(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Mamy Xmas time, czas przesilenia, więc podobno dobry czas na pierdoły religijne i para-religijne, a że o tej porze nawet bydło ma głos, to i ja się odezwę, długo, nudno i okołoreligijnie.
Na co dzień, na ocean ignorancji, który jest na zewnątrz, przeważnie mam "meh", albo uśmiech, albo smuteczek, czasem kapeczkę hejtu. Przez całe w miarę dorosłe życie w katolandzie stykam się z mniejszą czy większą ignorancją, czasem złośliwością czy kłamstwami o buddyzmie, i mam jak wyżej. Ale ostatnio ilość bzdur na temat buddyzmu z jaką się stykam, po prostu mnie zdumiewa, bo jednak co innego usłyszeć pytanie "no to co tam popalacie z guru?" od pokolenia moherowych 65 latków, a co innego "ksiądz, lama, jeden ciul" od zglobalizowanego pokolenia rzędu 25 czy 30; i powstaje ogólne wrażenie, jakby ignorancja była odwrotnie proporcjonalna do wieku (czemu ja się dziwię), i coraz większa, pomimo ok 70 lat popularyzacji buddyzmu na Zachodzie, i 30 w Polsce. Stąd niniejszy mikroesej, żebym miał gdzie odsyłać różnych znajomych i nieznajomych, no i może tym pięciu, w porywach, czytelnikom bloga, na coś się przyda.
Uwaga wstępna - produkt esejopodobny będzie o buddyzmie, ale nie dokładnie o zen (to może innym razem), wg. mojego rozumienia buddyzmu, bez przypisów i innych takich powag (ale nie bez pewnego zaplecza historycznego i naukowego, że tak powiem), napisany prosto i od serca, do uprzedzonych laików, głównie o katolickich korzeniach. Polecę trójczłonowo, o Buddzie, o buddyzmie w świecie dawnym, o buddyzmie tu i teraz.
Budda, prawie każdy wie, kto to był i jak wygląda podobizna, taki kurdupel na siedząco, z przymkniętymi oczami (BTW to jest wizerunek hellenistyczny w swoich korzeniach...). Nawet taki fajny film zrobili, "Mały Budda", z boskim Keanu. A na wiki jest całkiem solidny artykuł o Siddartha Gautamie. No więc człowiek kulturny, wie co nieco. Tylko przeważnie, jak przycisnąć okazuje się, że not. Pierwsze i najważniejsze co trzeba o Gautamie wiedzieć - był człowiekiem. Nie Synem, Wybrańcem, Prorokiem, Kochankiem, Szwagrem, czy Potomkiem Dowolnie Wybranej Istoty Najwyższej, tylko zwykłym człowiekiem, który se popylał około 500pne w pn. Indiach. No dobra, niezwykłym, bo mało kto skacze fabularnie, poza słabym fantasy, od roli młodego księcia, który zderzył się z problemem cierpienia, do roli medytującego eremity, próbującego rozwiązać problem cierpienia, po jakimś czasie oświeciło go, rzecz jasna tylko jego zdaniem, co z tym problemem i w ogóle naturą lucka jest nie teges - więc doszedł do roli charyzmatycznego nauczyciela i organizatora, który zaczął nauczać innych, jak sobie z tym problemem można by poradzić, i robił to przez jakieś 40-45 lat, aż do śmierci w wieku lat ok 80 (i co zdumiewające, sporo ludzi jego tezy przyjęło - chyba musiał wygrywać flejmy). Nota bene, co pomijają popularne opowiastki, legendy i popkultura - wcale nie "zasnął" po oświeceniu, tylko nauczał, uwijając się 40 lat, i to dość ostro i skutecznie, w warunkach politycznych dalekich od równowagi, i zabiegając o sponsorów i wpływy dla ugruntowania nowej doktryny i ruchu światopoglądowego; BTW w międzyczasie dogadał się siako-tako z rodziną z "poprzedniego życia". I generalnie, wszelkie cuda wianki nadprzyrodzone jakie zaraz mu dopisali nawróceni hinduiści (znaczy, wedyści, czy pre-bramini, i to raczej szybko, bo zaraz przy stosie pogrzebowym Buddy zaczęła się kłótnia kto będzie papieżem, i dlaczego autorytarny nawiedzony bramin), czy pogięci Chińczycy stulecia później, można spuścić w kanał, no chyba że ktoś bardzo bardzo lubi ezoterykę i paranormalia, to ok, niech się jara. Ale nie w nich buddyzm żyje i oddycha.
