(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Od dekad obserwuję takie zabawne, a raczej "zabawne" zjawisko, polegające z grubsza na tym, że wobec zaniku etosu rzemieślnika czy technika, nawet tylko w kontekście operatora maszyn czy urządzeń, i obniżeniu kultury technicznej (lokalnej, w sensie danych operacji czy przemysłu, bo nie w sensie obsługi wypasionej komórki) wśród nadzoru i operatorów, w to puste miejsce wchodzi brak zaufania do człowieka. Wzmacniany jeszcze wielkim ciśnieniem na BHP. I ciśnieniem na wydajność i jakość. A na deser przyklepany nowoczesnym audytem i konsultingiem, które odrywają się od rzeczywistości szybciej jak prom kosmiczny od matuszki Ziemi. Co daje ciekawe efekty i przykłady jak szybko pozornie normalni ludzie lądują w oparach absurdu i ustrojach totalnych.
Każdy podręcznik czy spec od kontroli jakości powie wam, że ludzie pracując robią błędy. Że kontrola manualna czy optyczna, przyrządem O1 (oko wzór 1), to żadna kontrola. Itd itd. Ale prawie żaden podręcznik i spec nie proponuje już działań typu szkolenie, motywacja, trening, a raczej - mechanizację, automatyzację dobrze zaprojektowanymi mechanizmami pomiaru, kontroli i nadzoru, zaraz potem audytowanymi i certyfikowanymi. Logiczne, że po chwili tak samo myśli i zachowuje się nadzór, tudzież np. klienci w ramach dyskusji o reklamacjach. I ma to pewien pozorny sens - automatyczny tester czy wbudowana kontrola itp. w maszynę czy w proces, nie męczy się, nie myli, ma wiele zalet. I nie ma sprawy, tylko że na poziomie biznesowym, trzeba zdawać sobie sprawę, że to jest pełzająca automatyzacja i totalizacja kontroli, często zamiast dopracowania procesu czy poprawienia operacji i operatora. I podobnie odbywa się w tematach około bhp. A to wszystko kosztuje całkiem wymierne pieniądze (bo pełzająca autmatyzacja czy bhp na ogół jednak kosztuje drożej niż porządna, kompleksowa, i założona od początku istnienia procesu), i utratę elastyczności na poziomie strategicznym (bo pełzająca automatyzacja czy bhp na ogół nie jest elastyczna, skoro łata kolejne i kolejne błędy poganianego batem niedouczonego i nisko zmotywowanego człowieka), wymienianą co najwyżej na pozorną elastyczność operacyjną (no bo zamiast małpy można na maszyne posadzić małpiatkę) i na pozorny święty spokój, bo "spełniono wymagania", nie ważne, że z sufitu i zassania kciuka. I nie ma sprawy, ja jestem za automatyzacją wszystkiego co się da, z tego żyję, ale trzeba rozumieć, co i po co się robi - a nie, że jeden półgębek mówi o tanich kosztach pracownika o wysokich kwalifikacjach, a drugi półgębek pomalutku pełzająco kosztownie wymienia tych pracowników na niewykwalifikowanych, albo na roboty.
I jest to dość ogólny trend "totalitarny", w całej cywilizacji technicznej I i II świata, który kosztuje nas wielostronnie sporo kasy i frustracji. Bo ten brak zaufania do człowieka i wola pełzającej kontroli i automatyzacji, z jednoczesnym irracjonalnym zaprzeczaniem i wypieraniem się kontroli i automatyzacji kołacze się od dawna i wszędzie, tylko ostatnio jakby bardziej.
Na przykład, z zaszłości tak dawnych, że aż zabytkowych, dlaczego, tak w zasadzie, każdy samochód musi mieć drzwi na zamki i "stacyjkę" zabezpieczającą przed użyciem przez osoby niepowołane - bo tak zapisano w warunkach technicznych? Co w paru logicznych krokach wiedzie do samochodów, które nie zapalają bez zapięcia pasów i dmuchnięcia w alkomat. Tyle, że właściwe pytanie, to dlaczego opierają się wszyscy przeciw samochodom z autopilotem, skoro trend jest jaki jest.
Albo dzisiejsze zagadnienie - operator może nie zauważyć, czy po włączeniu maszyna wykonała cykl testu, i zaczyna się dyskusja o sposobie włączania i sygnalizowania pracy maszyny. Na nieśmiałe sugestie, że może jednak, zamiast przebudowywać maszynę i prowadzić absurdalne rozważania o trwałości wyłączników, zatrudnić operatorów o sprawnym wzroku i trzeźwych, koledzy mi się obruszają. A na sugestię, że wyłącznik i sygalizacja i tak nie zabezpiecza przed operatorem, który zamiast testować 1000 wyrobów, przełoży skrzynkę z 1000 wyrobów z lewa na prawo, to koledzy czują się zdradzeni o świcie.
Chyba najśmieszniejsze zderzenie jakie widziałem dla problemu totalnej automatyzacji/kontroli/bhp było między Duńczykami i Japończykami w kontekście prostych maszyn i procesów. Bo Duńczyk, jak widzi niewielką prasę bez żadnych zabezpieczeń, na której Japonka pracuje jakby robiła na szydełku, włączając ją małym palcem koło stempla (i to wszystko w tempie, że stara cyfrówka 10fps nie wyrabia pokazać na filmie, co tu się naprawdę wyrabia), najpierw łapie się za serce, po czym projektuje od razu w głowie fotobarierę, uruchamianie z dwu rąk, i certyfikację tego wszystkiego na zgodność z CE, itd itd. A zanim zacznie wydawać kufereczki stóweczek, pyta nadzór japoński, jak tak można, jak zwierzęta, jak w jakichś Chinach, przecież prasa może połamać palce, zerwać paznokcie - na co Japończyk ukrywając zdziwienie nieogarnięciem gaijinów, grzecznie odpowiada, że przecież ich pracownik jest przeszkolony, i palców w praskę nie wkłada.
I wszystko to pod rozwagę poddaję od czasu do czasu szefom czy audytorom, ale bez większych napinek, no i rezultatów. Bo taki lajf w społeczeństwie 80/20, niestety.