Spróbuję sklecić dawno obiecywaną konkluzję, w kontekście
minicyklu o Richardzie B. Daviesie i całym cyklu pod tagiem "marynata" (czyli w temacie militariów i flot), co do genezy i przyczyn kolosalnego rozwoju naukowo-technicznego w Wielkiej Brytanii, w porównaniu z innymi mocarstwami (o "zwykłych" krajach jak Polska lepiej nie mówiąc), powiedzmy, w końcu XIX i początku XXw, nawet gdzieś do II wojny światowej.
Oczywiście, to tylko notka, a nie książka. Oczywiście, to są moje wydumki amatora, a nie spójne tezy historyka. Oczywiście, wszelkie tezy w temacie momentalnie skręcają w stereotypy historyczne, narodowe, kulturowe. Ale spróbujmy.
Moim zdaniem największym problemem, jaki stoi przed historiozofią dla zagadnień jak w temacie, to jest tak kompleksowych i "na bogato", w zmiennych czasach różnych rewolucji, to żeby spróbować się jakoś ograniczyć, bo w rozważaniu R&D Royal Navy na przełomie XIX-XXw bez najmniejszego problemu mogę erudycyjnie (ew. wanna-be erudycyjnie) przelecieć przez brytyjską Rewolucję Przemysłową i jej genezę, aż po jakieś korzenie w średniowiecznych Włoszech, a po wyrwaniu ich z korzeniami dokopiemy się zaraz do demokracji ateńskiej i judeo-chrześcijaństwa. Tylko po co.
Stąd, niestety, jeśli ktoś liczył na esej na 50tys znaków, okraszony anegdotami i danymi historycznymi, to się rozczaruje.
Kiedy usiłuję "rozpoznać wzorce" i zrobić jakąś syntetyczną konkluzję w temacie, bez odpływania jw. a to w stereotypy, a to w "ekspertolizę" (to jest z Lema, "rozpuszczanie się ekspertów w nadmiarze danych"), to zostają mi dwa pozornie prozaiczne czynniki, które chyba zawsze stały i stoją za podobnymi sukcesami rozwoju "cywilizacyjnego", także w jego zakątkach wojenno-morskich czy naukowo-technicznych.
Potrzeba tylko: dużo kasy i sporo wolności.
Oczywiście, to wyżej skrócone w żart, ale tak to widzę - potrzeba, w silnym sprzężeniu zwrotnym, kolosalnych skoncentrowanych zasobów (ludzi, pieniędzy, materiałów, itd. itp. i to wszystko "pod ręką", a nie na jakiejś Syberii czy za 20 lat) i "wolnych duchów", ludzi, którzy te zasoby potrafią dowolnie używać, potrafią projektować i zarządzać w najogólniejszym technokratycznym sensie; potrafią przekazywać wiedzę, edukować i być edukowani; brać odpowiedzialność i dotrzymywać przyrzeczeń; być racjonalni, pragmatyczni, ale i elastyczni.
Zwracam uwagę na słowa kluczowe "w silnym sprzężeniu zwrotnym", bo nie podejmuję się ustalić, co było pierwsze, "jajko czy kura" w temacie, tj. czy bardziej wolność ludzi, która znosi podziały, transferuje wiedzę, ulepsza i ułatwia projektowanie, wdrażanie, zarządzanie, generuje te wartości dodane i zasoby, za które zrobi się R&D czy pancerniki czy samoloty; czy raczej - jak się ma nadwyżki zasobów, to nagle ludzie mogą wyprostować grzbiet, wyjrzeć z czarnej d... feudalnej czy biurokratycznej czy w ogóle dowolnego konformizmu, i zacząć myśleć o Czymś Nowym (R)(TM), zaraz sklecą jakiegoś drednota czy samolota. Znaczy, czasem mam wrażenie, że jednak zasoby, szczególniej te "naturalne" w danym momencie czasoprzestrzeni historycznej, idą najpierw, bo z pustego i Salomon nie naleje, ale jednak - zupełnie dowolnie bogate zasoby można zmarnować, skierować niewłaściwie, "magazynować" zamiast "używać", itd. więc bez odpowiednich ludzi zasoby to tylko zasoby. Węgiel leżał w Wielkiej Brytanii przez tysiące lat, dopóki nie znaleźli się ludzie, którzy wymyślili, że można go do czegoś zużyć.
