Kiedyś tam szukając czegoś tam o niemieckich eskortowcach z II wojny światowej, bo były na ilustracji, którą chciałem wykorzystać do notki marynistycznej o zupełnie innej akcji, przeglądałem rejestry coraz dziwniejszych niemieckich okrętów, aż doszedłem do wynalazków i znalazków. I w tych nudnych zakamarkach list i wykazów jakichś patrolowców i uzbrojonych trawlerów trafiłem na ewenement w skali całej II wojny. Oraz, co za niespodzianka, w skali całej Royal Navy na II wojnie światowej. Jak widać, koniecznie muszę się nim z wami podzielić. Ale przez taką a nie inną genezę notki - lojalnie ostrzegam, tym razem zabłądzimy w dygresjach na przestrzeni 25tys znaków...
Okręt podwodny
HMS Seal, czyli nasza tytułowa
Foka, był ostatnim z
serii 6 bardzo dużych okrętów podwodnych - stawiaczy min, zamówionych przez Royal Navy w latach '30 (dużych jak na tamte czasy, oczywiście). Dla obeznajomionych nieco z polską międzywojenną Marynarką Wojenną - coś podobnego do ORP Wilk, Ryś i Żbik czy francuskich, na wzór których Polska zamówiła Wilki, tylko brytyjska wersja była znacznie większa, o prawie dwa razy większej wyporności i znacznie lepszych "wypasach". Chyba jedyne większe okręty podwodne epoki, ale niewiele większe, to różne eksperymentalne "krążowniki podwodne", tj. okręty podwodne projektowane do ataków artyleryjskich w wynurzeniu, z 2 czy nawet 4 działami średniego kalibru.
Dygresja dla nieobeznanych - podwodne stawiacze min miały skrycie zaminować kluczowe przesmyki, podejścia do wrogich portów itp. miejsca. Poza tym były to w miarę normalne okręty podwodne, z torpedami, jakimiś pojedynczymi działami czy działkami "nawodnymi", proporcjonalnymi napędami, zasięgami, itd. tylko dołożono do tego wszystkiego 40-50 min plus cały sprzęt do ich stawiania. A nie jest to trywialne - sama logistyka i przewożenie min to ciekawe zagadnienie, ich stawianie w zanurzeniu to wyższa szkoła techniki i nawigacji, a jeśli np. z powodów projektowo - technicznych na okręcie podwodnym trzeba przewozić je uzbrojone, to sami wiecie jak nieprzyjemnie może się to zaraz skończyć... znaczy, w praktyce kończy się jak w polskich stawiaczach serii Wilk - z ładunku 40 min 10 musiałoby być uzbrojonych już "w ładowni", więc wożono 30...
Koncepcja podwodnych stawiaczy min była modna przed 2 wojną światową, nie znam dobrych zbiorczych statystyk na ile okazała się skuteczna - z jednej strony broń minowa była bardzo tania i nieźle dezorganizowała ruchy przeciwnika, ale z drugiej strony wyspecjalizowanie aż po specjalne okręty podwodne, z całą dodatkową techniką, logistyką i koordynacją (i nawigacją...) wydaje mi się kasować zyski z tego pomysłu; chyba wolałbym 3 normalne okręty podwodne, zamiast jednego przekombinowanego stawiacza min. Ale np. faktem jest, że jedyny niewątpliwy sukces polskiej obrony wybrzeża w kampanii wrześniowej 1939, to wejście na minę niemieckiego trałowca M-85 i jego zatonięcie - na minie postawionej przez ORP Żbik w ramach operacji "Worek" tj. minowania podwodnego Zatoki Gdańskiej i podejść do Helu. Widywałem argumenty, że skoro wszystkie polskie miny były tańsze niż ten trałowiec, oraz były ważnym czynnikiem nieco dezorganizującym działania niemieckie, to pomysł był niezły i skuteczny. No może i miny były tańsze od niemieckiego trałowca, ale 3 wyspecjalizowane okręty podwodne trochę zmieniają kalkulację, co nie...
