Po dwu latach nadal Szkocja jest dla nas w miarę świeża; mamy względnie sporo wolnego czasu i uprawiamy tryb niskoenergetyczny, wróć, niskoekonomiczny, więc korzystając z tego, co uważają tu za lato, nieśpiesznie zwiedzamy se różne różności. Przez ostatnie miesiące były ogrody botaniczne, muzea, zamki, górki i dołki, i najróżniejsze rzeczy (jak wypad na festiwal Fringe w Edynburgu wczoraj) - co tydzień-dwa jeździmy to tu, to tam; niezbyt daleko przeważnie, niezbyt drogo, bez wysiłku czy napinek; przeważnie ciekawie i pouczająco i fajnie, w najgorszym razie - spacerki i coś innego niż w domu.
Z tego trybu gier i zabaw za ostatnie lata, wzięła się znacznie większa potrzeba fotografowania, niż w poprzednim życiu - przez dwa lata w Szkocji zrobiłem pewnie tyle zdjęć, ile w PL przez ostatnie 15. A z tego całego robienia zdjęć i
wrzucania tu i ówdzie, wykluł się nieśmiały pomysł na jakiś sensowniejszy aparat może - bo komórka HTC, która zawsze jest pod ręką i którą trzaskam większość zdjęć, ma może i genialną kamerę jak na komórkę, ale właśnie - jak na komórkę. I oczywiście brakuje zooma plus nie do końca podoba mi się czasem "sztuczny" kolor i/lub ostrość krawędzi jaką ten software daje, bo przecież nie ta pseudooptyka (i jest to mocno zależne od oświetlenia).
Stąd polazłem parę miesięcy temu do poważnego sklepu pomacać cyfrowe lustrzanki; te, na które mnie stać od ręki i takie, na które już mnie nie za bardzo stać. Po czym musiałem położyć się plackiem na glebie, żeby poszukać szczęki, która mi wypadła pod regał z wrażenia, jak TOTALNIE te całkiem kosztowne sprzęciki są GÓWNIANEJ jakości. Może ja jestem z innej epoki, może nie mam obycia z nowoczesną techniką foto i jej niskimi standardami, może ostatnia lustrzanka której używałem to był Zenith, ale co to ma być, do [censored] [censored]. Kiwające się obiektywy, o kiwających się zoomach na potrójnych tubusach nie mówiąc lepiej, jakieś telepiące się w środku części; spasowanie obudów i elementów jakby formy zajeżdżono 3x względem normy; obrazki wyglądające od zaledwie poprawnych po gówno jakieś (chore flary, dziwne obrzeża, poduszki, bokeh w precle), zmiany jasności wzg. ch... wie czego; no po prostu festiwal żeny. Zacząłem z niskiej półki, po czym polazłem w górę i dopiero w okolicach kwot za zestaw (powiedzmy kit plus jakieś dodatkowe tele) wyższych niż za nasz samochód, zaczęło wszystko przypominać to, czego oczekiwałbym po DSLR.
Stąd błyskawicznie pomysł wpadł do dołu i został przysypany wapnem; nie te pieniążki, nie te jakości, nie te potrzeby. A alternatywa, czyli używka, jednak mi nie pasowała - nie mówiąc, że tutaj taki sprzęt trzyma ceny jak gupi, to nie ufam za bardzo w prawienówki prawienieśmigane, przy tak delikatnej optoelektromechatronice, używanej z ręki i ciąganej "po świecie".
Ale nie zmarszczyło mi to rzeczywistości, wróciłem spokojnie do komórczaka; potem były inne wydatki, m.in. szrotwagen. Jednak po wczorajszym wypadzie do Edynburga i na Fringe, gdzie bez zooma połowa zdjęć nie da(wa)ła się sensownie zrobić, obroty zwiększyły mi się na tyle, że wyciągnąłem i odkurzyłem walający się w przydasiach od lat zabytkowy kompakt (a w zasadzie chyba ówczesny brigde camera) czyli Fujifilm FinePix S5700.