Więc zasoby naturalne, czy nawet już w bardziej "przetworzonych" wersjach, są handicapem, czasem ważnym, ale "tylko" handicapem. To w ogóle bardzo ważne pojęcie moim zdaniem, "handicap", w tematach jw. Bo w historii rewolucji naukowo-technicznych, o których szczególnych przypadkach klecę czasem te notki wojenno-morskie, jak mało gdzie widać tę cholernie niesprawiedliwą prawdę, że "jeśli dziś dostaniesz wolność działań i kolosalne zasoby, to BYĆ MOŻE za 10 lat będziesz "tylko" 5 a nie 10 razy słabszy, niż ci, którzy zaczęli z tego samego miejsca 10 lat temu". To są trywialne zaszłości dla wzrostów i konkurencji w realiach kiedy wzrost czegoś-tam z liniowego i w miarę powszechnego, staje się lokalny i wykładniczy. A potem kiwamy głowami i nazywamy to "rewolucją" taką czy owaką. Albo mamy Niemcy końca XIXw.
Wracając do tematu, bo notka już mi się przechyla w stronę wszech-rozważań o Rewolucji Przemysłowej, jeśli nie o wszelkich rewolucjach naukowo-technicznych - oczywiście, że można podnosić zylion innych szczegółów i kłócić się o nie w trupa, ale powyższe dwa "ogólniki", wydają mi się konieczne i nie wiem, czy nie wystarczające w temacie.
Bo w zasadzie wszystkim innym graczom, porównywalnym w dyskutowanym temacie z Wielką Brytanią, czy z Royal Navy, brakowało "tylko" czegoś albo w zasobach, albo w wolności działania i myślenia ludzi używających tychże zasobów. A kiedy niektórzy z tych graczy "dokopali się" w końcu do zasobów i/lub "uwolnili" umysły swoich ludzi, dogonili i przegonili Wielką Brytanię, w tematach rewolucji naukowo-technicznych różnej maści.
Morałów z tego wszystkiego jest mnóstwo oczywiście, zaznaczę kilka, które mnie najbardziej interesują:
Kto nie ma zasobów, ale jakimś cudem ma nieco wolność i "ducha", raczej nie robi R&D czy technologie, tylko krytykę technologii, mniejsza już czy romantyczną, czy konserwatywną.
Kto ma zasoby, ale nie ma wolności, ten zasoby zmarnotrawi albo je "zakisi w magazynach", czyli w sensie historiozoficznym, też zmarnotrawi.
Kto nie ma ani zasobów, ani wolności, ten protezuje braki R&D i technologii swoimi urojonymi albo wymyślonymi przewagami, bo co mu zostaje, poza leczeniem kompleksów.
Czy ustrój społeczno-ekonomiczny ma znaczenie w kontekście? Inaczej mówiąc, to, że unifikującą religią rewolucji przemysłowej i pochodnych stał się kapitalizm, a motywacją wolnych ludzi pieniądz, to jasne, ale czy są możliwe inne motywacje w temacie R&D i naukowo-technicznym, równie silne i długofalowe jak kasa? Jak wiadomo z eksperymentu ZSRR czy azjatyckich dawniejszych, na razie żaden etos nie przebił uogólnionej chciwości.
Czy ogólnie rzecz biorąc, przypadkiem nie jest to centralny problem władzy (w sensie konstruktu społecznego) jako takiej? Bo kierowanie przepływami zasobów i sterowanie wolnością ludzi, to chyba najważniejsze zadania władzy, no, poza jej utrzymaniem. Się.