Dygresja do dygresji na temat wrednych min morskich i okolic - kiedyś w pracy zgadała się banda elektryków, że niby Podlasie, a w wojsku na wybrzeżu było aż 5 na ok. 10; trzech nieco dalej od floty (obrona przeciwlotnicza, kompania transportowa i kompania wartownicza), ale dwu naprawdę we flocie. Jeden wygadany z floty był na trałowcach czy ścigaczach, wyjaśniło się wtedy zagadnienie, skąd się biorą ci fenomenalni okrętowi sygnaliści z chorągiewkami, napierający jak wiatraki (flegmatyczne wyjaśnienie kolegi P.: "jak młody pomacha dwa miesiące połówkami cegieł, to jak już dostanie chorągiewki, od razu wyrabia 120 znaków na minutę..."). Ostatni kolega, prosty i spokojny rolnik podlaski słuchał 4 kolegów przerzucający się przy kawie i papierosku anegdotami z wybrzeża, nie wtrącając się zbytnio, w końcu P. ze ścigaczy zagadał wprost "A. a ty na czym pływałeś?", na co A. rzucił kryptycznym numerem jednostki, na co P. autentycznie zaniemówił, na co wszyscy mieliśmy WTF?; na co P. wykrztusił "Kamikaze..."; na co mieliśmy Duże WTF (TM)??? Na co A. tylko się smutno uśmiechnął.
Otóż A. był w malutkiej jednostce obsługującej miny i tzw. krypy minowe, czyli barki zakotwiczone gdzieś dalej od czegokolwiek ważnego, pełne starych zardzewiałych min - idea jest taka, że "to jebnie, koleś", więc lepiej, żeby ew. została na chwilę duża dziura w wodzie i parę ofiar, jak kolega A., zamiast np. dużej dziury w kształcie portu Gdynia. Wydawałoby się, że tylko trałowce pobierają i ew. zdają miny na krypy minowe (jak pobierają? OSTROŻNIE) i nikt normalny nie zbliża się do składnic niebezpiecznego złomu, ale okazuje się, że na co dzień ktoś musi te barki i miny doglądać, konserwować, itd. i właśnie to robił przez 3 lata kolega A. Fucha nie cieszyła się dobrą sławą we flocie, stąd ksywka "kamikaze", ale A. podsumował smutno, że do wszystkiego można się przyzwyczaić...
Wracając do
Foki (skądinąd, cała seria okrętów miała nazwy od ssaków morskich, różne delfiny i inne kaszaloty) - okręt wszedł do służby w ostatnich miesiącach przed wybuchem drugiej wojny. Próby, odbiory i testy przeszły bez większych emocji, dowodzenie objął komandor Rupert Philip Lonsdale, doświadczony międzywojenny podwodniak. Urodzony w Dublinie (pozdro z okolic!) w 1905, ale wychowywany na południu Anglii, głównie w elitarnej St. Cyprian School, klasycznej angielskiej "boarding school" dla anglikańskich chłopców, czyli podstawówce z internatem.
