NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2025-11-09, niedziela
Tagi:  triptrop, Hellas, varia     
___________________________________

1.

Względnie suche i długie (acz bez ekstremalnie wysokich temperatur) tegoroczne kreteńskie lato w zasadzie skończyło się, mamy piękną jesień. Około tydzień temu przyszły pierwsze jesienno-zimowe burze, nieźle zlały nasze okolice, podlały rośliny.

Część delikatniejszych drzew i krzaków żółknie albo już zgubiła liście, ale większość jeszcze trzyma zieleń (a część jest zimozielona). Jakby pchają się do domu zwierzaki, ten gekon ze zdjęcia był wcześniej, ale ostatnio są też ślady myszy (nigdy ich wcześniej nie zauważyliśmy).

Ostatnio kierunek wiatrów (najistotniejszy dla zimowej pogody na Krecie, wiatry z północy równa się zima) obrócił się na południowy, więc wróciło prawie lato, sporo ponad 20 stopni, piękna pogoda, trochę chmurek.

2.

Wybraliśmy się wczoraj (08-11-25) na wycieszkę, powiedzmy na zamknięcie sezonu (bo tu naprawdę zamykają się muzea, knajpy czy wykopaliska na zimę) - w końcu objechaliśmy w koło "nasz" masyw Psiloritis, czyli Idy, pod którym mieszkamy. Plan był, żeby mniejszymi drogami, względnie blisko gór, w kierunku wskazówek zegara; czyli od naszej wschodniej strony, potem od południa, potem przez wielką dolinę Amari, do Retymno, i po obiedzie szybszy powrót większymi drogami do domu.

Zaros LakeStaw zwany jeziorem ZarosNa początek wpadliśmy na jezioro Zaros, dosyć znany punkt turystyczny, także miejscowi mają go w poważaniu. Ale jak kiedyś zauważyła nasza landlejdi "Dla was byłby pewnie śmieszny". Miała rację. Około stumetrowy staw, pod niedużą górką, pełen ryb i kaczek, to nie było bardzo imponujące. A jeszcze okazało się, że to zalew z '80 jakiegoś starego bagienka, myśleliśmy, że estyma lokalna wynika z jakiejś unikalności geologiczno-hydrograficznej, ale i to nie... Jedyne co dobre, to kawa i ciastko (i że knajpka była otwarta) oraz zapewne niezłe miejsce startu jeśli ktoś uprawia trekking po górkach, ale to nie my.


Paximadia IslandWyspa Paksimadia z wysokości górPotem pojechaliśmy na zachód i na północny zachód, objeżdżając masyw. Ogólnie, widoki wszędzie zacne, na południe aż po morze, wybrzeże w okolicach Matali czy wyspę Paksimadia (na zdjęciu).

I tu nastąpiła nagła zmiana tematu oraz okazaliśmy się misiami o bardzo małych rozumkach, stąd dygresja:

Nagle zza zakrętu wynurzyła się blokada-kontrola policyjna, jakieś trzysta metrów przed kolejną wioską uwieszoną zbocza beskidu średniego, na tle masywu 2400m. Zdziwiliśmy się, bo duże stężenie "kominarzy" to rzecz na drogach Krety niecodzienna (BTW w Irlandii znacznie częściej spotykana), ale już po sekundach pierdolnęliśmy się wirtualnie sztachetą w czoło, gdyż przeoczyliśmy, że właśnie dojeżdżamy do wioski Vorizia, gdzie tydzień wcześniej była poważna strzelanina - skutek wróżd rodzinnych w stylu kreteńskim, czyli po latach konfliktów w końcu z wysadzeniem bomby, po czym zderzeniem rodzin we wsi, w sumie na jakieś 2000 naboi do kałachów, 10 rannych i 2 trupy.

Pojazdy trzepano na blokadzie całkiem solidnie, ale przed nami i za nami, bo kiedy okazało się, że jesteśmy Polaczkami o bardzo małych rozumkach, którzy wybrali się turystycznie na post-strzelaninę, VANEM TRANSPORTEREM na polskiej rejestracji, antyterroryści machnęli na nas ręką i puścili; tylko zajrzeli przez szyby, że mamy PRAWIE pustą budę. Z jednej strony, uff i miło, z drugiej cholernie niefrasobliwie, bo to absurdalne ile broni, amunicji i materiałów wybuchowych dałoby się upchnąć w takim pozornie pustym vanie... Ale może to nasze poczciwe zafrasowane polskie ryje dały znak-sygnał, że nie jesteśmy zływrogami; mam wrażenie, że np. albańskiej pary w vanie na albańskich numerach nikt nie przepuściłby tak lekko.

