Sam nie wierzę, że ostatnia notka z cyklu "marynata" była prawie rok temu... Spróbujmy to naprawić, w dość tradycyjnym temacie "etos Royal Navy na przekroju przez ludzi i technikę". Plus pod pretekstem "byliśmy tam!", czyli po szkocku.

Sir Frederick Hew George Dalrymple-Hamilton urodził się 27 marca 1890, w znanej i ustosunkowanej rodzinie szkockiej arystokracji. Główna linia Dalrymple-Hamilton ma tytuł Earl of Stair, obecny earl ma numerek 14, "od zawsze" pomieszkiwali i posiadali włościa w Ayrshire ("bywaliśmy tam!", to jest na południe od Glasgow, okolice Prestwick z portem lotniczym; Stair jest wioską, ale cała okolica jest "ich", np. można znaleźć wioskę Dalrymple na południe od Prestwick). W XVIIw. wyszli z malutkiej arystokracji, czy może raczej "nobility" (w sensie klanowo-terenowym) szkockiej na "ludzi oświecenia"; w zasadzie edukacją, pracą i dużą ilością dobrze wżenionych potomków doszli do wysokich funkcji politycznych i społecznych. Mają na składzie sporo prawników, lekarzy, oficerów i nauczycieli-akademików, przeważnie wydających się rozsądnymi, w porównaniu z
czubami angielskiej czy szkockiej arystokracji; nawet sir Walter Scott kiedyś zauważył, że ta rodzina jest nieco wyższej jakości niż typowa arystokracja.
Sir Frederick nie miał tytułu (starszy brat odziedziczył), oczywiście w 5 czy 6 pokoleniu arystokracji "nic nie musiał", ale zapisał się do Royal Navy w 1905r. Awansował zgodnie ze starszeństwem i normalnym tempem we flocie. Porucznika dostał w 1911, pod koniec pierwszej wojny dowodził niszczycielami, był kompetentny i "na miejscu".
W międzywojniu dowodził jako oficer na niszczycielach i niszczycielach-liderach (takich większych, dowodzących eskadrami), brał urlopy, robił studia oficerskie, jego kariera była bardzo normalna. Ale był na tyle kompetentny i popularny, że w 1936 miał już rangę kapitana (w wersji angielskiej, czyli wyżej niż komandora, następne są stopnie admiralskie) i administrował Royal Naval College, Dartmouth, czyli ówczesną główną uczelnią Royal Navy.
Jego domem był rodowy Clady House w wiosce Cairnryan na wybrzeżu południowo-zachodniej Szkocji. Obecnie po dawnym domu nie ma śladu, w tym miejscu są bramki wjazdowe terminali promów P&O, "byliśmy tam!" (chociaż po prawdzie znacznie częściej pływaliśmy do/z Irlandii promami Stenaline, terminal nieco obok, na północnym skraju Cairnryan). A nowszy dwór High Clady House nadal istnieje, nieco dalej na wschód od centrum wsi, zamaskowany w starodrzewie.
Po wybuchu II wojny światowej, w listopadzie 1939, doświadczony kapitan sir Dalrymple-Hamilton dostał do dowodzenia pancernik HMS Rodney.
Czas na kilka "maluśkich" dygresji:
1) Awanse, awanse
Zawsze ciekawe są różnice w kulturze organizacji, wyrażone w warunkach i drabinkach promocji wewnętrznych. Na przykładzie powołania kapitana sir Dalrymple-Hamiltona można ilustrować dwa diametralne różne podejścia flot w temacie.
Na przykład US Navy miała (i bodaj nadal ma) podejście "jeśli ktoś ma dowodzić kolosalnym okrętem pierwszoliniowym, z tysiącami ludzi, to musi mieć kolosalną praktykę na takich okrętach". Żeby dostać w USN w dowodzenie lotniskowiec czy kiedyś pancernik, trzeba było nie tylko spełnić wyśrubowane standardy, ale też mieć wieloletnią praktykę jako zastępca dowódcy dużego okrętu, albo przynajmniej szef jakiegoś kluczowego działu, najlepiej na kilku okrętach i znać wszystko bardzo porządnie "od zaplecza".
