Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Premium
Tue, 14 Aug 2018 14:38
Coś w tym jest, że gadżety, luksusowe materiały,...

PoGOOD - Premium
Tue, 14 Aug 2018 13:33
W latach 2002-2005 sprzedawałem Volvo - wtedy dopiero...

Boni - Premium
Tue, 14 Aug 2018 09:10
@zz_top 1) silniki > X, ograniczenia "z dołu" -...

zz_top - Premium
Mon, 13 Aug 2018 21:30
Jak się bawić to się bawić :-) Samochód klasy...

Boni - Premium
Mon, 13 Aug 2018 21:24
@igor Ford ma jakiegoś zajoba na grzane przednie...

igor - Premium
Mon, 13 Aug 2018 18:12
Podgrzewaną przednią szybę miałem w Focusie, tak...

RobertP - Epoka wyuczonej bezradności
Mon, 6 Aug 2018 14:09
"15s z mokrą chusteczką niemowlacko-dodupną i się...

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sun, 15 Jul 2018 11:35
@janekr Możesz też wcale nie używać czytnika,...

janek.r - Epoka wyuczonej bezradności
Sun, 15 Jul 2018 08:11
Ja jestem bezradny i nie jest to bezradność wyuczona....

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 18:36
W sumie racja, to nie był najlepszy przykład. Inna...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2014-02-05, środa
Tagi:  varia, namysł
___________________________________
wezbrana czerwona blizna
po pocałunku Tylera na grzbiecie dłoni,
kopia kopii kopii.

chemical burn

Budzisz się w Tokio

Budzisz się w Madrasie

Budzisz się we Frakfurcie

Kiedyś śniło ci się, że po walce, po prawie wypadku, po wypadku, czułeś, że żyłeś, że możesz więcej. Potem obudziłeś się, w Edynburgu, w Warszawie, w Kopenhadze i zrozumiałeś, że to były dziecinne marzenia niespełnionych literatów, nawet jeśli marzenia na jawie. Trudno jest okłamywać się bez końca.

Do wszystkiego można się przyzwyczaić, do walki, wyzwań, wypadków, obrażeń też; nie mówiąc o prawie-wypadkach i pociskach mijających o cal - bo tego przecież w ogóle nie ma, budzisz się na tyle, żeby wcisnąć gaz do deski i uniknąć czołówki, po pięciu minutach znowu przysypiasz na jawie.

Tylko w bajkach kosmiczne małpy są ciekawe i ciekawskie i zdolne do wszystkiego, a Raymond K. Hessel zmieni swoje zasraniutkie malutkie życie w coś pięknego i dobrego.

Nawet do zniszczenia i sięgania dna można się przyzwyczaić.

I tak będzie to kopia kopii kopii.

Więc najlepiej po prostu nie zawracać sobie tym dupy.





Alex
Fri, 7 Feb 2014 01:05:04
Troszkę smutne pierdolenie, bo MOŻNA wyjść poza rolę z góry przydzieloną.

Ale większość ludzi tego nie zrobi, tylko będzie fantazjować o szczeniackich skrótach: Matrix („I know kung fu” z dyskietki) albo Fight Club („budzisz się jako ktoś inny”, jako ten ktoś kim zawsze chciałeś być ale nie starczyło odwagi i siły).

mmazur
Fri, 7 Feb 2014 09:37:50
Ja ostatnio czuję, że już się poddaję. Zbawienny (?) wpływ paromiesięcznego dziecka. Jeszcze trochę i mi pewnie przestanie przeszkadzać ta świadomość.

A Aleksa nie należy słuchać, subwersje uprawia. Ja planuję jeszcze pożyć parę dekad, więc może doczekam kung fu z dyskietki.

Boni avatar Boni
Fri, 7 Feb 2014 12:31:40
@Alex

Mój punkt będący jest, że na następnym poziomie odkrywa się, że nowe role w które wchodzimy, poza te "z góry przydzielone" najczęściej okazują się stare, zgrane, kopią kopii, też przydzielone z góry, no bo skąd miałyby być; ilu jest tak kreatywnych żeby stworzyć zupełnie nowe role i światy tu i teraz, promile promili promili? A że nowa rola wydaje się przez chwilę nowa? Pewnie, wszystko wydaje się nowe, przez jakieś dwa miesiące.

