... czyli sygnalizowana notka w temacie strategii i taktyki naszych przeprowadzek, w jakimś nieco szerszym kontekście psychologicznym, i tego, co nowożytny biznes i inżynieria społeczna nazywa "change management". Bo chyba taki jest kontekst, gdyż nie idzie przecież o byle przeprowadzkę w nowe miejsce, czy nowy kraj, ale też o wszelkie poważne zmiany życiowe.
Wstępnie, albo kiedy próbuję w paru zdaniach wytłumaczyć komuś, co ja/my znowu odp...my, czasem przytaczam cytat ze starej, ale zawsze aktualnej piosenki (aktualnej przynajmniej dopóki ludzie są tzw. ludźmi):
Muszę robić to co robię
Robię to co chcę
I nawet się nie staraj
Zatrzymać mnie
... i zachęcam do przemyślenia go (to jest z
"Nie pytaj mnie" Tomka Lipińskiego). Gdyż moim zdaniem w skrócie i "poetycko" nieźle oddaje bardzo ogólne nastawienie moje, żony też, pewnie naszych dzieci również, do wielu tzw. zagadnień, czy problemów. Oczywiście, można go przyłożyć do dowolnego socjopaty, który na nic i nikogo się nie ogląda, i też będzie doskonale pasował, ale mój punkt jest taki, że tak naprawdę można go przyłożyć do KAŻDEGO, tak naprawdę wszyscy ludzie działają w ramach tego cytatu tylko a) mają bardzo różne granice, tego "co chcą" b) mają bardzo różną wolę związaną z "muszę" c) "zatrzymują" ich zupełnie różne poziomy przeciwności, zarówno w sensie realnych przeciwności, jak i obaw d) a szczególnie generowanych przez innych ludzi, którzy "starają się" zatrzymać ich.
Skąd się te różnice biorą? Pewnie trochę geny, ale bardziej wychowanie, i to raczej te wczesne, przedszkolno - podstawówkowe. Czyli zasługa, albo porażka, zależy dla kogo ten wywiad, rodziców i wychowawców, w temacie zbiegu kreatywności, woli, racjonalności i non-konformizmu. Bo to są chyba cztery zakresy odpowiadające powyższemu cytatowi i w temacie "dużych" decyzji życiowych.
Co do naszych przeprowadzek międzynarodowych (bo krajowe były ogólnie trywialno-pragmatyczne, choć i tak budziły kontrowersje w otoczeniu...) pierwotna "kreatywna" idea była i jest taka, że nie podoba nam się miejsce, gdzie jesteśmy, choć w średnim wieku już niby wszystko jest OK i "ustawione" oraz, że gdzieś indziej jest fajniej i będzie nam lepiej. Czyli bardzo trywialne "trawa tutaj jakoś słaba, a tam bardziej zielona".
Zagnieżdżenie idei było ułatwione przez to, że patriotyzmy, nacjonalizmy, szowinizmy i różne inne -izmy generalnie nam wiszą, a socjalizacja to nie jest nasze drugie imię (takie wychowanie!). A nasze drugie imię to raczej "non-konformizm", stąd cytowane "i nawet się nie staraj / zatrzymać mnie" jw. jest dość istotne, gdyż obawy, uwagi i komentarze, rodziny czy znajomych itp. w dyskutowanym temacie, jak i w wielu innych, przeważnie spływają po nas (takie wychowanie!).
Zagnieżdżenie ułatwione też kolosalnie przez to, że dopad(a)ł nas tzw. kryzys wieku średniego, czyli "wolność", czyli zwiększenie możliwości i zasobów, po akumulacji socjoekonomicznej przez dekady i odchowaniu dzieci. Emigracja była ciekawym kolejnym wyzwaniem, a lubimy wyzwania (takie wychowanie! także wzajemne, w małżeństwie...).
Następna warstwa "kreatywności" czy idei w temacie, to "dokąd?". I tu ewidentnie mamy mieszankę emocji i uczuć, z racjonalnymi wyborami i wywiadem. Jasne, że pierwsze przesortowanie idzie po normalnych racjonalnych czynnikach, typu koszt dotarcia, koszta lokalne, możliwości pracy czy mieszkaniowe, względna jakość życia oferowana przez daną krainę, odległość od Rosji, stabilność sejsmiczna itp. Ale z danej puli wybierzemy raczej te krainy, do których mamy stosunek emocjonalny, czy złudzenia uczuć (szczególnie - po jakimś rekonesansie), niż te, które ściśle racjonalnie są "na papierze" lepsze, ale wiszą nam kalafiorem.