Na przykład w Royal Navy podejście było nieco inne - oczywiście znajomość wielkich skomplikowanych okrętów i ich działów, i całego zaplecza była mile widziana, ale RN szukała raczej dowódców, taktyków, liderów, a nie "dyrektorów lotniskowców". Stąd nie wzdragano się przed promocjami obiecującego kompetentnego oficera na kapitana pancernika czy lotniskowca, chociaż w zasadzie nigdy nie dowodził niczym większym niż parę niszczycieli, czy lekki krążownik. Uważano, że jeśli udowodnił, że umie w taktykę, w zarządzanie ludźmi, w łączność i dowodzenie, to resztę ogarnie, no i po to ma na wielkim okręcie kompetentny sztab oficerów i podoficerów. Że ważniejsze mieć sprawdzonego lidera-dowódcę z inicjatywą, niż kompetentnego administratora.
Trudno powiedzieć, które podejście jest lepsze, na pewno "amerykańskie" ma sens w czasie pokoju, czy prawie-pokoju, w czasach przesycenia okrętów techniką. Ale podejście "angielskie" dawało czasem "od ręki" fenomenalnych dowódców ciężkich okrętów i ich zespołów, bez lat praktyki wojennej, czasem bardzo kosztownej... No, czasem dawało katastrofę, jeśli wybrany dowódca nie był aż tak kompetentny, jak się wydawał, ale raczej rzadko.
Rysunek HMS Nelson, wersja sporo przed II wojną (mały samolot na środku, mało dział przeciwlotniczych, brak radarów) 2) Spod jakiego kamienia wydłubano HMS Rodney
Pancerniki Nelson i Rodney zostały zaprojektowane we wczesnych latach '20, w realiach właśnie zawieranego Traktatu Waszyngtońskiego o ograniczeniu zbrojeń morskich (1922). Były to jedyne pancerniki brytyjskie zbudowane między I wojną a fazą "dozbrajania" UK pod koniec lat '30, kiedy na traktaty morskie już mało kto się oglądał (a na pewno nie Niemcy, Japończycy czy Włosi). Z powodu traktatów, dziur budżetowych (Wielka Depresja) oraz ogólnych wątpliwości co do sensu budowy pancerników, powinny mieć przystawiony wielki stempel "KOMPROMIS".
"Torpedo room" Rodneya, całkiem spore "rybki". Ale najciekawsza jest fryzura marynarza na środku, możecie gen.Z czy alpha pokazać, że fryz "na brokuł" był już jakieś 90 lat temu...W skrócie, w 200m długości i 35000 ton wyporności nominału (w zasadzie, prawdziwego) upchnięto nadludzkim wysiłkiem w miarę solidne opancerzenie, potężne działa 16" czyli 406mm (
które miały być solidne, ale nie do końca wyszło) oraz w teorii wszystko, co powinien mieć pierwszoliniowy pancernik w latach '20 XXw. Wystarczyło nawet na unikalne ciężkie torpedy 24.5" / 622mm (podwójna wyrzutnia wbudowana w dziób), choć na wielkich okrętach właśnie wtedy zarzucono torpedy. Na co nie starczyło wyporności i rozmiaru, to na adekwatny napęd: okręty projektowano dla "spacerowej" prędkości 23 węzłów, co dla ustalenia uwagi byłoby OK, ale pod koniec I wojny... Z powodu małej maszynowni, wzg. krótkiego kadłuba (zawsze "smuklejszy" pływa szybciej), tylko dwu śrub, itd. itp. nie dało się wydusić wiele więcej, chociaż na próbach pancerniki nieco przekroczyły prędkości projektowe. A cały osprzęt na etapie projektu i budowy odchudzano niczym w samolocie, a nie na okręcie.
Te trzy główne wieże z przodu i artyleria średnia z tyłu, to próba skrócenia tak zwanej "cytadeli pancernej", czyli głównego opancerzenia bocznego okrętu. Ale pancerniki nie były klasy "balia", kadłuby bardzo rzetelnie dopracowano hydrodynamicznie, bo było wiadomo, że w tym projekcie każdy koń mechaniczny jest cenny. I wbrew plotkom pancerniki manewrowały całkiem sprawnie, co najwyżej ta dziwna nadbudówka "za bardzo na rufie" dawała czasem efekt żagla/statecznika "na ogonie", co zaskakiwało sterników itp. bo symetryczne okręty tak nie mają.