Mała dygresja o tej szkole (i nieco o podobnych, które edukowały wielu bohaterów moich notek) - szkoły takie zapewniały pełne zajęcie i utrzymanie chłopca od 4-5 roku życia do 13, kiedy zdawało się mikro-maturę. Czyli rodzice mogli zająć się ważniejszymi sprawami, niż jakiś gówniak; a nauczyciele i wychowawcy de facto przejmowali rolę modeli i rodziców. Przypomina mi to w różnych opisach raczej dom dziecka, niż podstawówkę. St. Cyprian była dosyć znana i kontrowersyjna (chociaż raczej później, kiedy następne pokolenia zaczęły dyskutować model edukacji UK), z jednej strony nastawiona na "Muscular Christianity", patriotyzm i elitaryzm; te wszystkie rzeczy, które ufundowały skauting czy harcerstwo, sport i zabawy na łonie natury, twarde wychowanie i dużo nauki; z drugiej strony alienująca dzieciaki, nie przywiązująca uwagi do możliwości czy zdolności dzieci, rządzona twardą ręką na granicy mobbingu; oraz była to wzg. młoda szkoła bez tradycji, w pewnym sensie "przez nuworyszów dla nuworyszów". No i fundująca ukąszenie religijne, jeśli ktoś był na nie podatny, jak np. Rupert. Ale skądinąd zdaje się, że w tym szczególnym przypadku prawda leży po środku; szkoła działała wzg. krótko (ok 40 lat), nie wydała jakichś pokoleń wychowanków, tylko ze dwie generacje - z ich publicznych kłótni o to, czy St. Cyprian była do dupy (tezy postawione najgłośniej przez Georga Orwella, tak, tego od "1984"), czy jednak twarda ale ok (jak argumentowało paru prominentnych absolwentów przeciw Orwellowi), wynikałoby, że była dobra dla twardzieli, ale nie dla wszystkich; że była "pośrodkowo" elitarna, tj. za mało elitarna dla arystokratów, a za bardzo dla "prostaczków", więc może - normalna? Na pewno wychowała sporo ciekawych ludzi, poza Orwellem i bohaterem notki, moim ulubionym jest generał Lashmer Whistler, fenomenalny dowódca piechoty II wojny i nie tylko, o którym można popełnić półkę książek. Jeśli kiedyś skończą mi się "marynaty" i zacznę jakiś cykl "żołnierze w plenerze", Whistler musi być (zajawka - słynna oficjalna depesza od niego do sztabu brygady BEF, kiedy dowodził jeszcze zaledwie batalionem przeciw blitzkriegowi niemieckiemu przez Belgię, pod ciągłymi nalotami: "Bardzo prosiłbym o pół Hurricane'a na pół godziny"). Dygresja do dygresji - świat jest mały i wszyscy znają wszystkich - kadet Rupert Lonsdale był honorową obsługą na weselu Lashmera Whistlera...
Co to ja chciałem... Lonsdale skończył St. Cyprian, potem elitarny Royal Naval College, zaczął karierę porucznika, od razu specjalizując się w okrętach podwodnych. Wkrótce był pierwszym porucznikiem na HMS X1, wielkim eksperymentalnym
krążowniku podwodnym, z dwoma wieżami ze zdwojonymi działami 133mm. Służył na różnych okrętach, w 1934 zdał specjalne egzaminy na dowódcę okrętu podwodnego, raczej trudne (zwane "Zgładźcą", powiedzmy, nie mam lepszego pomysłu na tłumaczenie ksywki "The Perisher"), dostał malutki stary okręt podwodny w dowodzenie, potem nowszy i normalniejszy.
Był bardzo spokojnym i cichym człowiekiem i takim też oficerem, nie przeklinał, nie wykrzykiwał rozkazów, okraszał je "please", nie tracił panowania nad sobą. Był człowiekiem religijnym, ale nie narzucał się ze swoją religijnością innym. Niektórzy krytykowali go za to wszystko, że co to za kapitan, który jest tak mało piracko - malowniczo - zabijacki, wcale nie w duchu Royal Navy, ale zaraz wszyscy przyznawali, że jest totalnie profesjonalny i tzw. dobrym człowiekiem. Po ponad dekadzie na okrętach podwodnych był bardzo solidnym oficerem i dowódcą, w końcu dostał nową potężną
Fokę.
W trakcie ich pierwszej operacji, tj. przebazowania na Daleki Wschód, wybuchła wojna i
Seal został zawrócony na Morze Śródziemne, żeby mieć oko na jeszcze neutralnych Włochów i ew. przekradające się niemieckie Ubooty. Potem przeszedł na Morze Północne, zaczęły się pierwsze patrole na serio, ataki niemieckich samolotów, jakiś niespodziewany konwój do USA, oraz głównie - typowe gry i zabawy w podwodno-nawodną ciuciubabkę.
Pewnym urozmaiceniem była znana akcja Royal Navy przeciw statkowi
Altmark, przewożącemu pojmanych marynarzy brytyjskich do Niemiec.