Tyle, że moim zdaniem po drodze można się też dowiedzieć, że a kogo to wszystko obchodzi.

mmazur
Fri, 7 Feb 2014 23:35:05
Tylko jeśli wszystko nowe jest fajne (bo nowe) krótko, po czym jest stare i bez sensu, to skąd wziąć motywację do nie zanudzenia się w życiu?

Boni avatar Boni
Sat, 8 Feb 2014 10:29:49
@mmazur

Po pierwsze - IMHO względnie nowe i stare (bo prawie wszystko jest "stare"); po drugie - stare czy zwyczajne nie jest dla mnie "bez sensu", ma tyle samo sensu co nowe (stąd dupy se nie zawracać, czy stare czy nowe role, itd)

Co do tego jak nie zanudzić się w życiu, to nie mam pojęcia. Może mógłbym napisać co dla mnie działa (zresztą, przecież pisałem czasem), ale to raczej nie zadziała dla pozostałych 99% bliźnich i jeszcze jacyś się skaleczą próbując. A ogólniki, typu szukajcie a znajdziecie, czy cztery prawdy buddyzmu, czy silentio aurum est, leżą na każdym rogu, tylko mało kogo obchodzą, bo przecież to ogólniki a nie recepty gwarantujące sukces w dwa tygodnie albo zwrot kasy.

mmazur
Sat, 8 Feb 2014 18:18:37
No ale to nie jest uniwersalne, że stare i nowe ma tyle samo sensu. Jeśli np. zmieniasz zawód z kradzieja złomu na wykładowcę neurobiochemii kwantowej na topowym uniwersytecie, to twoja nowa praca może mieć wyższą wartość tak obiektywnie dla społeczeństwa (no bo kształcisz ludzi, którzy np. rozwijają medycynę), jak i subiektywnie dla ciebie (bo masz frajdę z psychicznego gnojenia studentów).

Więc żeby wziąć takiego aleksa za przykład, o ile nie sądzę, żeby kodoklepacz alex był mniej (albo bardziej) przydatny społecznie, niż prozoklepacz alex, to jak najbardziej przyjmuję do wiadomości, że w dłuższej perspektywie czasowej pisanie prozy będzie dla niego bardziej satysfakcjonujące.

Problem w tym, że taka głęboka satysfakcja bierze się z kompetencji. Uczenie się nowej rzeczy jest fajne przez dwa miesiące, bo jest nowe, fajne i ciekawe, ale to jest inny rodzaj satysfakcji, niż się ma ze zrobienia dużego skomplikowanego projektu w swojej domenie wiedzy (czy to powieść, czy zautomatyzowana gorzelnia). Alex ma rację, że można wyjść ze swojej starej roli i zagłębić się w nową, ale właściwie skąd kodoklepacz alex wiedział, że bycie prozoklepaczem jest fajniejsze, zwłaszcza że to jest zmiana profilu zajmująca z dekadę-dwie? I w jaki sposób coś takiego stwierdzić a priori, zanim się człowiek commitnie na 10-letni projekt przeprofilowywania?

Zwłaszcza, że w grę wchodzi głównie modyfikacja w satysfakcji osobistej, bo w obiektywny (mierzony outputem) awans złomiarz->profesor niespecjalnie wierzę.

What's a girl to do?

Boni avatar Boni
Sat, 8 Feb 2014 22:19:57
@mmazur

Co do obiektywności w temacie awansów czy zmian ról, to mogę co najwyżej uprawiać sarkazm czy polewki, tak bardzo w to nie wierzę.

Co do satysfakcji osobistych, to może i największe satysfakcje biorą się z największych kompetencji w skrajnych osiągnięciach, ale dla mnie nie są to droidy których szukamy. Bo po pierwsze, failure is always option, a kto jebnął na beton z wysokiej drabiny, ten jebnął mocniej; dwa, ile mamy zamiar zrobić w życiu tych powieści czy dużych projektów automatyki czy albumów muzycznych, żeby były piękne i dobre? powiedzmy optymistycznie jedna sztuka rocznie? z czego załóżmy bezpiecznie, 50% będzie sukcesem i satysfakcją? Czyli miałbym mierzyć swoje czy czyjeś życie zaledwie jakimiś 10-20 obiektami (a jakby przyszło do związków czy dzieci czy domów itp. to jeszcze mniej)? No przecież to bessęs.