Przez tę wieżę dowodzenia klasy "kamienica", wtedy niecodzienną, i zgrupowanie nadbudówek na rufie, jak w jakimś kapciu-drobnicowcu, miały ksywki "Nelsol" i "Rodnol" pochodzące od tankowców ("-ol", "oil", np. RN używała serii tankowców floty z nazwami zaczynającymi się na "Ol-", Oleander, itd)
Skądinąd pierwszy HMS Nelson był nieco solidniej zbudowany i nieco modernizowany. HMS Rodney był "młodszym bratem", którego próbowano jeszcze bardziej odchudzić w budowie, i dla którego nigdy nie starczało pieniędzy na modernizacje.
Wracając do naszego szkockiego człowieka na Rodneyu: jak kiedyś opisał sir Frederica
jutuber-historyk Drachinifel, kariera Dalrymple-Hamiltona wyglądała mniej więcej tak: niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, niszczyciel, eskadra niszczycieli, szkoła, "O! DALI MI WIELKI NISZCZYCIEL!". I mamy tu na myśli pancernik HMS Rodney.
Żebyśmy się rozumieli, w 1940 nieco zaniedbany, niemodernizowany, odchudzony pancernik mający prawie 20 lat. Ale nadal potężny, w końcu RN nie miała wtedy większych dział w służbie niż 16" Nelsona i Rodneya.
Początek wojny zszedł na ganianiu widm albo i prawdziwych niemieckich ciężkich rajderów (które, mogąc rozwijać prędkości rzędu 30 węzłów, bez problemu odrywały się od starszych brytyjskich pancerników - żółwików, jak Rodney); na jakichś operacjach na M.Północnym aż po Islandię, zdarzyło się jakieś trafienie bombą, konwoje atlantyckie, a nawet okazyjne przejęcie roli flagowca RN kiedy Nelson poszedł do remontu po wejściu na minę. I tak dalej, i temu podobne.
Okręt przechodził tylko minimalne remonty i modernizacje (ale radary dostał), w początku 1941 roku rozsypywał się już tak bardzo, że w 22 maja 1941 wypłynął do USA, w pierwszym odcinku razem z czterema niszczycielami jako eskorta wielkiego transportowego MS Britannic, do Halifaxu w Kanadzie, ale potem miał płynąć do Bostonu na remont kapitalny. Miał na pokładzie nieco ponad 500 wojskowych-pasażerów i trochę materiałów dla planowanego remontu.
Rano 24 maja hitlerowski pancernik Bismarck
zatopił HMS Hood i wyrwał się na Atlantyk.
Admiralicja wydała rozkazy, w duchu stwierdzenia W.Churchilla, że pancerniki mają Bismarcka dopaść, za wszelką cenę, choćby je przyszło potem holować do portów z braku paliwa, pod nalotami.
W ćwiartce planety wszystkie ciężkie okręty Royal Navy ocknęły się, turbiny ryknęły, i stalowe dinozaury ruszyły na północny Atlantyk.
Między innymi sir Frederick zawrócił na pełnej k... swoim "wielkim niszczycielem" i z eskortą trzech normalnych niszczycieli pożeglował na przechwycenie Niemców. Po utraceniu kontaktu z Bismarckiem przez krążownik Suffolk 25 maja rano i zakładając, po dyskusji ze swoim sztabem, że niemiecki okręt będzie zawracał do północnej Francji albo nawet do zachodniej, czy Hiszpanii (Biskaja), a ganianie się zdezelowanym Rodneyem za o parę węzłów szybszym przeciwnikiem na oceanie i tak nie ma sensu, wykreślił kurs i wdeptał pedał gazu, metaforycznie rzecz ujmując.
W wielu wiarygodnych relacjach Rodney przekroczył prędkość projektową o 2 węzły. Dla niezorientowanych, każdy 1km/h ponad maksymalną prędkość tak wysilonych maszynowni i wielkich okrętów wymaga kolejnych TYSIĘCY koni mechanicznych, to są zależności nieliniowe (kto próbował na autobahnie dojść do prędkości maksymalnej samochodu, ten nieco wie, jak to wygląda). Nawet przy ekstra dopracowanym kadłubie można szacować, że Rodney musiał rozwijać około 10% więcej mocy niż projektowy max, blisko 50tys KM zamiast 45tys KM. Przy maszynowni do remontu...