We wsi była z jednej strony żałoba, z drugiej spory nalot dziennikarzy czy pseudo-dziennikarzy, nadal podgrzewających kontent, bo zdaje się część biorących udział w starciu poddała się policji parę dni temu, za innymi pościg trwa, dochodzenia też, a temat oczywiście jest nośny. Nie żeby do rozwiązania, moim zdaniem potrzeba najpierw paru pokoleń względnego spokoju i dobrobytu (czego tu nie było i nie ma), ale cóż, władza musi udawać, że włada Kretą, producenci kontentu muszą produkować.

Mountain KedrosGóra KedrosPo tym niecodziennym doświadczeniu zasuwaliśmy dalej na pn-zach, wielką śliczną doliną Amari, pomiędzy masywem Idy a pasmem górek wydających się przeciętnymi tylko na mapie. W naturze pasmo z największym szczytem Kedros (1777m) było bardziej okazałe, "niezła kubatura" jako rzekła żona.


Zatrzymaliśmy się na dłużej we wsi Platania, żeby w końcu spróbować bliżej zwiedzić któryś z wielu wąwozów w kreteńskich górach. Jest tu tego na pęczki, niektóre naprawdę kolosalne i naprawdę efektowne. Większość dość trudna dla przygodnych turystów a nawet niebezpieczna (ludzie regularnie w nich giną), bo pozornie ot, wielki ostry wąwóz, ale jakieś ścieżki, przecież nie są to wspinaczki, urwiska czy alpy. Ale: upał, bardzo strome wejścia i zejścia, zaskakujące odległości "w terenie". Poddaliśmy się po około 1/3 trasy wg planów i map, grubełki jak my nie mają szans; ale i tak było fajnie. BTW w tym roku po naszej stronie gór było widać mało orłów, nad Platania latały dziesiątki; a podobno i sępy się trafiają.

Po tej próbie trekkingu pojechaliśmy prosto do Retymno, czyli miasta (a raczej miasteczka) na północnym wybrzeżu, pośrodku 150km dystansu między większymi Heraklion i Chania. Była to któraś z kolei wizyta, więc tyle, co wpadliśmy nad morze z widokiem na góry i jedzenie.

Retymno jeszcze nie zamarło zupełnie po sezonie, jeszcze połowa knajp na bulwarach była otwarta, na plaży smażyły się jeszcze posezonowe resztki bladawców poniemieckich, czy coś w podobie. Ale już było senne i pustawe, w porównaniu z tym co wyprawia się tam w środku lata; nie przeszkodziło nam to ociumać obiad i zaraz polecieliśmy "autostradą" północną do domu.

Zakończenie sezonu uważa się za udane. Chyba, że jeszcze będą jakieś następne zakończenia; ani pogoda tutejsza, ani nasze pomysły wycieszkowe nie są przewidywalne.




Wpisz dane i komentarz:

Autor:

Hasło:

albo CAPTCHA dla niezarejestrowanych:

Nazwisko (pseudonim) autora "Lalki" 1890:

Treść:

Formatowanie: [b] pogrubienie [/b], [i] kursywa [/i], [u]podkreślenie[/u], link: URL lub [a="URL"]tekst[/a], nie używać nawiasów {} i tagów HTML. Max długość ok. 9000 znaków.


Codiac
Sun, 9 Nov 2025 15:04:35
"a nawet niebezpieczna (ludzie regularnie w nich giną)" / "a podobno i sępy się trafiają"
Unrelated? :)

"Około tydzień temu przyszły pierwsze jesienno-zimowe burze, nieźle zlały nasze okolice, podlały rośliny."
Czy to oznacza, że sezon na pożary też się skończył i możecie trochę spokojniej patrzeć na horyzont?

Spokojnego odpoczynku!

Boni avatar Boni
Sun, 9 Nov 2025 18:14:51
@Codiac

@sępy

No jednak tych turystów ginie po wąwozach o wiele za mało, żeby nawet super-odporne sępy wytrzymały. Jako sęp bardziej stawiałbym na zagubione owce, kozy, kozice itp. A bardziej serio, w ogóle nas zaskoczyło, że tu i ówdzie są sępy na Krecie, myśleliśmy, że parę rodzajów orłów to szczyt łańcucha.