Seal miał brać udział w incydencie na wybrzeżu norweskim, zaokrętował dodatkową grupę abordażową, ale nie zdążył dotrzeć na miejsce zanim akcja się skończyła. Dygresyjnie, ciekawa wydaje mi się drobna anegdota - po powrocie z
niewypału wyprawy do
Altmarka, naszą
Fokę zwizytował słynny admirał Horton (też podwodniak z krwi i kości, dowodzący wtedy od strony Morza Północnego, później wygrywający wojnę na Atlantyku), kiedy obejrzał okręt stwierdził "Jest tu cholernie zbyt porządnie jak na okręt w czasie wojny. Coś musi być nie tak!"; po czym przejrzał dziennik i logi pokładowe i zmienił opinię - "Musicie mieć cholernie dobrą załogę...". Co sporo mówi o komandorze Lonsdale i jego ludziach, bo jeśli Horton zdobywa się na coś na kształt przeprosin, zaprawdę powiadam wam, coś jest na rzeczy.
W kwietniu 1940 podczas niemieckiej inwazji Norwegii, komandor Lonsdale dokonał pewnego wyczynu - posługując się głównie siłą woli i świeżo zainstalowanym i supertajnym Asdic'em, czyli chyba pierwszym w miarę sensownym sonarem, plus świetną załogą, przecisnęli się przez Stavangerfjord do portu Stavanger. Niestety, ku ich rozczarowaniu, w porcie znaleźli tylko cztery statki pod neutralnymi banderami; pomysły ataku na bazę wodnosamolotów czy sabotażu linii kolejowych desantem zostały zakazane przez Admiralicję. Pomimo geniuszu nawigacyjno-taktycznego przyszło wrócić z niczym.
Po drobnych naprawach, w końcu kwietnia 1940
Seal został wysłany na operację DF-7, czyli ryzykowne minowanie cieśniny Kattegat (między Danią a Szwecją, to ta od strony Bałtyku, więc ryzykowniejszy dostęp dla RN niż do Skagerraku od strony M.Północnego). Pływanie wielkimi okrętami podwodnymi po takich płyciznach i przez czasem podświetlony przez Niemców przesmyk Skagerraku, było uważane za skrajnie niebezpieczne. Bezpośredni przełożony Lonsdale'a próbował wpłynąć na wyższe dowództwo, żeby zmienić rozkazy, ale Horton utrzymał operację w toku - w końcu po to powstały okręty jak
Foka, żeby minować jakieś cieśniny, nieprawdaż? A mało co było bardziej "zaskakującym" i lepszym celem niż Kattegat.
Przyszło załadować miny i popłynąć na akcję. Po drodze spotkali bliźniaczego
Narwhala, który wracał z tego samego rejonu ze skalpami u pasa - zużyli 6 torped, trafili 6 razy! gratulacje, tylko, że po takim wyczynie, wszelkie siły niemieckie w rejonie cieśnin duńskich pływały, biegały i latały w kółeczko niczym kopnięte gniazdo szerszeni. Które zaraz oberwało się na skradającego się w półzanurzeniu
Seala, niemiecki wodnosamolot He115 wypatrzył ich 4 maja nocą nad ranem i zbombardował; zdążyli zejść pod wodę ale okręt oberwał nieco od bliskich bomb. Po ogarnięciu sytuacji i wyjściu rano na peryskopową, okazało się, że ściągnęło w okolicę sporo patrolowców niemieckich, zapewne skierowanych przez samolot. Lonsdale uznał, że cel nr 1 jest spalony i przeszedł do wyznaczonego rejonu zapasowego, około 9 rano postawili bez problemu swoje 50 min. Reszta dnia zeszła na zabawach z prymitywnym sonarem i w ciuciubabkę z niemieckimi trawlerami i patrolowcami, zygzakowaniu i kombinowaniu, oczywiście w kierunku wyjścia na Morze Północne. Około 18 po południu było jasne, że jest jeszcze za jasno na próby przedarcia się przez cieśniny (pod wodą byłoby to czyste samobójstwo, szczególniej klocem jak
Seal) - stąd Lonsdale zdecydował się położyć
Fokę na dnie i doczekać zmroku, oraz przeczekać nieco kotłujące się ścigacze, nasłuchując ich Asdic'em.
