Logo
"Labirynt" tom 1 (2022)

Moja powieść SF z okazji 100-lecia urodzin S.Lema
Labirynt 1
"Lekkość" (2025)

Moja powieść techno-fantasy
(tom 2 cyklu "Urocza)"
Urocza 2 - Lekkość

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

rozie - Wgląd w błąd - Lem (5)
Wed, 28 Oct 2026 22:42
14g jest jeszcze do przyjęcia, szczególnie w warunkach...

Codiac - Muza (63) - AltCeltic
Sat, 24 Oct 2026 15:10
Jak już dawno ustaliliśmy, nasze gusta muzyczne nieźle...

JoP332 - AI ślurp (1)
Tue, 20 Oct 2026 10:41
Branża literacka to już zombie, które się toczy siłą...

Boni - AI ślurp (1)
Mon, 19 Oct 2026 16:27
Och, to drobiazg :/ bo jednak LLMy i tłumaczenia to dosyć...

JoP332 - AI ślurp (1)
Mon, 19 Oct 2026 15:43
@„ Jest taniej, szybciej, ch...jowiej” To, co się w...

Boni - Muza (63) - AltCeltic
Mon, 19 Oct 2026 08:49
@Greg Spoko kawałek, ale ja bym go nie dodał, bo go...


Tagi:

Alba DIY Hellas MotH Vorin bibliotheca blogorg film fun geannaire gogika hejt kwestia-ceny labirynt lemiana lewałki marynata mitogogika motocyk muza namysł nazakupy nieznośna nostalgia okolice pieczarki prawałki przemysł rapiery redukcja striptyz sumo szort szrot triptrop unrealpolitik urocza varia wydaje-się zagrywka zen Éire

Fuller
Strona-agregator dla kontentu, który wchłaniam na co dzień


Inne własności:

Cegielnia
Logos - wygryw w słówka
inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap


Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

    NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja  Wpisy  Losowo  Autor  Rejestracja 




Autor: Boni
Kiedy: 2015-01-07, środa
Tagi:  fun, triptrop     
___________________________________

Z odprysków dyskusji sieciowych przypomniały mi się jakieś stare, albo i nie takie stare, anegdoty związane z przekraczaniem granic, czasem także granic zdrowego rozsądku i porządku prawnego (tak troszeczkę tylko). Więc, wiecie, "bawiąc uczy", nie, no kogo ja usiłuję nabrać, to będą teksty w sens "bawiąc bawi" i żeby pośmiać się można nie ze mną, ale ze mnie.

Zrobimy to może w formie deko przypominającej kultowe i legendarne, acz zapomniane, "pieczarki", czyli będę pisał, co i kiedy i jaka jazda (niekoniecznie chronologicznie) aż mi się znudzi, a jak się nie znudzi, albo poprzypominam se, będzie minicykl. Aha, czasem anegdoty z drugiej reki, ale takie w miarę wiarygodne.

Bo troszeczkę świata się zwiedziło, co nie.

(2000, Okęcie)

Przed 2001 i datą wiadomą, było bosko, błogo, security w rejonach polskich czy duńskich czy niemieckich miało generalnie wyjebane, życie poróżujących płynęło należycie. Oczywiście, na liniach USA czy Izraela czy UK bywało deko inaczej, ale Okęcie-Kopenhaga? Prfff.

Lecę na parę dni z koleżeństwem z nowej pracy (bodaj pierwszy miesiąc? BTW pokrewna, przezabawna, no boki zrywać, historyjka załatwiania paszportu w 3 dni przed tą podróżą, to może na inną okazję). Dele mini, więc mam tylko duży neseser jako podręczny. Koleżanki nadały walizy, a i tak obwieszone torebkami i duperelami, a tu przecie wolne cło kusi - stąd E. prosi mnie, czy bym nie pomógł i ponosił jej ciężką reklamówkę, bo ona po sklepach koniecznie. Mam wolną łapę, niech i tak będzie. A średnia reklamówka rzeczywiście uczciwie ciężka.