Dlaczego napisałem "doktryny i ruchu światopoglądowego" a nie religii? Bo tak jest rozsądniej i uczciwiej, a że teologom czy historykom religii nie przechodzi to czasem przez klawiatury, i wymyślają potworki jak "religia nie-teistyczna", no to generalnie ich problem. Bo tak ogólnie, Budda nie wypowiadał się o Bogu, bogach, i w ogóle takich pierdołach, co najwyżej używał ich w przypowieściach. O duszy, śmiertelnej czy nie, też w zasadzie się nie wypowiadał. Generalnie, oscylował między ateizmem a agnostycyzmem, a jeśli używał pojęć z zakresu ówczesnej teologii, to głównie dlatego, że tylko taki język (warto pamiętać, że już wtedy bogaty i nieźle umocowany) miał do dyspozycji. Zresztą, większość transcendencji i teologii, także w zakresie języka, zmyślili mu od razu następcy skażeni Wedami i poszukiwaniem Ducha, Dharmy, czy innej Nirwany, a wieki później Chińczycy dołożyli swoje. Ale jeśli poukładać kanon palijski nie według założeń zwariowanych na punkcie dharmy mnichów, ale w miarę chronologicznie i tematycznie, to ukazuje się prostota i pragmatyzm, połączony z ateizmem. (Dygresja - co nie jest w sumie dziwne, w warunkach kiedy starej religii, tu wedyzmu, już wszyscy mają trochę dosyć, a gospodarczo i politycznie następuje coś na kształt europejskiego późnego średniowiecza, zawsze się znajdzie jakiś Budda czy inny Luter i przybije nowe tezy do starych drzwi)
Gdyż albowiem centralny problem buddyzmu jest problemem pragmatycznym, a nie teologicznym, a w ogóle nie daj boże, transcendentalnym. Problem i rozwiązanie Budda wyłożył w pierwszym kazaniu, w Czterech Szlachetnych Prawdach, i co jak co, ale to akceptują wszystkie buddyzmy, nawet te bardzo oldskulowe i bardzo zakręcone. I miedzy nami mówiąc, ten Budda to nie był zbyt cwany, jeśli wg. bajki zajęło mu 7 lat dojście do tak prostych prawd. No ale z drugiej strony jakoś mało kto do nich doszedł przed nim i po nim, szczególniej - bez wycierania sobie gęby Mzimu czy innym Panbukiem. W skrócie - I prawda: świadome życie boli i jest w nim od cholery cierpienia, w szerokim rozumieniu; II prawda: cierpienie wynika z pragnienia, z pożądania różnych różności, od chleba powszedniego, przez wszelkie bogactwa i uczucia, itd itd. po sam instynkt samozachowawczy jako pragnienie życia; III prawda: pragnienia nie można całkowicie zwalczyć czy zaspokoić, można tylko "zapomnieć", puścić, wyrzec się go, olać - a jak już nie ma pragnienia, to nie ma cierpienia; IV prawda: wskazówkami praktycznymi i roboczymi, for dummies, w temacie pozbywania się pożądań i cierpień jest Ośmioraka Ścieżka, zestaw w miarę rozsądnych reguł i zasad do "dobrego" życia i szukania oświecenia, czyli ustania pragnień i cierpień.
Cała reszta, jest cokolwiek nadmiarowa i zbędna. Łącznie z doktrynami reinkarnacji, karmy, światów itd itd. - są buddyzmy które to, w najlepszym duchu Buddy, olewają, i są badacze, którzy dość rozsądnie uzasadniają, że jak się mówiło językiem hinduizmu i Wed, to się nie dało mówić inaczej, niż wczesny buddyzm, nawet jak się miało co nieco wbrew Wedom.
Powtórzę jeszcze raz - gościa oświeciło nietranscendentalnie, tylko jako "Heureka!" i se te podstawy zmyślił 2500 lat temu, nie odwołując się w preambule, treści czy konkluzji do Boga, Bogów, Piekła, grzechu, Fatum, Postępu, Losu, Nieba, kary, Bogini, Narodu, Ducha, nagrody, Cthulhu, i w ogóle nie odwoływał się do niczego poza podstawową moralnością i empatią, jaką ma w miarę normalny homo sapiens do bliskich mu homo sapiens; i do doświadczenia poza zdrowy rozsądek i podstawową medytację. Jaka prostota. Doceńcie. Szczególnie w kontekście jakie pierdololo i ideololo zmyślano w tematach (para)religijnych przez następne 2500 lat, aż po czasy obecne, i różne straszne "Bóg jest z nami", niekoniecznie hitlerowskie, ale G.W.Busha.