Niestety, mieli pecha. Kiedy zsuwali się na dno, nagle coś WYP... BARDZO SOLIDNIE NA RUFIE.
Trafili na nieznane RN przeciwpodwodne pole minowe, czyli kontrę Niemców przeciw okrętom jak
Foka. Zaczepili prawdopodobnie poziomym statecznikiem rufowym o linę kotwiczną miny, która pizgła tak jak powinna. Być może zniosło ją nieco w strumień zaśrubowy, bo jakby wywaliła bezpośrednio na kadłubie, to nikt by do tego miejsca opowieści nie doszedł, skończyłaby się na meldunku po postawieniu pola minowego itp., jak wiele wiele historii innych okrętów podwodnych...
Wstrząs na okręcie wykatapultował cały drobny osprzęt i kolację załogi, siadło światło i agregaty, nagły wzrost ciśnienia powietrza zwiastował zagładę tj. szybkie zalewanie rufy okrętu przez wciskające się znaczne ilości wody. Okręt opadał na dno, z dziobem uniesionym na 10 stopni w górę. Załoga zachowała się perfekcyjnie - błyskawicznie pozamykano grodzie, policzono się (dwu marynarzy, którzy utkwili w zalewanym przedziale udało się wyciągnąć w ostatniej chwili, więc nie doszło do horrorów, jakie bywały nie tylko w filmach...), zaczęto ogarniać sprzęt i naprawy.
Ku zdumieniu dowódcy i załogi, patrolowce niemieckie wydawały się ignorować podwodną eksplozję, z Asdicu wynikało, że se dalej pływają tu i tam, a nawet odpływają. Lonsdale postanowił poczekać do 22:30, kiedy będzie ciemno na tyle, żeby bezpiecznie się wynurzyć, w międzyczasie robiono naprawy i inspekcje.
Kiedy o 22:30 wypchnięto wodę ze zbiorników balastowych i ruszono całą naprzód, tłusta
Foka ledwo drgnęła, z rufą jak przyspawaną do dna morskiego; tyle, że dziób uniósł się niebezpiecznie w górę, przerwano próbę podniesienia.
Powietrze na okręcie szybko się psuło, załoga zaczęła odczuwać skutki zatrucia CO2. Do drugiej próby pompowano nieco tylne zalane przedziały przez różne instalacje, żeby zwiększyć wyporność oraz odrzucono 11 tonowy kil balastowy (czyli po ew. wynurzeniu okręt nie byłby się już w stanie zanurzyć). Uderzono sprężonym powietrzem w zbiorniki, silniki na maksa - podjęto drugą próbę wynurzenia. Nie udało się.
Rozważano użycie urządzeń ratunkowych systemu Davies'a, takich prymitywnych akwalungów, do wyjścia przez ratunkowy właz na dziobie - ale było to raczej ćwiczenie w temacie "czy Bóg istnieje?" niż realna możliwość, już nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie uratowałoby się kilku ludzi (jeśli w ogóle), a reszta zostałaby zalana w okręcie i nie zdążyła wyjść. Dygresyjnie - widziałem i pomacałem podobne urządzenia ucieczkowe powojenne na okręcie-muzeum
HMS Alliance w Portsmouth i chyba zgadzam się z komandorem Lonsdale i załogą
Foki, co do oceny szans na wyjście z zatopionego okrętu z takim sprzętem... Zresztą, komandor-emeryt, który był przewodnikiem w muzeum, też podsumował, że może i musiał obowiązkowo trenować co parę lat wyjście awaryjne z tym sprzętem, ale co innego trening-egzamin w wieży-basenie, a co innego na dnie morza, i że nikt nie miał złudzeń co do szans. A w 1940 pewnie mieli jeszcze mniej.
