... czyli nieco przypadkowa przedwczorajsza wycieczka po Highlandsach, po raz kolejny. Bo skoro ktoś płaci za wyjazd do roboty w rejony przeurocze, a roboty jest na jakieś pół godziny (gdyby wszystko było ok, ale nie uprzedzajmy wypadków), to czemu nie skorzystać i nie pozwiedzać, przy okazji.
Szczególnie, że pogoda trafiła się Ż-Y-L-E-T-A (jedna z najzimniejszych nocy tej zimy), wyż, piękne słońce i w ogóle; jak na Szkocję to w zasadzie cud.
Tym razem trasa była nieco okrężna:
Początek klasycznie już, przez Cairngorms, Braemar - góry solidnie przyprószone śniegiem, ale droga ok. Widoki - nie uwierzycie, jakie ekstra i cudowności. Potem zygzakiem (skądinąd przyuważyliśmy ze dwie genialne miejscówki, do przyszłego obadania) do Rothes, gdzie porzuciłem żonę, obłaziła miasteczko
podobnie jak poprzednio, tylko tym razem zakosami i opłotkami prawdziwymi (może innym razem o tym i fotki).
Ja poleciałem do roboty, na farmę wiatraków; trzeba tam było pewną drobnostkę ustawić, bo ktoś zapomniał, nie wiedział, nie umiał a wszystko pilne (oczywiście delikwent pojechać nie mógł). Robota na kwadrans, gdyby młodzi-zdolni kołorkerzy byli w stanie dostarczyć prawidłowe namiary, kontakty, parametry i dojazdy. Ale że obecne młode pokolenie ma nasrane a nie - rozgarnięte i dostarczyć może żarcik, srajfona i fejsbunia, ale nie podstawowe info o i do pracy, no to zamiast kwadransa zajęło mi wszystko ze trzy godziny, a miejscówki w koło Rothes poznałem cholernie dokładnie (szukając właściwego dojazdu do raczej odludnej centrali wiatraków). Ale mniejsza, w końcu udało się pierdołkę załatwić i nawet sprawdzić zdalnie; poleciałem po Grażkę, a z nią przez Elgin do Inverness.
Inverness, stolica prawdziwych Highlandsów (bo ci prawdziwi Szkoci z prawdziwych Highlandsów to uważają, że prawdziwe Highlandsy kończą się od wschodu gdzieś tak na Loch Ness; a może nawet na Isle of Skye), jest sporym miastem, ma jakieś tam stare miasto (w typowym tutaj stylu), port i inne różności, ale generalnie szału nie robi. W sumie, wbiliśmy tylko do portu i obadaliśmy zatokę i most.
Potem polecieliśmy w kierunku oczywistym, czyli drogą nad Loch Ness. Która to droga zaprawdę jest wydarta w skale, widoki śliczne, a jezioro całkiem duże, acz węższe niż się myślało (jednak rynna klasyczna).
Ponieważ istniał pewien PLAN, nie bardzo zatrzymywaliśmy się, gdyż słońce uparcie kłoniło się ku zachodowi. A szkoda, bo np. sam
Urquhart Castle i okolica warte byłyby paru godzin łażenia. Ale zara odbiliśmy w prawo na zachód i przypadkiem trafiliśmy do Szwajcarii
ok, żarcik taki (ale naprawdę podobnie pamiętam Szwajcarię), zaledwie daliśmy ognia wzdłuż jezior, jak powyższe Loch Cluanie, drogą, zaprawdę powiadam wam, BARDZO malowniczą. A góry w koło zaczęły robić się bardzo na serio, znacznie bardziej niż Craingorms.
Po przebiciu się przez przełęcz wypadliśmy nad Loch Duich i zakosami do celu, czyli kto nie rozpoznaje kadru poniżej, idzie do kąta wstydzić się
gdyż albowiem był sentymentalny plan, żeby przed zachodem słońca dopaść do
Eilean Donan Castle, czyli zamek grający siedzibę klanu MacLeod w "Nieśmiertelnym", tudzież parę innych siedzib w paru innych fajnych filmach.

Zamek fajny jest, jak z filmu. Żartuję, po prostu fajny. Trochę fajniejszy byłby z większą ilością wody w koło (odpływ akurat...) i mniejszą ilością techniki i nowoczesności w koło (oświetlenie, gadżety, centrum turystyczne, itd). Nawet tablica pamiątkowa klanu MacRae z postawionymi obok działami z I wojny światowej troszeczkę gryzie się z. No ale trudno wymagać od renowacji sprzed stu lat jakiejś wielkiej autentyczności - ten zamek żyje nie historią, ale raczej symulakrą i nostalgią, jednak grunt, że żyje.
Nauczyłem się w końcu robić panoramy mędrkofonem, tyle, że z braku światła nie wszystkie wyszły "równe", w sumie tylko ta jedna w miarę ok (pełny obrazek ma ponad 7MB):
BTW jeziora w koło też są malownicze, nawet bez zamków
A potem długi powrót (szaloną drogą...) przez jedne z najwyższych i najbardziej malowniczych górek w Szkocji i przez Fort William, niestety, już po ciemku. Tudzież malownicza droga po zachodniej stronie Loch Lomond, ale te okolice już mamy tak przebadane, że nie było bardzo szkoda, że po ciemku.
Generalnie, pomimo bezsensownej ilości jazdy i pośpiechu jak na jeden dzień (powinniśmy pojechać w niedzielę, albo i w sobotę, i przenocować gdziekolwiek, no ale tacy mundre inaczej my som, że nam to przyszło do głowy w niedzielę wieczorem...), wyprawa warta każdej godziny spędzonej za kółkiem, tym milsza, że jej koszt przyzerowy (BTW jeep zszedł do 6.4l/100km, nie myślałem że to powiem, ale - brawa dla kutra).
Najlepsze podsumowanie chyba - Grażka rzuciła gdzieś po drodze miedzy Loch Cluanie a Loch Duich - "tu jest tak pięknie, nie wyprowadzajmy się już gdzieś indziej".