Przypomniano mi okrężną drogą, na zdychającym blipie, temat, który mnie dręczy od pewnego czasu - otóż
koledze spodobała się na youtubie śpiewająca dziewczyna; dziewczyna śpiewająca "amatorsko".
I to jest temat - co w ponowoczesnym kapitalizmie oznacza "amatorsko". Bo niestety, stare definicje można moim zdaniem o kant rozbić, gdyż nie przystają do obecnego świata.
Kiedyś, amatorzy byli po prostu aktywistami (wielbicielami) danej dziedziny, i dzielili się z grubsza na amatorów do bani (laików, dyletantów) i amatorów do rzeczy (nieprofesjonalistów, hobbystów). Oba podzbiory łączył brak "zawodowości" czyli profesjonalnego wykształcenia i/lub zarobku w danym temacie.
Tyle, że to było dawno i nieprawda.
Bo teraz najnajważniejsze w odróżnianiu amatorów od profesjonałów nie są formalne wykształcenie, talent, a nawet osiągnięcia czy, z pewnymi zastrzeżeniami, zarobek, ale kapitał, kulturowy i ekonomiczno-techniczny, jaki stoi albo i nie, za amatorką/amatorem (a raczej - poprzedza ich).
Gdyż w obecnym świecie, to zupełnie co innego, jeśli dziewczyna śpiewa na youtubie w filmie HD, na profi mikrofonie i sprzęcie, w pięknym wnętrzu, a co innego jeśli ta sama dziewczyna śpiewa "na surowo", w kiblu, do złomowatej selfie-komórki 240px. A różni te dwie sytuacje tylko wielostronny kapitał jaki za dziewczyną stoi. I trzeba być bardzo (samo)oszukanym, żeby tego nie rozumieć i twierdzić, że przecież to zarówno. Co zaraz wiedzie do absurdów, jak uznawanie Lany Del Rey za amatorkę albo i piosenkarkę indie. Albo pisarza, który wydaje swoje książki, za amatora. Albo, z nie-medialnej beczki, gościa budującego sobie "na legalu" domy czy samochody czy samoloty czy podobnie skomplikowane technikalia, za hobbystę.
Moim zdaniem, w ostatnich, powiedzmy, 30 latach eksplozji technologii w neolibanie, jeszcze nie zmieniło się to, że nie da się kupić talentu czy zdolności - za to już przeważnie można kupić (neolib) ich całkiem wystarczające protezy (technologia). I ten, kto może je sobie kupić czy odziedziczyć czy dostać, NIE JEST AMATOREM. A czy funduje Big Korpo, czy Big TV, czy Big Daddy, czy Big Spółdzielnia Open-Sropen-Source; czy zarobi się na tym, czy wtopi - to naprawdę nie ma znaczenia.
Amatorami są ci, którzy coś dłubią NIE MAJĄC KAPITAŁU. Kulturowego też. Oni nadal dzielą się na pojedynczych genialnych hobbystów, nieprofesjonalnych artystów i rzemieślników, oraz tłum amatorskich grafomanów, dyletantów, laików.
Tyle, że ich nie zauważacie, bo widzicie/klikacie coś lepszego, ładniejszego, mądrzejszego, fajniejszego. Przeważnie, tak naprawdę, profesjonalnego; nawet jeśli sztab marketingowców wymyślił, żeby sprzedawać wam to jako amatorskie indie, pod trademarkiem "Lana Del Rey".
Zamiast podsumowania, smutny adekwatny membrazek.