Wyciągnąłem i odkurzyłem głównie po to, żeby sprawdzić, czy dobrze pamiętam jak bardzo popsuli go różni użyszkodnicy przez te 6 czy 7 lat (pozdro, użyszkodnicy!). Okazało się, że dobrze pamiętałem - klapka od dołu, zamknięcie pojemnika baterii, z pourywanymi zaczepami (czyli otwiera się sama, ostatnie lata gumka-recepturka przyjacielem była); uszkodzony "wyrzutnik" lampy błyskowej (automat zwalnia zatrzask ale lampa się nie podnosi, trzeba paluszkiem), plus parametry nieco archaiczne (7Mpix, jakaś mikrunia matryca, 10x zoom, 6.3-63mm/3.5). Ale z drugiej strony - bardzo miło się go używa(ło); wzg. mały i lekki; jasność średniawa, ale przynajmniej równa i miękko-przewidywalna, zresztą, mało focę po ciemku; zoom wewnętrzny, żadnych idiotycznych wysuwanych potrójnych tub; 10x jest moim zdaniem zupełnie wystarczające dla typowych zabaw a większych przeważnie nie da się używać sensownie z ręki; wewnętrzny zoom jest nie do zabicia w porównaniu; ma trochę nastaw ręcznych, więc można się bawić migawkami, przesłonami itp. rzeczami, które mnie w praktyce nie interesują; ma tryby makro/supermakro, które rzeczywiście działają (BTW to był selling point, a raczej mój buying point, bo lata temu mało co w tej cenie potrafiło zrobić sensowne makro) i ogólnie, już zapomniałem jaka to była miła maszynka, spoko dająca radę moim potrzebom foto.
I nadal dużo lepsza niż kamera w komórce. A chyba jedyne czego dla mnie nie ma i raz na rok mi brakowało, to RAW. A jedyna naprawdę mocna wada, to "tradycyjna" dla cyfraków Fujifilm, w tamtym czasie przynajmniej, fioletowa obwódka każdej kontrastowej krawędzi (nawet jeśli się nie powiększa bardzo, to problem, bo "niebieskawe" zdjęcia się robią).
Stąd po sprawdzeniu, że działa i ma się ideolo (poza tym, co zepsuto), naprawiłem klapek za pomocą dodatkowej śrubki (bo klejenie nie dało rady, a na odlewanie szkoda mi zachodu - dygresja: tu oczywiście przydałaby się
drukarka CzyDe, żeby już po paru dniach intensywnej pracy programami, skanowania i prototypowania, dowiedzieć się, że nie da się sensownie zrobić takiej klapki, nie wytrzyma, nie takie tworzywa, nie te rozdzielczości, nie ta faktura i To Nie Takie Proste, jak wkręcenie śrubki), machnąłem ręką na wysuwanie lampy błyskowej paluszkiem (nie mam ochoty i zacięcia na rozbieranie body kamery w drobny mak, a inaczej chyba nie da się dostać do mechanizmu podnoszenia lampy), zapakowałem jakąś walającą się w przydasiach kartę i byle bateryjki i poszedłem zrobić parę zdjęć żeby sprawdzić czy jest tip-top i satysfakcja. No więc - yes.
I w ten sposób zaoszczędziłem stówę (funtów) czy nieco ponad, bo pewnie bym pękł i jakąś bridge camera z podobnej półki (tyle, że teraz 16-20Mpx na lepszej matrycy, za to z, ekhm, niezbyt sensownym 35-40x zoomem) za tyle kupił.
A najśmieszniejsze, co z całego tego zamieszania mnie uderzyło - finepix jak nasz jest w używkach w stanie mint droższy niż obecna/poprzednia tegoż wersja (coś jak 120 do 100). I aparaty bridge obecne, jakie znalazłem z wewnętrznym zoomem rzędu 10-12x, to są poważne semiprofi i zaczynają się ponad 200 funtów...
(Przykładowe fotki (po kliknięciu full jpgi), dobrze pokazujące jak pod pewnymi względami dobry a innymi - niedobry, jest zabytek z notki; oba zdjęcia na auto; wózek bez zooma, centrum naszej wioski z max zooma. Lubię szczegół, lubię miękkość, lubię cienie, uważam że rozdziałka i szumy są ok. na tej półce i zabytku, ale aberracja fioletowa = wyniebieszczenie załamuje mnie. Podbno można próbować "poprawić" nieco ekspozycją itd. można też wyedytować programowo. Ale jednak.)
[edit 14-08-2015]
Przez dyskusję i ogólną pomroczność jasną, kupiłem jednak nowszy bridge,
fujifilm X-S1, troszeczkę jest lepszy od zabytku jw. Czyli jednak, wbrew tytułowi, było niewystarczająco - ale się nieco ograniczyłem, nieprawdaż. Oczywiście, lustro czy CSC to nie jest, ale za to jest tanie, pancerne, nie potrzebuję trzech szkieł i powinno nam starczyć na lata. Zdjęcia zrobione mniej-więcej jak powyższe z S5700 - full auto, centrum wsi na odp. zoomie (to nie jest max. X-S1), przepuszczone "na szybkiego" przez MS Painta, żeby nieco JPGi odchudzić.