Mija pół godziny znikąd, otwarli gejta, ludzie pomału się ładują, niby do otwarcia samolotu daleko, ale znudziło mi się łażenie z dwoma ciężkimi torbami, jak jakiś orangutan, no i zara miejsc siedzących na gejcie nie będzie, a koleżanek jakoś nie widać - wymyśliło mi się, że lotto mi to i idę na gejta posiedzieć. Rzucam walizkę i reklamówkę na rentgen, sam na bramkę, oczywiście jakieś klucze czy monety mi brzęczą, ze trzy razy się opróżniam z metalowych części w nerwie, ale w końcu przechodzę. Za rentgenem łapię neseser, ale nie widzę reklamówki koleżanki, więc rozglądam się bystrze i moje czujne oko notuje sympatycznego pana w mundurze moro, siedzącego sobie na ławie w typu szkolnej, a obok reklamówka wyglądająca na nieco zagubioną. Wyczuwając intuicyjnie, że zagubienie reklamówki maskuje jej podejrzaną przeszłość a nawet zawartość, tudzież niepewną przyszłość, daję panu w moro znak-sygnał, że niestety, kurteczka, to chyba moja zguba. Pan w moro się nawet w miarę uśmiecha, i upewnia się czy to moje? Koleżanki. Ahaaa (to takie charakterystyczne, mundurowe, nieco wątpiące, łatwo dołączalne do protokołu "ahaaa"). I zadaje zupełnie bezsensowne pytanie "Co jest w środku?".

No przecież ni chu nie mam pojęcia. I tak mu mniej więcej mówię, chociaż chu to miałem w wyrazie twarzy raczej. "A czy możemy to otworzyć?" - "No pewnie, że ku, znaczy, cholera, możemy; sam jestem ciekaw, co mi za ciężary wtryniła podejrzane...". Wyciągamy spod jakichś śmieci i papierów fest ciężkie solidne tekturowe pudełko wielkości cegły. "Możemy to otworzyć?" - "Pewnie, rozklejamy to gówno" - rozklejamy taśmy i tym podobne i co widzimy? pudełko równiutko napakowane rdzeniami magnetycznymi od średnich styczników, full i do pełna. Od razu wyrywa mi się "christ, rdzenie do styczników zapakowała, to pewnie próbki do laboratorium naszego pracodawcy... zamiast wysłać kurierem, no co za nieogar, doprawdy... A wam pokazało się na rentgenie jak cegła ołowiana?" - pan wyjął ze dwa, przyjrzał się, pomyślał, pobawił się, westchnął i mówi "no dobra, niech tam, pakujemy i niech pan to zabiera" - "A dziękuję bardzo" - wdzięcznie widzięczny chwytam manele i spierdzielam spocony na fotelik, akurat zaraz obok rentgena. Ale wkurzyłem się uczciwie i na siebie, że debil i nie wie z czym do samolotu idzie, i na koleżankę, że bez faktury w zasadzie przemyca próbki; a dla ustalenia uwagi, leci z nami dyrektor K. raczej ostry i zaraz tu będzie, a ja "nowy", i tylko mi tego potrzeba, żeby mnie zastał, jak awanturuję się z pogranicznikami albo w kajdany idę.

Ale kiedy bardzo powoli wraca mi zen, następuje taka jazda dodatkowa bez trzymanki: kolejka przed rentgenem i bramką się zagęszcza, są i koleżanki, E. i E. No i nagle ta bardziej winna nie może przejść przez bramkę, bo brzęczy. Oczywiście bramka na koleżankę, a nie odwrotnie. E. przegląda trzeci raz torebkę i kieszenie. Pan w moro, akurat ten sam z którym miałem do czynienia, znudzony podpowiada, że może klamra paska. Pasek na rentgen. Że może coś w tylnej kieszeni spodni. Tyłek do przeglądu, nic. Kolejka z tyłu może nie napiera, ale czuć jej oddech na plecach, nieprawdaż. "Pani pokaże jeszcze raz torebkę, czasem szminki w metalowych tubkach wyją" - E. jakaś taka nagle zrumieniona, niczym dziewica na spotkanie kochanka, wahając się otwiera przed panem w moro swoją nieco nabrzmiałą acz kształtną, co to ja... aha, torebkę; pan w moro zagląda i nagle jak się nie wyprostuje i na cały hall "A TO PANI JEST OD TYCH STYCZNIKÓW!!!". No myślałem, że koleżanka popuści, kolejka jak jeden mąż cofnęła się o krok - a ja ze śmiechu mało nie spadłem z fotelika, pan w moro ogląda się na mnie i szczerzymy się do siebie jak jakieś pospolite szczeżuje. Po czym pan (metaforycznie) docuca nieco i stawia do pionu koleżankę i każe jej wsadzić cały majdan na rentgen.

Bo wiecie, E. miała torebkę pełną cewek, do tych styczników, od których rdzenie ja usiłowałem przemycić. A pan w moro miał pojęcie o osprzęcie elektrycznym skrzyżowane z pracą kontrwywiadowczą na bardzo wysokim poziomie, skoro na pierwszy rzut oka rozpoznał obiekt, dodał 16 do brązowego, przeprowadził dedukcję, no i dał przykładną nauczkę - więc już darowałem E. należny ochrzan.




(za tytuł, moim zdaniem bardzo zabawny, kredyty należą się mniej więcej tutaj)








 

Engine: Anvil 1.08   BS