdzają pana-dyrektorskiej teorii, tym gorzej dla testów".
Krótkie pociski okazały się nieproporcjonalnie niszczyć lufy (za słabe "prowadzenie" krótkiego pocisku - "telepało" je przy strzale, tylko że przy tym "frezowały" gwint z lufy, ino trzeszczało), więc zaraz robiły się niecelne, oraz nie osiągały zamierzonej zacnej prędkości wylotowej, a ich balistyka lotu była taka se. I ogólnie lżejsze pociski nie okazały się wcale skuteczniejsze "na przebiciu". Więc nic się nie zgadzało, kosztownie kombinując jak koń pod górę i porywając się z motyką na działa 16" RN dostała uzbrojenie równie skuteczne jak 15" i niewiele skuteczniejsze niż późniejsze 14".
Plus doszło jeszcze więcej pobocznych fakapów z potrójnymi ciężkimi wieżami i ich osprzętem (wieże niby ciężkie, ale tak naprawdę lekkie, tj. odchudzone, bo pancernik "traktatowy"), interferencją trzech pocisków między sobą w locie, itd itp. A z innej beczki, na to wszystko nałożyły się czasy Wielkiego Kryzysu, nie było mowy o jakimś kolejnym programie badawczym dużych dział, czy wymianie tych 18 luf i całej mechaniki na dwu pancernikach; nawet na przekonstruowanie pocisków czy testy itd. prawie nie było kasy.
Ale pomaluśku poprawiano oba okręty i ich uzbrojenie,
HMS Nelson został nieco zmodernizowany do II wojny,
Rodney dostał tylko minimum poprawek. W czasie drugiej wojny jedyna poważna akcja morska, która przetestowała niefortunne działa 16" to strzelanina
Rodneya w
Bismarcka (
wzmiankowana w notce), poza tym oba pancerniki czasem bombardowały cele na lądzie. No jakoś sobie radziły, z naciskiem na "jakoś" i że nie lepiej niż o generację starsze i "słabsze" 15"...
Wstyd i nauczka była taka, że przy projektowaniu następnych dział, RN poszła po 14" (żeby łatwiej zmieścić je na "traktatowych" pancernikach, chociaż już nikt się traktatów nie trzymał) i po założenia jak w starych 15", tj. proporcjonalnie ciężkie, "duże" i solidne pociski, odpalane, lecące i przebijające pancerz "normalnie", a nie w teoriach zassanych z kciuka i "nieadekwatnego programu badawczego", jak to mówią fachowcy.