Tłumacząc na przykładach, przy pierwszej emigracji, na krótkiej liście, wyznaczanej głównie przez ekonomię i język angielski, była Skandynawia (z mocnym wskazaniem Danii, aż po zupełny sponsoring przez pracodawcę!), Irlandia, Szkocja. Odpadły, a raczej nie znalazły się na liście, jakieś Niemcy, Francja, Szwajcaria czy południe EU. Danię znałem nieźle po 13 latach pracy dla duńskiego semi-korpo i bardzo bardzo kusiła, ale w ostatniej chwili odpadła, gdyż może ZA DOBRZE ją poznałem; mogłem też tę wiedzę interpolować na Szwecję, Norwegię czy Finlandię, a do całej Skandynawii stosunek emocjonalny mieliśmy w przybliżeniu żaden. Stąd - Irlandia i Szkocja, były nam równie miłe duchowo, ale Irlandia ok. 2012 jeszcze była na kolanach po kryzysie 2008, więc raczej: Szkocja.
Szkocja, gdyż gaelic (stąd najpierw córka wylądowała na uniwerku Aberdeen), klany i historia twardych górali,
muzyka kobziana, tysiąc lochów i górek, sienkiewiczowski Ketling oraz
"Nieśmiertelny", kraina doświadczona przez los i sąsiadów. A nie np. Anglia i Anglicy, którzy nam mentalnie fuj, czy Walia, która nam wtedy robiła "meh".
Kiedy City londyńskie brexitem zepsuło nam Szkocję, zaraz sięgnęliśmy po rezerwową bramkę nr 2, czyli Irlandię.
Irlandia, czyli nadal gaelic, neolity i Celtowie, Szmaragdowa Wyspa, historia pod każdym kamieniem, krzyżem i tysiące zamków do tego; najlepszy etnofolk świata, Enya i Riverdance; najmilsi i zsocjalizowani ludzie, przynajmniej z wierzchu; mity celtyckie i
"Kocham cię jak Irlandię"; kraina doświadczona przez los i sąsiadów.
Kiedy globalizacja i ekonomia "zepsuła" nam kosztami i nieogarem ludzkim Irlandię, z żartów o ciepłych krajach zrobiło się nagle serio "Zielona Wyspa nie jest aż tak bardzo zielona, poszukajmy niskokosztowej trawy na południu, w milszym klimacie". Na krótkiej liście wylądowały Portugalia, Malta i Grecja. Do Portugali nasz stosunek emocjonalny wynosi w przybliżeniu zero, Malta to w zasadzie miasto i jedyne emocje to nieco historii, szczególnie IIWW, plus bonusowy język angielski urzędowy. Czyli Grecja? Hej, a może coś z wysp? Korfu? (
"Moja rodzina i inne zwierzęta"!) A MOŻE KRETA?!
Bo Kreta to oczywiście
historia bliska naszemu serduszku, na maxa hej, przez jakieś 4000 lat, na każdym kroku; twardzi górale, nieco inni niż Grecy kontynentalni; wspaniała natura, góry z widokiem na morze; świetne jedzenie i "Grek Zorba" N.Kazantzakisa; kraina doświadczona przez los i sąsiadów.
Dygresja - da się zauważyć, że wzrasta nasza tolerancja na obce języki i sejsmikę, w miarę wzrostu zasobów i doświadczenia w temacie emigracyjnym. Oraz drastycznie skraca się czas decyzji i wykonu, powiedzmy z miesięcy do tygodni... Ale to chyba normalne, "obycie definiuje życie". Oraz ciekawe, gdzie możemy dojść tą naszą racjonalno-emocjonalną ścieżką, i dlaczego właśnie do Japonii... Ale niekoniecznie życia i monetek wystarczy.
Po ustaleniu "dokąd?" i decyzji, wystarczy mieć nieco banknotów i woli, i wdrażać najogólniejszą zasadę inżynierii, tj. "uzgadniamy niezadowalający stan istniejący, ze stanem pożądanym", w sensie rekonesansu, planu i wykonania (w duchu prawdziwego "change management", a nie korpościemy, czy masowania spanikowanej trzody przez HR). W tym uzgadnianiu jesteśmy chyba nieźli, a nawet jest to nasza Prawdziwa Natura (TM), pewnie moja najbardziej...
I tyle.
Czy przeprowadzki międzynarodowe są łatwe? Różnie bywa, rzecz jasna.
Czy wszędzie jest "tak samo"? Oczywiście, że nie; nie przeprowadzalibyśmy się, gdyby było "tak samo".
Dlaczego nie zachowujemy się jak "normalni ludzie", tj. czemu nie zacisnąć zęby, osiedlić się i harować "w najlepszym możliwym" kraju, a do tych innych jeździć tylko na wycieczki? Ale dlaczego właściwie mielibyśmy zaciskać zęby i znosić to, co zastane, kiedy są znacznie "głębsze" możliwości zwiedzania interesujących nas miejsc tego świata?
Ile kosztuje wolność i mobilność? Niby wielostronnie "tanio nie jest", ale z drugiej strony taniej niż budowanie sobie domów, firm czy biznesów, w dowolnym dyskutowanym kraju. Na razie - dajemy radę.