... czyli "Strategie produkcyjne i marketingowe polskiej blogosfery w roku 2017", czyli może jest pewien problem i to nie od dziś.
Bo wypisałem se w notatniku zaległe tematy notek na bloga. Potem zrobiłem uczciwy rachunek sumienia, wiecie, taki jak przed pierwszą spowiedzią, kiedy człowiek był mały i niewinny i nie bardzo wiedział, po co są dziewczyny, i wypisałem
wszystkie zaległe tematy notek. A potem rozbiłem tematy cykliczne w spisy treści i jeszcze dopisałem to, co się przypomniało.
Boni z rozpaczą popatrzył na ekran i pomyślał "Co za szambo..." - "Sam jesteś szambo" pomyślał ekran.
Bo nie ma takiej opcji, żeby tę listę przerobić w jakimkolwiek sensownym czasie; szczególniej doliczając jakieś bieżące podśmiechujki czy zaszłości, które zawsze mogą się przytrafić (jak dziś, w zasadzie następne "Osiągi" - ile czasu zajmuje młodemu inżynierowi policzenie, ile to jest 0.1 z 8h dnia pracy? Powiem tak: O WIELE [CENSORED] ZA DŁUGO...).
Teoretycznie, mam ostatnio więcej czasu na pierdoły, bo wycofałem się z paru socjalnych miejsc sieci; tym razem nie z pozycji
zdrowia psycholskiego itp., raczej po prostu miejsca te zrobiły się nudne, albo męczące, albo - ja zrobiłem się jeszcze bardziej zblazowany i straciłem resztki cierpliwości do ludzi w inthernetsach; nawet do tych mądrych i dobrych, o przeciętnych nie mówiąc.
Ale, wiecie rozumiecie, mam zylion różnych hobby, gier i zabaw, więc mogę zmarnować zupełnie dowolne ilości wolnego czasu, nie ważne ile go mam; blog, choć nie straciłem serca do niego i nie mam fazy melancholijnej (znaczy, "a na ch... komukolwiek to pisanie"; jak bywało od czasu do czasu) nie jest na wysokiej pozycji obecnie.
Nawet kombinowałem jakiś czas temu, żeby pójść w
patronity czy inne żebrolajki, czy podobne ch...muju, jak paru blogerów, których znam czy kojarzę; nie tyle w celu schylania się po drobne (bo monetyzowanie tej pisaniny nadal mnie nie zwilża i mogę se od ręki wymyślić, wróć, uskutecznić, ze trzy łatwiejsze sposoby dorabiania na przysłowiowe piwo i szluga, bez napieprzania godzinami w klawiszki), co w celu zdyscyplinowania się - żeby była notka co dwa-trzy dni i co trzecia solidna (przynajmniej moim zdaniem); jak dawno dawno temu.
Ale zara sam się z siebie obśmiałem, że niby człowiek-widmo jak ja (nieistniejący na fejsach itp.) miałby naruchać czytelników-sponsorów na parę stów miesięcznie, jak ludzie mający porządnie gadane i latami siedzący po fejsach i sieciach, jak
Radek czy
Janina; oraz, dwa razy bardziej dupa mi ze śmiechu odpadła, że człowieka-buca jak ja, miałoby takie coś zmotywować i że jak mi zapłacicie parę zyka miesięcznie, to będę się dedlajnów trzymał. Jaasne, i co jeszcze, może frytki do tego.
Potem miałem chwilę zastanowienia, że może chociaż
cykl "marynata", który lubię i jest chyba najsolidniejszy obecnie i "najdalej" i najlepiej mam rozplanowany, przerobić na zajawkę i projekt jakiejś książki w PDFie czy w podobie, na
polakpotrafi itp. też w celu zdyscyplinowania się raczej, niż w celu zdobycia tych setek tysięcy złotych i nieśmiertelnej sławy, które mi się niewątpliwie należą - bo w obecnym tempie, to niekoniecznie w bieżącej pięciolatce ten cykl zobaczycie, tak jak go chciałbym zrobić.
Ale znowu, po pierwsze, trzeba by się udzielać "marketingowo", dilować z jakimiś sp. z o.o. organizującymi te
ambiwalentne crowdfundingi, albo z wydawcami po prostu, pisać "biznesplany", dłubać kontent, żebrać o lajki i że "darczyńcy staną się jej mecenatami", i zagryzać czymś smacznym obrzydzenie do siebie po tym wszystkim, itd.
No, jeśli dalej pogna w tym tempie, to w Zurychu będzie raz dwa - pomyślał Boni obserwując swoje poczucie wartości oddalające się z lawiną
Co szczególniej po pewnych doświadczeniach w mojej okolicy, za ostatnie parę miesięcy, w kombo etsy + fejs, wydaje mi się raczej słabym pomysłem. A po drugie, co gorsza, realistycznie spodziewana kasa czy sława, i że wywiady będą, nie są w stanie mnie zmotywować; nie bardziej niż pozytywny komentarz pod notką.
Bo wiecie,
nic się nie zmieniło przez ostatnie lata. Więc może nie warto zawracać sobie i wam dupy, i może nie ma żadnego problemu.
Boni robił dobrą minę do złej gry. Jak tylko poszedł się wysikać, mina wybuchła pozostałym graczom w twarze.
(jeśli ktoś jest tak młody albo wykluczony, że nie kojarzy - kursywą są parafrazy ze starych kawałów o Stirlitzu czyli płk. Isajewie)