Więc ja optuję za małymi satysfakcjami dnia codziennego, a nie włażeniem na everesty swoich kompetencji i "dużymi projektami". Co ma ogromnie wiele zalet, tylko trzeba najpierw przestawić się na poziomie meta- tych rozważań, czyli z meta-roli "człowiek planujący swoją szczytową karierę, role, satysfakcje" przejść na meta-rolę "człowiek któremu życie się zdarza".

Na przykład zdarzyło mi się zakupić świece do viernego vana i zdarzyło mi się je wymienić dzisiaj. Satysfakcja niewielka, ale jednak satysfakcja, bo i zamienniki dobrałem właściwe (kurde, studia jakieś musiałem uprawiać w temacie nomenklatury świec NGK bo ją pozmieniali) i dostałem w końcu to co chciałem za grosze w sklepie, a nie za grube funty w wysyłce, no i na końcu se świece wymieniłem (co dla V6 w poprzek w vanie, dla 3 leżących za silnikiem, jest niezłą gimnastyką, ale przecież wymaga tylko zamknięcia oczu, zręcznych dłoni i długiej nasadki 16 na kluczu przegubowym). I mnie takie satysfakcje wystarczają. Ba, największą satysfakcją było chyba, jak mi wpadła jedna świeca w pizdu za wydech itp. gdzieś za silnik, oczywiście nowa nie stara i oczywiście nie wypadła dołem, a mi się nawet nie wkurwiło, tylko raczej uśmiechnęło, że łamaga jestem i trzeba będzie grzebać magnesem na teleskopku (a "bonusowo" łapa ze zdjęcia wygląda teraz naprawdę źle, pomimo rękawic).

I w zasadzie takie małe satyfakcje codzienne (także w najważniejszych tematach, w związku, co do dzieci, rodziny, nie tylko pracy czy hobby) są dla mnie cenniejsze niż te wielkie i odświętne napinki czy sukcesy. Bo jak ktosia bardzo mądra odpowiedziała mi kiedyś, kiedy myślałem jw. Alex czy ty i wyraziłem mniej więcej wasze zdanie - "z tych małych rzeczy składa się życie". Niby oczywista trywialność, ale jakże często ludzie (a faceci bardziej) o tym zapomniają. Przy okazji - pozdrowienia dla żony.

mmazur
Sun, 9 Feb 2014 09:57:03
Źle się wyraziłem. Nie obiektywny obiektywny, tylko, hmmm, intelektualnie subiektywny. Można mieć fun z gnojenia studentów, albo studentek filologii wpraszających się do łożnicy w trakcie wieczorów autorskich. Ale można też na bardziej intelektualnym poziomie cenić kulturę, więc mieć satysfakcję z jej napędzania (bo pisarz), albo szerzej cywilizację, więc uczenie/risercz (bo profesor). Ja mam to drugie i przeszkadza mi, że nie dostanę Nobla za coś ważnego i przydatnego w rozwoju całego gatunku. Nie musiałoby tego być 20, ani 100. Jedno, a istotne > absolutnie nic.

Boni avatar Boni
Sun, 9 Feb 2014 12:51:25
@mmazur

Ok, oczywiście, tak też można i pewnie są to wielkie satysfakcje, ale chyba przeszły mi taki myśli jeszcze w zeszłym tysiącleciu; gdzieś po drodze uznałem że dla wszystkich będzie lepiej, dla mnie, dla otoczenia, dla cywilizacji i kultury też, jeśli się zajmę sprawami dnia codziennego i osobami w otoczeniu, a nie lekiem na raka czy podnoszeniem poziomu literatury światowej.

mmazur
Sun, 9 Feb 2014 14:35:47
O, o, dochodzimy do czegoś interesującego (dla mnie). Bo tak jak ja to widzę, przestawienie się z „plumkam sobie z dnia na dzień, cieszę się życiem, jest przyjemnie” na „wyprodukuję rocznie jedną powieść/film/publikowalną pracę z neurobiochemii kwantowej” ma tę zaletę, że zwiększa szansę na „dostanę Nobla” (or compatible) z absolutnego zera, do niezera. Szansa na to, że któraś z książek Aleksa będzie najlepszym selerem i Alex dostanie za nią statuetkę platynowego bakłażana jest niewielka, ale nie jest zerowa, w przeciwieństwie do ciebie i mnie, bo u nas zerowa jest.