Pod pokładem było piekło, w niektórych relacjach: ludzie mdleli z przegrzania, ale bardziej przejmowano się urządzeniami niż ludźmi - zlewano maszynownię wodą zaburtową dla schłodzenia, aby tylko w balansie do turbopomp zęzowych, odwadniajacych, tj. żeby okrętu nie zatopić. Wibracja okrętu od zużytych wałów, i w ciężkiej pogodzie i pędzie, powodowała wyrywanie nitów konstrukcji, gięły się blachy poszycia. Naprawiano "w locie" rozsypujący się osprzęt, kotłownie.
Zajeżdżając maszynownię do reszty, totalnie w etosie Royal Navy, sir Frederick robił nie tyle to, "za co mu płacono" czy kazano, ale co uważał za słuszne. Kiedy 25 maja głównodowodzący admirał Tovey, na zespole pancernika King George V, po złym odczytaniu meldunków od Admiralicji co do pozycji Bismarcka, poszedł błędnie na północny zachód, Dalrymple-Hamilton zignorował go, wiedział, że i tak nie zdąży na środek Atlantyku.
Kiedy parł nadal na południowy wschód, w stronę Francji i St. Nazaire, o 14:30 25 maja dostał bezpośredni rozkaz, żeby zawracał na północny wschód. Zignorował Admiralicję do 16:20, w końcu zawrócił jak mu kazali.
Miał całkowitą rację i dobrze planował przechwycenie, gdyż gdzieś w tym czasie minął się z Bismarckiem o około 25 mil, byli zaraz poza horyzontem wobec siebie, nie zauważyli się w kiepskiej pogodzie. Mogło dojść do ciekawej bitwy, nieco zdezdelowanego maksymalnie zmotywowanego Rodneya, z jeszcze prawie-nieuszkodzonym, jeszcze jako-tako zmotywowanym Bismarckiem. Ale nie doszło.
Kiedy do godziny 21 sir Frederick nie zauważył Bismarcka, zawrócił prosto na Brest, bo tak czy owak nie miał prędkości ani paliwa, żeby robić kółka na oceanie (admirał Tovey właśnie gnał z powrotem na pd-wsch, po skorygowaniu raportów i meldunków).
26 maja dopadły Bismarcka samoloty lotniskowca Ark Royal, uszkodzenia sterów i drobiazgów spowolniły Niemców, w nocy zaatakowały ich niszczyciele (m.in. ORP Piorun). Zespół Rodneya połączył się z zespołem King George V, i z ciężkimi krążownikami Norfolk i Dorsetshire. Tovey mając pewność, że Niemcy już nie są w stanie uciec, doczekał do rana, żeby sprawnie rozpieprzyć Bismarcka.
Maszynownia Rodneya była w takim stanie po dwu dobach pościgu, że gdzieś w tej okolicy padł słynny komentarz od sir Darlymple-Hamiltona do Toveya "WASZE 22 WĘZŁY WYDAJĄ SIĘ ZNACZNIE SZYBSZE NIŻ NASZE", bo jego pancernik nie nadążał za flagowcem. Podobno przydały się zapasowe części (rury) przeznaczone do remontu, oraz przydał się malutki marynarz Scott Nesbit, którego, po zawinięciu w szmaty i polaniu wodą, żeby się nie ugotował za szybko, wsadzano do ledwo odstawionych i gorących kotłów, żeby łatał przecieki i zaślepiał rurki wodno-parowe (technicznie, to były kotły kiedyś na parę zwykłą, przerobione na parę przegrzaną, co niosło dużo problemów i przecieków, ale mam wrażenie, że może dawało też niezły dostęp do bebechów kotłów). Cały czas naprawiano maszynownię, także w trakcie finałowej bitwy z Bismarckiem.
HMS Rodney i dym po jego salwie centralnie, Bismarck to ta chmura dymu na horyzoncieRodney dostrzegł niemiecki pancernik o 08:44 i otwarł ogień trzy minuty później, z odległości około 21400m. Niemcy odpowiedzieli po chwili, celując w niego, jako w groźniejszego przeciwnika, niż słabiej uzbrojony King George V (10 solidnych dział, ale jednak 14" a nie 16"). Bismarck nawet obramował Rodneya, ale poza uszkodzeniami od odłamków nie było trafień po tej stronie.
