Życie płynie należycie i tak leniwie, że po prostu nie mam o czy pisać, nawet jak mi coś przychodzi do głowy, to po prostu nie ma po co i na co strzępić klawiatury.
Robimy co nam się podoba, zalegamy albo i nie, ruszamy się albo i nie, bawimy się albo i nie.
W ramach zajęć okołosamochodowych zachciało mi się przerobić podświetlanie zegarków i wnętrza vana na zielone, jak w starszych fordach. Bo czemu nie, bo tak o, bo wolę takie.
Dzisiaj skoczyliśmy po małe promo-zakupy, a z powrotem impulsowo nieco okrężną drogą, może nie nad morzem, ale prawie - do morza trudno się dostać po północnej stronie rzeki Clyde, no ale umówmy się, że szeroki wylot rzeki i zatoki (loches), aż za Helensburg, dostarczyły nam wrażeń wystarczająco - momentami miałem za kierownicą zawroty głowy, kiedy zamiast na drogę rzucałem okiem na widok, w którym nie wiadomo było, gdzie się kończą i zaczynają górki, woda, niebo.
Połaziliśmy nawet chwilę nad wodą, chociaż łeb urywało (siakieś wichury gdzie tam się przewalają), deszcz siekł, a fale nas obryzgały pare razy. Jeśli tak wyglądają zatoki, to wolę nie myśleć, jak wygląda brzeg od strony Irlandii. Albo brzeg Irlandii od strony Atlantyku...
W rozmowach z żoną dyskutujemy, jak długo może trwać euforia z tego wszystkiego; tych wszystkich okoliczności, nie tylko okoliczności przyrody.
Na razie, zdecydowanie, jak mawiał Ihmed, "praktykujemy szczęście".