Nie za bardzo mam pomysł co myśleć o spadaniu z wyższej drabiny. Czy ma się większe szanse na sukces finansowy i prywatnożyciowy wybierając jakąś sensowną, dobrze płatną karierę vs. coś ryzykownego typu pisarstwo? Zapewne. Ale czy pod koniec życia się to (czyli miłą emeryturkę, żonę i gromadkę dorosłych już dzieci) rzeczywiście odczuwa jako większy fail, niż jeśli się spróbowało czegoś bardzo ryzykownego i nie odniosło dużego sukcesu (skutkiem czego ledwo starcza na kartofle)? Ja się wielokrotnie spotkałem ze stwierdzeniem, że bardziej żałuje się tych rzeczy, których się nie spróbowało, niż tych, które po prostu nie wyszły, ale (a) mam wrażenie, że to głównie mówią ludzie, którzy sukces odnieśli, a nie ci, co wylądowali z butelką pod mostem oraz (b) to że dużo ludzi tak mówi wcale nie oznacza, że to nie jest bullshit.

Napisałeś, że doszedłeś do wniosku, iż będzie lepiej jak jednak poświęcisz życie rodzinie i trzymaniu się swojego niewielkiego poletka, a nie realizowaniu wielkich ambicji. A pamiętasz na jakiej podstawie to stwierdziłeś?

Boni avatar Boni
Sun, 9 Feb 2014 16:47:25
@mmazur

"Nie za bardzo mam pomysł co myśleć o spadaniu z wyższej drabiny"

Dla mnie, jeśli mówimy o wielkich satysfakcjach z wielkich kompetencji, no to z definicji wymagają one wielkiego zaangażowania i "nakładu" (bo w tym ujęciu, dla satysfakcji bardzo prawdziwe jest "no pain no gain"). Więc ryzyko, że tak powiem, nietrafionej alokacji zasobów wydaje mi się znaczne. Bo przecież na jednego noblistę czy sławnego pisarza itp. masz ileś milionów pracujących jak mróweczki naukowców czy literatów itp. więc może już lepiej w totka grać, też masz szansę jedną na 13mln, ale co tydzień a nie co roku czy na dekadę. A jeszcze - nie masz żadnej gwarancji, ze na łożu śmierci uznasz się za spełnionego z Noblem i Pulitzerem, bo przecież mogłeś mieć dwa Noble i dwa Pulitzery, leniwy głupcze; jak już się na dobre zacznie, to chyba nie ma górnego limitu ambicji itp.

Ale w szczególe, w te od zera do bohatera czy, że zdolnością i pracą ludzie się itd. to wybacz, nie pamiętam kiedy przestałem wierzyć, tak mały byłem. Pewnie gdzieś w podstawówce, jak zrozumiałem mniej więcej o czym jest "Katar" Lema.

Co do narzekania na starość na brak ryzyka i na rzeczy których się nie spróbowało czy brak jednego wielkiego sukcesu, to nie mam pojęcia; mam wrażenie, że to nie tyle bulszit wprost czy maniera górnego centyla, co po prostu ludzie dosyć powszechnie nie są zbytnio szczęśliwi i zadowoleni z życia, co na starość czy w próbach bilansu, przekłada się na uwagi jw.

"jednak poświęcisz życie rodzinie i trzymaniu się swojego niewielkiego poletka, a nie realizowaniu wielkich ambicji. A pamiętasz na jakiej podstawie to stwierdziłeś?"

Uwierzyłem kiedyś, że z moich wielkich ambicji i napinek nic dobrego czy pięknego ani dla mnie, ani dla kogokolwiek, nie wyniknie. Więc uprawiam co najwyżej bardzo umiarkowane ambicje i niskociśnieniowe napinki (pamiętamy - dla mnie umiarkowane i niskociśnieniowe, bo dla kogoś pewnie mogą być szczytem nieosiągalnym a dla kogoś jeszcze innego - zupełnie nieistotnym dłubaniem w piaskownicy).