I było to solą w oku praktycznie każdej religii teistycznej, z którą buddyzm się zetknął przez wieki, że rdzeń buddyzmu to w zasadzie wysokomoralny ateizm. A już do furii doprowadzało teistów buddyjskie upraszczanie ("trywializowanie", "prostactwo", "nihilizm" itp) tych wszystkich Tajemnic, dogmatów, niewysłowionych prawd wiary, i zyliona teologicznych puzzli, układanych z lubością przez wieki w religiach teistycznych, no bo co może buddysta powiedzieć teiście, poza grzecznym "kondolencje, ziom, do miliona "życiowych" problemów intersubiektywnych (choć i tak IMHO w 99.99% zmyślonych, z czego próbuję uleczyć siebie i innych), ty dołożyłeś następny milion problemów, już zupełnie zmyślonych. To może jednak uprośćmy to wszystko, co nie?".
Skądinąd, przez wieki, po tym poznawało się prawdziwe buddyzmy od fałszywych, że pierwsze upraszczały, aż do absurdu (jak np. zen), skupiały się na centralnym problemie i ew. zmodyfikowanych drogach jego rozwiązania, dla jak największej ilości czujących istot; gdy fałszywe szły w barokowe rozbudowywanie i komplikowanie doktryny, albo typowe teologie, chętnie zamykając się w wieży z kości słoniowej, lub kostniały w strukturach zorganizowanej typowej religii.
Ze wszystkich krytyk uogólnionego buddyzmu, tak naprawdę tylko jedna jest istotna w samym buddyzmie, nie jest jak inne wyłącznie zabawna i nie missuje pointa (jak np. zarzut nihilizmu). Jest to zarzut wbudowanego egoizmu czy braku uzasadnienia miłosierdzia czy miłości wewnątrz doktryn buddyjskich - bo tak w zasadzie, każdy cierpi sam i sam szuka oświecenia. I dokuczało to mocno buddystom, aż wiele z odłamów poszło po transcendencje i inne nadprzyrodzone "przekazy z umysłu" itp. mambo-dżambo, zupełnie jak u teistów. Tyle, że z punktu widzenia innych, może nie tyle lepszych, co właśnie prostszych, i nieco bardziej oświeconych w sensie buddyjskim buddyzmów, problemu nie ma, bo a) jeśli już ktoś się wyzbył cierpienia ergo pożądań, to teoretyzowanie, że może nie życzyć tego wszystkim innym istotom, wymaga założeń, że oświeceni to mocarni socjopaci b) i tak nikt rozsądny nie definiuje miłości czy miłosierdzia inaczej niż wyprowadzone z prostej empatii i oszczędnej etyki, jako "cnoty kardynalne" itp. bo jeśli próbuje je wydefiniować "logicznie", to popada w Mzimu albo w naprawdę pokręcone teologie.
Poza powyższym buddyzm jest uderzająco prosty, spójny, niewywrotny, i w zasadzie do przyjęcia - stąd bywał dość popularny. I stąd serce doktryny gdzieniegdzie obrosło w kultury i cywilizacje całe, łącznie z państwami i strukturami teokratycznymi. I nie wierzcie, że nie było walk buddyjskich, czy że nie było i nie ma naprawdę nieprzyjemnych doktryn. Bywały i bywają - taka natura lucka, że potrafi prawie wszystko zepsuć, od przykazania miłości bliźniego swego po Cztery Szlachetne Prawdy. Ale nawet te teokratyczne i państwowe buddyzmy wydają się względnie niezłe w porównaniu religii, bo serio, bardzo trudno Czterema Prawdami i Ośmioraką Ścieżką uzasadnić mordowanie kogokolwiek, szczególnie masowe, czy odbieranie praw czy mienia. A łatwo tolerancję i sponsorowanie uogólnionego rozwoju duchowego (popularny przykład - Aśoka i jego edykty). Nawet tak skostniałej formie buddyzmu jak lamaizm tybetański czy theravada, pełnymi konserwatyzmu i rytuałów, nie sposób odmówić wydawania względnie dobrych owoców, wystarczy porównać standardy moralne i światopoglądowe z innymi uber-ortodoksami, chrześcijaństwa czy islamu.