Trzecia próba podniesienia okrętu skończyła się podobnie jak poprzednie. Marynarze zaczynali na serio chorować od CO2 i mdleć. Kończyły się zapasy powietrza pod wysokim ciśnieniem i baterie.
O 1:10 5 maja, w dniu swoich 35 urodzin, komandor Lonsdale wezwał załogę do zbiórki i modlitwy, tylko żeby może wszyscy na dziobie, żeby lepiej wybalastować okręt. Poprowadził "Ojcze nasz", po czym spróbowano kolejnej próby podniesienia, wiadomo było, że ostatniej. Wypuszczono całe sprężone powietrze, przeciążono "całą naprzód" silniki elektryczne, aż zapaliły się, ale zaraz zgasły z braku tlenu. Okręt ledwo dygał. Kiedy gasły nie tylko silniki ale też ostatnia nadzieja, jeden z mechaników zauważył, że zapomniana grupa butli, z resztkami wysokiego ciśnienia, jest nadal zamknięta, kiedy otworzył zawór, po chwili okręt drgnął i ruszył powoli w górę...
Wyszli na powierzchnię o 1:30. Otwarto włazy, zaczęto wietrzyć okręt; gwałtownie natleniona i "odprężona" załoga dostała niewielkiej choroby kesonowej pomnożonej przez kolosalną migrenę od braku tlenu i natlenienia. Lonsdale wyszedł na mostek na kiosku, wypatrzył ląd - Szwecję. Uznał, że jedyne co można zrobić z pokiereszowaną, cudem uratowaną
Foką, pozbawioną możliwości zanurzenie się ponownie (bo kil balastowy odrzucony), to dobić do neutralnej Szwecji i dać się internować. Wysłał do Admiralicji meldunek "Próbuję osiągnąć wybrzeże Szwecji". Szyfry i wszystkie tajne dokumenty zostały wyrzucone na dno morza, Asdic rozbity w kawałki, a te wyrzucone za burtę.
Wyprzedzając nieco fakty, Lonsdale z braku szyfrów nie zdołał odczytać odpowiedzi Admiralicji na jego meldunek - a oszczędziłoby mu to sporo zgryzoty w przyszłości, bo bardzo przeżywał swoją decyzję o pójściu na internowanie. Admiralicja natomiast, w tym wielokrotnie już tutaj dyskutowanym etosie Royal Navy, napisała mu tak: "Zrozumiano i zgadzamy się z decyzją. Powodzenia." oraz "Bezpieczeństwo załogi powinno być waszą najważniejszą troską, zaraz po zniszczeniu Asdic'u".
Na
Foce okazało się, że stery są uszkodzone po zabawach na dnie i w praktyce da się pływać tylko do tyłu. Po ustawieniu się nadludzkim wysiłkiem co do kierunku, nawet zaczęło wyglądać, że dopłyną do lądu. Niestety, ostatni silnik zdechł, załatwił go muł złapany w wał i uszczelnienia na dnie morza.
Żeby im się dryfowanie po nocy nie nudziło, o 2:30 rano wypatrzył
Fokę niemiecki wodnosamolot, potem dwa następne i zaczął się atak. Lonsdale, pod ogniem z powietrza, próbował odpierać samoloty, strzelając z rkmów Lewis z kiosku, ale oba się zaraz zacięły. Na okręcie byli ranni, sytuacja była beznadziejna.
Komandor Lewis zdecydował się poddać okręt, żeby oszczędzić załogę.
Wciągnięto z mesy biały obrus, wciągnięto go na maszt. Niemcy zdumieli się nieco, ale zrozumieli przesłanie. Porucznik Schmidt wodował obok
Foki swojego Arado, zażądał, żeby kapitan okrętu przepłynął do niego na wodnosamolot, po chwili wylądowało drugie Arado i przejęło głównego mechanika. Załoga musiała poczekać na przybycie patrolowców, pierwszy rano dotarł UJ-128. W międzyczasie dyskretnie próbowano zatopić okręt, i tak dziurawy nieco po ostrzale, ale uparta niezatapialna
Foka oczywiście nie zechciała iść na dno.