Inaczej mówiąc i posługując się kopią kopii kopii:
- Mistrzu, jak być szczęśliwym?
- Czemu mnie pytasz? Spytaj sosny.

mmazur
Sun, 9 Feb 2014 18:38:47
Nie jestem pewien co do nakładów (czasu) wymaganych do osiągnięcia topowych rezultatów. Ok, do Nobla może, ale naukowców mających duży wpływ na swoje dziedziny jest dużo więcej, niż noblistów. Ditto w innych dziedzinach. Oczywiście nie wszystkich, bo np. wyobrażam sobie, że politykowanie jest mocno czasochłonne, ale jednocześnie wydaje mi się, że taki np. Neal Stephenson wcale nie jest jakimś strasznym pracoholikiem, w szczególności nie sądzę, żeby pracował więcej od ciebie. A trudno mu odmówić sporego sukcesu w swej dziedzinie, zapewne dosyć satysfakcjonującego.

Dodatkowo – o ile w od zera do bohatera też specjalnie nie wierzę, to tutaj nie dyskutujemy o „od zera”. Jak sam zauważyłeś, to co potrafisz w niektórych dziedzinach jest dla sporej (podejrzewam że większej) części populacji wysokim osiągnięciem, a dla ciebie kwalifikuje się jako rozrywka/umiarkowany wysiłek. Czy jesteś jednoznacznie w stanie stwierdzić, że jesteś zbyt… nie wiem, co, powiedzmy że zbyt „głupi”, by, nie być w stanie przez intensywną pracę przez powiedzmy 5 lat dojść do poziomu krajowego/światowego w jakiejś dziedzinie? Bo ja nie mam takiej pewności, tzn. mam wrażenie, że jestem wystarczająco kumaty, by mieć szansę na dojście do takiego poziomu.

I wtedy gra się mocno zmienia, bo to co robisz w ramach plumkania/umiarkowanego wysiłku (a nie jakiejś masakrycznej spinki) jest już na na tyle wysokim poziomie, że ma szansę „zaskoczyć” (dunno, stać się bestsellerem w przypadku książki). Nie wiesz które, nie wiesz czy w ogóle kiedykolwiek, pewnie nigdy, ale jest szansa. I to nie jest tak, że musisz sobie cały czas przy tym wypruwać żyły.

Także zgodnie z powyższym rozumowaniem nie mam wrażenia, że absolutnie cokolwiek ambitniejszego (ponad poziom „lokalny”) jest poza moim zasięgiem. Parę lat intensywnej pracy i kto wie, może mam what it takes, żeby dojść do takiego poziomu. Może ty masz. Także zgadzam się z aleksem – potencjalnie się da.

Acz w jaki sposób się zdecydować na co poświęcić te 5-10 lat, to naprawdę nie mam pojęcia. Zwłaszcza, że trawa jest zawsze bardziej zielona tam, gdzie nas akurat nie ma.

Boni avatar Boni
Sun, 9 Feb 2014 20:17:35
@mmazur

Ale teraz to mi się przypomina ten stary kawał, jak Anglik-kolonizator namawia Murzynka czy Araba, żeby ten się ogarnął, zamiast leżeć pod palmą, i żeby cośtam cośtam, i po długim wywodzie logicznym dochodzi do konkluzji "i będziesz mógł leżeć i nic nie robić" na co pouczany "ty, ale ja już leżę i nic nie robię".

Bo może i prawda, że w końcu dojdzie się do takiego poziomu, że przy umiarkowanym wysiłku i mimochodem można dostawać noble oraz być "i u możnych dziwnym", ale przecież wtedy statysfakcje są jakieś niezbyt wielkie (bo jednak głównie wyznacza je wysiłek i opór świata); no chyba, że komuś jednak zależy na poklasku i sławie, i żeby lubować się, jak to się przeszło długą drogę od czeladnika do mistrza, i to wyznacza satysfakcje; ale przecież chyba nie o takim sporcie rozmawiamy (bo jak np. mnie jednak nie zależy i nie wyznacza, to co mnie to obchodzi w ogóle).

Mam wrażenie, że pierwszy i najważniejszy jest meta-wybór, czy raczej zmieniać świat, czy raczej zmieniać siebie.

Co do wrażenia (też oczywiście miewam), że coś tam jest do osiągnięcia w parę lat, to staram się jednak pamiętać o efekcie Dunninga-Krugera.

Co do wyborów, ich justyfikacji, trawy bardziej zielonej i czy robić cośtam warto czy nie warto, to na przykład - masz dzieciaka paromiesięcznego i szukasz sobie dodatkowych wyzwań na następne parę lat czy dekadę? Że tak powiem, I also like to live dangerously, ale chyba nie aż tak ;)




Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018