Przez wieki buddyzm rozlał się szeroko na całą Azję, od Afganistanu po Japonię. A potem ten przypływ katastrofalnie się "cofnął", może nie tyle w liczbie wyznawców (bo nadal są to setki milionów ludzi) co w strukturach społecznych i w "rozumieniu" buddyzmu przez rzesze ludzi. A Indie, skąd buddyzm wyszedł, i gdzie praktycznie zanikł, są najbardziej przykrym przykładem. I jest to moim zdaniem jeden z fundamentalnych dowodów na potrzeby prostego człowieka i naturę lucka, i że również światopoglądowo "pieniądz gorszy wypiera lepszy" - prości ludzie potrzebują prostej religii, z prostym zestawem zasad, kar i nagród, nawet i nadprzyrodzonych, i solidną hierarchią bytów i kapłanów, i WIĘCEJ NIE CHCĄ, a już na pewno nie chcą wysiłku rozwoju duchowego w medytacji, czy życia teraźniejszością, bez lubowania się przeszłością i strachu przyszłości. Stąd nowożytna krytyka religii, od Engelsa po Dawkinsa, jest jak najbardziej na miejscu, i trzeba ludzi edukować i odwracać od ciemnoty i zabobonu, umocowanego teistycznie i transcendentalnie. Tylko, przyjacielu oświecony ateisto czy inny nabuzowany testosteronem feministo, weź mnie zamieć na oddzielną kupkę, bo buddyzmy, przynajmniej głównonurtowe, o chan/zen nie mówiąc, nie leżą nawet w pobliżu "niebezpiecznego nonsensu, który uczy wrogości wobec innych ludzi" czy "dostarczają przedmiotów czci" itp.
I tak przeszedłem do współczesności. Buddyzm importowano nowożytnie na Zachód ok 70 lat temu, bardziej serio 30-40 lat temu. Importowano cały kalejdoskop sekt, odmian, plus natychmiast upichcono własne kuchenne buddyzmy i mieszanki new age. Stąd nie mam za złe przeciętnemu lajkonikowi, szczególniej w PL, że nie odróżnia Hare Kriszna od lamaizmu (no w końcu wszyscy łysi i w pomarańczu/żółci) czy theravady od zen (coś jak nie odróżniać prawosławia od kwakrów), czy uważa, że jak lama ma wykład, to pewnie skok na kasę (no bo proboszcz dobrodziej tak by skoczył) - takie miejsce i czas. Albo że ktoś wyciąga marudzenia Buddy sprzed 2500 lat na charakterki kobiet w sangha (zgromadzeniu mnichów) tak jakoś zupełnie ignorując, że innym religiom zajęło umocowanie religijności kobiet parę wieków minimum, a wspaniałej nowożytności danie im praw zajęło ok 100 lat (i końca nie widać) - kiedy Budda, ten okropny mizogin i szowinistyczna męska świnia, umocował kobiety w sangha jeszcze za swojego życia, w wedyjskich Indiach; co było tylko nieco łatwiejsze niż zrobić od jutra świętych obcowanie i powszechne rozbrojenie. Ale kogo obchodzą szczegóły z historii, kiedy ideologia woła...
Na koniec nieśmiało zauważę, że buddyzm ma jedną ciekawą cechę wartą zapamiętania, szczególnie widoczną w nowożytnym zderzeniu z Zachodem - jest to dziwna elastyczność i ten pragmatyzm, do którego uśmiecha się Budda sprzed 2500 lat. Tak, buddyści też mają sekty i mają głupie kłótnie o hierarchie i linie przekazu ducha, i kto kogo przed 300 laty pogonił z takiej czy owakiej świątyni. Ale, poza zupełnymi ortodoksami, mają też niespotykaną elastyczność, np. uznawano samozwańczych lamów z zachodu (już widzę, jak Watykan uznaje nieumocowanego gościa z Korei, który przychodzi i mówi "hej, nauczam po waszemu, to co, jestem księdzem?"), odrzucano różne regułki i doktryny, jeśli były niezgodne z nauką czy lepszą wiedzą (w tym temacie miszczem jest Dalajlama), a mnóstwo dylematów pierwszego świata zbywano "dzieci Zachodu są bardzo dziwne" co się tłumaczy na "meh".
Ogólnie większość "zachodnich" buddystów jest pragmatyczna, nastawiona na teraźniejszość, pozytywnie asertywna, i poszukująca dobra i piękna w duchowości - stąd jedną z głównych metazasad jest stare "po owocach ich poznacie". I dlatego choć czasem trudno się rozeznać, czy iść za Hardcore Zen (dobrze! ;) ) czy za Big Mind (źle! ;) ), bo za tymi i owymi ludzie idą, fundacje stawiają im granty, ludzie fundują wykłady i tournee; już nawet o tych umocowanych w tradycyjnych szkołach i odłamach nie mówiąc - wystarczy przyjąć podstawowe prawdy i zasady buddyzmu, i pomedytować i wyciszyć się trochę, a owoce same przyjdą. Trafienie na dobrego lamę czy senseia pomaga oczywiście, ale nie szkodzi jeśli trafi się na słabego, czy w ogóle nie trafi się na żadnego. Gdyż, jak mało kto pamięta, to sam Budda powiedział, że nie będzie miał następcy, i kazał Anandzie zapamiętać kazania i przekazać je nam - widocznie jego zdaniem właściwe słowa i światopogląd wystarczą.
(kiedyś będzie druga część, o zen i bardziej konkretna, ale to bardzo kiedyś)