Dzień pierwszy
Poranny wyjazd w rejon
Argyll-Bute, do farmy wiatraków w uruchomieniu. Przelot ciemnym rankiem wkoło Loch Lomond znajomą trasą, po czym wypad w stronę Inveraray, przez tzw. Arrochar Alps, czyli spore górki - po ciemku słabo je widać, ale czuje się je nad sobą. A w dole co chwila woda, bo jedzie się wkoło lochs (fiordów) wcinających się w ląd na dziesiątki kilometrów, droga je "otacza". Udało się dojechać w miarę sprawnie w okolice Minard i nie przegapić wjazdu na obiekt. Farmy wiatraków buduje się typowo, co za niespodzianka, na terenach górzystych, odludnych i wygwizdowach - tu podobnie. Drogi gruntowe po terenie się wiją niczym wije i teoretycznie nie są bardzo złe, tylko złe. Ale w praktyce, nie są zbyt zabawne dla jeepa na letnich oponach niskoprofilowych, niech przeklęte będą. No ale przynajmniej nie pada, choć nie uprzedzajmy faktów. Po przepchnięciu się przez jakieś 10km górek, podążając za tabliczkami "Site Office" dojeżdżam do sporej stacji 132kV plus jej zaplecza barakowo-budowlanego. Ze złymi przeczuciami wbijam do biura, gdyż nazwy na barakach i różnych tabliczkach nie kompilują mi się z nazwą klienta i klienta klienta, i nie mylę się, gdyż już po chwili dowiaduję się, że jeśli chcę jakieś wiatraki czy ludzi od nich, to muszę się cofnąć ze 3 mile i poszukać drogi w bok, jeszcze ze 3 mile. Nawet mnie wyprowadzili za barak i pokazali wiatraki na horyzoncie. Dziękuję i sunę z powrotem, po ok. 3 milach jest droga w bok, nawet w kierunku wiatraków i objeżdżająca spore jeziorko między górkami tak jakby z właściwej strony. Ale po jakim kilometrze okazuje się, że drogi Watsonie, ktoś nam podpierdolił drogę - robi się ścieżka coraz mniej używana i wyraźnie nie dla bulwarowych terenówek, które nie mogą brać między koła choinek spoko nadających się do dekoracji świątecznej. Może jakieś Urale czy inne Unimogi tu jeżdżą, ale ja nie mam zamiaru, więc zawrót, powrót, znalezienie następnej drogi w rzeczonym kierunku, i jazda. Nawet udaje się trafić w końcu w barakowisko centralne właściciela farmy, sukcesik. Następują sceny typowe, czyli wydzwanianie za kimkolwiek, kto wie z kim i gdzie mam pracować (mam oczywiście nazwiska i namiary, ale telefony komórkowe na takich zadupiach nie działają, a nazwiska niewiele miejscowym mówią), szkolenie bhp, wymiana kwitów z behaposkiej pralni, itd. itp. Znajduje się gość, który coś wie i który chętnie mi tłumaczy, gdzie jest podstacja w której mam dłubać. A że jestem dość bystry, już po 15 sekundach zajarzam, że byłem obok niej dzisiaj, tylko ludzie z "obcej" firmy wysłali mnie z powrotem... Nic to, po odbębnieniu szkoleń itp. wypad znowu w górki. Ponieważ nie jestem zbyt bystry, już po jakichś 5km orientuję się, że to chyba nie jest droga, którą tu dojechałem. Więc zawrotka, i zjazd znowu prawie do centrali, gdyż ok 500m od bramy pojechałem na rozwidleniu w prawo, zamiast w to drugie prawo. Stąd już bez przygód dotarłem z powrotem pod stację 132kV, za którą schowała się stacja 33kV łącząca farmę z "dużą" stacją. Wbijam na stację, znajduję ludzi, dla których robię, oczywiście, ani ja ich nie znam ani oni mnie, gdyż w temat tej stacji i jej uruchomienia zostałem wrobiony ze trzy dni wcześniej. Po ułybkach, uściskach i zapoznaniu, wkręcamy się z P. w tematy i zadania, które okazują się być generalnie w proszku - jakieś 50% rzeczy jest w ogóle niepodłączone; sieci komputerowej między 3 stacjami nie ma i nie zanosi się, żeby na dniach była (nawet listy IP nie ma...); specyfikacje pewnych łączności nadal są widzimisie-widzinamsie, itd itp. Normalka, SNAFU, zwykłe uruchomienie, niczego innego się nie spodziewałem. Ale że 50% jest podłączone, udaje się sprawdzić główne sygnały dla wyłączników średniego napięcia rzeczonej podstacji, tudzież trochę pozostałych sygnałów. Reszta dnia schodzi na próbach ustalenia jak PLC ma być podłączony do Super Ważnego Monitoringu Średniego Napięcia (gdyż może ethernetem, ale może jednak serialem?) tudzież przekonaniu go, żeby zagadał tak albo owak (nie zagadał; nieco uprzedzając fakty - do końca tygodnia, z paru doskoków, nie udało mi się przekonać dwu durnych kompuciek do dialogu po Modbusie over TCP/IP; albo ja albo one były za głupie, ale raczej ja). Wyjazd po ciemku z obiektu w lekkim deszczu jest średnio straszny, ale już po chwili zasuwam w poszukiwaniu miasteczka w którym wynająłem dom, zamiast zamieszkać w hotelu. Miasteczko okazuje się dalej, a domek jeszcze dalej, niż się spodziewano, ale jest całkiem ok - szeregówka nad samym
kanałem Crinan, na pewno milusie widoki i okolica, jeśli jest coś przypominającego pogodę i nie wybywa się i przybywa po ciemku. Zasłużony odpoczynek.
Dni dalsze.
Mniej więcej jak powyższe. Z dokładnością do pomyłek w kablowni a nie tylko braku podłączeń; uniknięciu ze dwa razy poważnych obrażeń samochodzika (raz zsuwał się już z drogi, a raz wiaterek walnął ciężką bramą 0.3s po tym jak przejechałem); sporze z owcami; śnieżycami klasy "może to tylko trochę krupy ale za to wiatr jest tu zgodny z projektem farmy wiatrowej i urywa łeb razem z cycami"; ulewami klasy "może i wiatr jest tu zgodny z projektem, ale dodatkową wodę dostarczamy znad Atlantyku wodociągiem, a nie jakimiś prymitywnymi chmurami"; ogólnie średnim nieogarem Rzeczywistości. Najprzyjemniejszy był powrót chyba, przez bardzo ładne miejscówki wkoło Loch Fyne, Loch Long, Loch Lomond i przez Arrochar Alps. Niestety, ciąg dalszy może nastąpić, gdyż oczywiście uruchomienie niewiele uruchomiło. Tak naprawdę, klient miał atak paniczki i napinki, bo linię i stację 132kV chce inwestor włączyć przed świętami, więc próbowano dopiąć, co tylko się dało w tej okolicy. Ale kiedyś trzeba będzie to wszystko dopiąć naprawdę...