Tak minęły urodziny komandora Ruperta Lonsdale; nie dość, że mokry i zmartwiony swoimi niechlubnymi decyzjami, to zdecydowanie przeszedł do historii - jako jedyny dowódca Royal Navy, który poddał okręt w całej drugiej wojnie światowej... Co jeszcze zabawniejsze, za kilka dni był wymieniony w rozkazach pochwalnych, za swój poprzedni patrol pod Stavanger.
Seal został tryumfalnie odholowany do Fredrikshavn na Jutlandii, tam prowizorycznie połatany, po czym poszedł do Kiel. Admirał Carls, dowodzący niemieckim Bałtykiem, uparł się, że
Foka to wielka zdobycz, chwała, sława i w ogóle, i że warto doprowadzić brytyjski okręt do używalności; jeśli trzeba, wymieniając graty na niemieckie. Może i propagandowo myśli była słuszna, ale ekonomicznie czy taktycznie - głupia. Oczywiście, Krupp i inni stwierdzili "nasz per admirał - klient, nasz per pan" i ochoczo zabrali się do dłubania w i przerabiania brytyjskiego okrętu za pieniądze nazistowskiego podatnika. Doprowadzenie do stanu eksponatu propagandowego pływającego tu i ówdzie, pod dowództwem kapitana Mahna (też eksponatu propagandowego - 52 letniego, najstarszego kapitana Ubootów w służbie czynnej w 2WŚ), zajęło im rok, do stanu "pełnej sprawności" coś koło następnego roku. Ale próby na serio w 1943 ujawniły tyle usterek i konieczności dalszych pracy, że po podliczeniu kosztów projekt poszedł w pizdu, a
Foka w odstawkę w kącie stoczni Kiel (istotne może być również, że jakoś tym czasie admirał Carls też poszedł w odstawkę, przegrywając w konkurencji z Doenitzem). Mówi się, że za cenę zabaw zdobyczą mogli Niemcy wystawić ze 3 okręty podwodne, i to lepsze niż
Foka. W sumie jedynym pewnym zyskiem niemieckim z tej całej awantury była analiza zapalników torped brytyjskich i odkrycie jak bardzo są dobre, w porównaniu ze wspaniałą niemiecką myślą techniczną w tym temacie, która okazała się durna i słaba. Przyszło zaraz skopiować rozwiązania RN, i tyle.
O przepraszam, odstawiono w kąt Kiel już nie
Fokę, ale pod nazwą, na którą trafiłem przypadkiem w zakamarkach rejestrów Kriegsmarine - okręt
UB. Tak, gołe Unterseeboot Britische, bez numeru. Klasa!
W międzyczasie nieustraszona załoga powędrowała do niewoli; najpierw przesłuchana rutynowo w atmosferze szacunku, potem przewijała się przez różne stalagi i więzienia aż do 1945. Dwóm udało się uciec - mechanik Lister uciekał tyle razy, że w końcu wylądował w słynnym zamku Colditz. Stamtąd było raczej trudno uciec, ale zagrał z innym kolegą-recydywistą, z okrętu podwodnego
Shark, kartą "jesteśmy prości mechanicy a nie oficerowie, nie powinno nas tu być we więźniu dla panów oficerów". Zdumiewające, ale zadziałało, przeniesiono ich znowu do zwykłego obozu, pod koniec 1942 jak dali z niego nogę, tak zahamowali dopiero kilkaset kilometrów dalej, w Szwajcarii, a stamtąd siup, do domu.
Gorzej poszło podoficerowi Barnesowi - trafił do Stalagu XX A w Toruniu, wyrwał się w czasie masowej ucieczki, razem z sierżantem czołgistą dotarli do polskiego ruchu oporu, ale niekoniecznie tego "właściwego", bo odstawiono ich do ZSRR. Tam pogranicznicy kazali im spadać, po czym ich ostrzelali, Barnes zginął, sierżant Briggs przeżył i poszedł do ruskiego więzienia, które również przeżył, stąd wiadomo, co stało się z marynarzem Barnesem.
