Na tle różnych dyskusji o ostatnich atakach we Francji i wojnie "psychologicznej" z islamskim terroryzmem, i mniej czy bardziej odjechanych pomysłów na nią (od worków ze smalcem wieprzowym przeciwko wysadzaczom-samobójcom, po damskie oddziały AT szturmujące "bojowników" biorących zakładników czy osaczonych po atakach, itd itp) przypomniał mi się ciąg anegdot z drugiej-trzeciej ręki, sprzed dekady mniej więcej.
W jakimś wywiadzie czy świeżych wspominkach z okolic początku okupacji Iraku po drugiej wojnie w Zatoce, jakiś sierżant marines opowiadał jak to na wojence ładnie, to i owo, mosterdzieju, a nawet tamto i owamto. I nagle zeszło na sojuszników (co propagandowo było ą ę, no bo jak pamiętamy, nie była to pierwsza wojna w Zatoce, i sojusznicy USA byli towarem nieco deficytowym), i nagle zyskał moją uwagę, gdyż zaczął umiarkowanie wychwalać Polaków, że współpracują, dobrzy żołnierze, oczywiście do pięt Marines nie dorastają, ale w porównaniu z resztą zbieraniny walczą, są spoko i lodzio miodzio. I nagle tak się zadumał jakby i coś w deseń, że mają wyjątkowy dar do miejscowych i odwagę na granicy brawury, bo np. na przepustki se w pojedynkę chodzą w jakiejś Karbali czy podobnych, w takie miejsca, z których patrole marines wracają raczej bez głowy, a Polaka to raczej miejscowi odwożą na taczce do bazy nad ranem, zalanego w pestkę.
Zabawne to było na tyle, że podzieliłem się z kolegami anegdotką i zaraz zeszło na maczo-dumne gadki, wiadomo, że Polak lubi wypić i jakie te nasze ludzie twarde. Ale przystopowałem kolegów, żeby za bardzo w anegdoty jak wyżej nie wierzyli, bo po pierwsze, tam jest jednak niebezpiecznie, po drugie w kraju islamskim, nawet po przejściach, nie bardzo wierzę w możliwość naprucia się przez polskiego żołnierza na przepustce i to jeszcze razem z miejscowymi.
Na co wtrącił się sporo starszy ode mnie gość, z zawodu operator sprzętu ciężkiego, o którym wiem, że był w Iraku na kontraktach, przed wojnami w Zatoce budował tam drogi (podobno jeździł pierwszą polską równiarką i zaczynał od budowy bazy Budimexu czy podobnego, żeby siedzieć tam później latami itd itp). I o ile potwierdził, że rzeczywiście, może i nie było to za Saddama państwo islamskie i szaria nie obowiązywała, to alkohol był tylko w spec sklepach, względnie drogi, i jeśli kupował go miejscowy, to miał bardzo przerąbane i dużo krzywych spojrzeń - ale jednak anegdota nie jest tak bardzo niemożliwa, jak się wydaje, gdyż:
"Bo oni dobrze pamiętają, kto ich nauczył pędzić gorzałę z byle cytrusa - my, Polacy. Przecież oni wywalali kolosalne ilości pomarańczy itp. do śmieci, nie mogliśmy patrzeć na to, więc z chorych cen gorzały (bo przecież nie po to siedzieliśmy na kontrakcie, żeby dolary na picie wydawać) i z tych darmowych cytrusów, zaraz zrobił się zacier w dużych ilościach i najlepsza i najmocniejsza pomarańczówka na całym Bliskim Wschodzie. I stawiam każde pieniądze, że nadal w koło Basry itp. z wdzięcznością pamiętają, kto ich nauczył przepisu na Grunwald i że wystarczy byle stary czajnik, a gorzała popłynie, i żaden imam czy sąsiad nie wpieprzy się im więcej między wódkę a zakąskę. I pewnie pamiętają podstawowe słownictwo polskie z zakresie imprezowo-przestankowym, a jak nie oni, to ich dzieci. Bo przecież to pijaki, jak każde ludzie na świecie, a "przykrywkę" przed Allachem, to już se sami znajdą, nie bój żaby, a to że pod dachem Allach nie widzi, a to że w nocy Allach nie widzi, itd. I tyle."
Na co mi trochę mowę odjęło, jednak.