W jakieś pół godziny Brytyjskie pancerniki rozstrzelały Niemców (
miałem o tym notkę), pod koniec Rodney strzelał z odległości 2700m, dla dział 16 cali to jest coś takiego, jakby zawodowiec strzelał do was z pistoletu, przez pokój, magazynek za magazynkiem. Podmuch własnych dział, szczególnie strzelających ponad dziobem, na Rodneyu zniszczył deskowania pokładów, trochę wgniótł konstrukcje, uszkodził różne rzeczy i instalacje mocowane pod pokładami.
W końcówce bitwy Rodney wystrzelił dwie cieżkie torpedy z dziobowych wyrzutni, być może jedna trafiła. Tak czy owak była to na pewno jedyna w historii próba storpedowania pancernika przez pancernik.
Na zdjęciu to akurat nie Boston Navy Yard a wymiana luf w Birkenhead, 1942, ale daje pojęcie jak to wyglądałoPo bitwie Rodney poszedł po paliwo, amunicję i zapasy do Greenock (byliśmy tam! nie raz), po czym zgodnie z poprzednim planem do Ameryki, znowu jako eskorta a w końcu do Bostonu na podwójnie zasłużony remont.
W czasie wielomiesięcznego remontu sir Dalrymple-Hamilton awansował na kontradmirała, po małym urlopie przeszedł na stanowiska sztabowe, chociaż pod koniec II wojny załapał się na dowodzenie 10 eskadrą krążowników (na HMS Belfast, okręt-muzeum w Londynie) i jako wiceadmirał objął stanowisko zastępcy dowódcy Home Fleet. Na emeryturę przeszedł w 1950, dożył 1974, z tego co wiem, głównie w Szkocji, w Ayrshire.
HMS Rodney sypał się pomimo remontów, ale nadal dzielnie walczył na morzach wkoło Europy, na Morzu Śródziemnym (m.in. w słynnej koszmarnej Operation Pedestal...), ostrzeliwał Niemców przy lądowaniu w Normandii i później w różnych zakamarkach wybrzeża M.Północnego.
Skądinąd, trafiłem na ciekawostkę z tego okresu, też wpisującą się w dyskusje o etosie RN - w ostrzeliwaniu celów przy zdobywaniu Caen, Rodney przekroczył maksymalny zasięg swoich wielkich 16 calowych dział... Kiedy na to wpadłem miałem WTF?? bo to wydaje się jeszcze trudniejsze niż przeciążenie maszynowni 10%, w zasadzie niemożliwe. Na co kapitan Robert Oliver FitzRoy odpowiada ponad 80 lat temu "potrzymaj mi gin...". Otóż przepompowano paliwo na jedną stronę pancernika, żeby przechył kadłuba podniósł lufy skierowane na drugą burtę te parę stopni wyżej, i można było sięgnąć parę kilometrów dalej.
Po kampanii u północnych wybrzeży Francji, Belgii i Holandii bardzo zdezelowany HMS Rodney jeszcze popłynął z konwojem do Murmańska, jeszcze (znowu) został flagowcem Home Fleet, jeszcze odwiedziła go cała rodzina królewska, jeszcze przepłynął ze Scapa Flow do Portsmouth o własnych siłach. Ale był już złomem naprawdę nie bardzo nadającym się do pływania, w 1948 w końcu poszedł na złom rzeczywisty.
Może podsumowaniem etosu nowożytnych marynarzy, ujeżdżających trudne do zajechania maszyny, ale nadal w jakimś absurdalnym etosie średniowiecznych wojowników, niech będzie anegdota z ostatniej bitwy Bismarcka: według wszelkich znaków na niebie, ziemi i w kwitach z pralni, w bitwie morskiej tysięcy ludzi była tylko jedna para ojciec-syn.
Oczywiście, był to sir Frederick Hew George Darlymple-Hamilton, i jego syn, sir North Edward Frederick Dalrymple-Hamilton, "młody" był na stanowisku dalmierzy - celowników pancernika King George V (skądinąd przyszły kapitan Royal Navy, spoko kariera, zmarł w 2014).
Jak rzekł szkocki tatuś do synka po bitwie "Masz szczęście, że zobaczyłeś takie widowisko po zaledwie 18 miesiącach służby w Navy - ja musiałem czekać 35 lat!".
(zdjęcia via Wikipedia, ale chyba wszystkie z kolekcji Imperial War Museum)
Widok z HMS Rodney przy Firth of Forth, Forth Bridge, 1940. Byliśmy tam!