W sumie, Barnes i marynarz Smith, który zaginął w czasie zamieszania po wynurzeniu i ataku samolotów, to jedyne ofiary z całej załogi
Foki.
Komandor Lonsdale robił co mógł w stalagu, żeby utrzymać morale swoich ludzi, odwiedzał ich i pomagał, wykorzystywał swoje oficerskie przywileje (np. większą objętość poczty Czerwonego Krzyża) na ich rzecz, organizował przepływ informacji do i skromnych zasobów z wioski Seal w Kent, która patronowała okrętowi a potem wręcz adoptowała załogę w niewoli. Cały czas też gryzł się swoją hańbą, szukał pocieszenia w religii.
Po wyzwoleniu komandor został wymieniony w rozkazach pochwalnych za postawę w czasie niewoli, awansował, dostał trałowiec w dowodzenie, ale zaraz poprosił o przeniesienie do rezerwy. Oczywiście nie uniknął, razem ze swoim pierwszym porucznikiem Travisem (który skądinąd też uciekał tyle razy, że wylądował w Colditz "na amen") odpowiedzialności za utratę okrętu, w 1946 poszli pod sąd wojskowy Royal Navy.
Dla ustalenia uwagi, to były jeszcze czasy, kiedy sąd RN to był niezły teatr (po awanturach około 2000r. i reformie 2004 już nie ma takich akcji) - oficer był wprowadzany w stroju galowym, pod eskortą z obnażonymi szpadami (jeśli podsądny marynarz - z kordelasami); składał na stole sędziowskim swoją szpadę w poprzek, jako symbol zdania funkcji i honoru pod osąd. Po wyroku skazującym przewodniczący obracał szpadę ostrzem w kierunku sądzonego, jako wyraz śmiertelnych kar grożących w RN; przy uniewinniającym obracał rękojeścią do podsądnego, wyrażając przyzwolenie na podjęcie broni i przywrócenie oficera do służby i honoru.
Komandor i porucznik zostali całkowicie oczyszczeni z zarzutów. Przy ogłoszeniu wyroku, admirał - przewodniczący sądu wyszedł zza stołu i
wręczył komandorowi jego szpadę.
Aha, linia obrony była raczej prosta: "W tamtym momencie wydawało się to jedyną możliwością" oraz Lonsdale wyrażał najgłębszy żal z powodu niechlubnego poddania okrętu, ale załoga była dla niego ważniejsza.
Po przejściu w stan spoczynku od razu zaczął się szkolić na pastora anglikańskiego, wyświecono go w 1949. Przeszedł przez wiele parafii w Anglii, w latach '50 w Kenii, potem znowu w Anglii, powrócił do Kenii w czasie wojny domowej, uparcie i ryzykownie próbując wykorzystać swoje wojenne i więzienne doświadczenie w niesieniu pomocy i pokoju. Przeżył i to, na emeryturze był pastorem w Hiszpanii, Portugalii, na Malcie.
Zmarł w 1999, w wieku 93 lat. Naprawdę nie wiem, z jakiego stopu irydu z palladem tych ludzi dawniej robili...
Co do niezatapialnej
Foki, pardą,
UB porzuconego w kącie Kiel - nie wykończył go nawet wielki nalot RAFu 3 maja 1945, który zdemolował całą stocznię, m.in. zmasakrował krążownik
Admiral Hipper obok.
UB przytopił się nieco, ale go napompowano, przeholowano do "zatoki złomowej" i tam sobie poleżał podtopiony, aż pocięto go na złom dopiero około 1950. W sumie, normalny pogrzeb okrętu o nienormalnych przygodach.
Jak się tak zastanawiam, to na całej tej historii najgorzej wyszli chyba marynarze niemieckiego frachtowca i trzech statków szwedzkich, które weszły na miny postawione 4 maja 1940 przez niezatapialną
Fokę i jej nieustraszoną załogę.