@pożary

Tak, w zasadzie po ulewach pożary są już niemożliwe. BTW przejeżdżaliśmy wczoraj koło zboczy wypalonych rok temu przez tygodniowy pożar po tamtej stronie gór, dym przechodził od południowej strony masywu na wschód, ewakuowano parę wiosek. Po roku nadal miejscami krajobraz księżycowy, z wypalonymi drzewkami.

Nawzajem odpoczynku życzę.

Zapomniałem jeszcze jedną wczorajszą atrakcję dopisać do notki - lecąc "autostradą" z prędkością nieprzyzwoitą nagle rozłączyło nam wydech przed pierwszym tłumikiem, i zrobiło się raczej głośno. Inaczej mówiąc, człowiek myśli, że ma dziurawy polepiony głośny wydech w autku tylko do momentu kiedy 5 cylindrów na wysokich obrotach nie "wyrwie się na wolność", że tak powiem. Ale to był pikuś, nic nie odpadło ani nie opadło, tylko przyszło zjechać na byle większe pobocze, złożyć rury i dociągnąć opaskę, solidną, ale która poluzowała się diabli wiedzą czeku; a cały dzień na zakrętach i serpentynach jej nie pomógł, bo to łączenie "w poprzek", pod siedzeniem pasażerki.

Charliebravo
Mon, 10 Nov 2025 21:23:20
@Smiertelnosc w górach na Krecie
Sto lat temu zgarnąłem autostopowicza w Skomielnej Białej pod kościołem. Teraz to niemożliwe, leci się 120km/h estakadą imienia generała Stanisława Maczka. Gość miał circa 60 lat, żylasty, i zgadaliśmy się o górach. Opowiadał że pracuje jako przewodnik: generalnie w górach Europy, masz dość kondycji i nie dość doświadczenia, płacisz mu żeby wrócić żywy. Akurat z słowackich Wysokich Tatr wracał, ale klient nasz pan, może być i Matterhorn, i Mont Blanc, jemu za jedno.

Pogadaliśmy trochę, tyle co się wtedy do Krakowa jechało. Dla mnie brzmiał autentycznie. Zeszło na najgorsze doświadczenia w górach:

„Aaa, byliśmy z żoną na Krecie. Góry niby wysokie, ale przecież nie jak Alpy. Poszedł na dłuższy trekking sam, trasa z mapy. Gorąco i cieżko ale w normie. I fajnie, póki się nie okazało że zejście wąwozem jest przez ciernie. Przez CIERNIE. Takie że z ubrania mu się zrobiły strzępy, krwi też sporo stracił. Ledwo zdążył na czas tam gdzie był umówiony. Za całe życie w górach, nigdy nie był bliżej śmierci ponoć”.

Nie mam wielkiego doświadczenia w górach, ale brzmiał wiarygodnie.

Boni avatar Boni
Mon, 10 Nov 2025 22:52:14
@charliebravo

Taa, to się w sumie zgadza, te różne wąwozy ("gorge") są dosyć zdradliwe, jw. "bo to tylko wąwóz, bo to nie Alpy, bo na mapie to są małe km". Tylko, że to jednak ostre wąwozy i skały, górki są do 2400m, a parę km na mapie może oznaczać 5x tyle wysiłku góra-dół, jak to w górach. Oraz nikt nie spodziewa się tak strasznych skutków upału, jeszcze bardziej niż hiszpańskiej inkwizycji. BTW mam wrażenie, że te najbardziej znane i efektowne typu "pęknięcie-rozpadlina", którymi głównie idzie się dołem, są bezpieczniejsze (z dokładnością do upału i co ew. spada na głowę), niż takie jak ten Platania, czy takie jak są po naszej stronie masywu - nie szczeliny-kaniony, ale "zwykłe wąwozy", o wcale-nie-pionowych-ścianach, tylko POZORNIE łagodniejsze czy łatwiejsze.

Np. miejsce, z którego robiłem zdjęcia tej orlej turni na szczycie/końcu wąwozu przecież wygląda zupełnie normalnie- a połowa tych krzaczków porysowała mi łydy, dobrze że nie porwała spodni, oraz okazało się, że mam już efekt "zejść się dało, ale wejść z powrotem niekoniecznie". To znaczy, jakbym włączył 4x4 to bym się wspiął, ale z aparatem na pasku, z brzuchem, w ciuchach których nie chciałem zniszczyć - musiałem już nieźle czepiać się krzaczków (dobrze, że ich druga połowa nie była kolczasta, za to solidnie zakorzeniona). To pikuś i z tego miejsca w ostateczności wróciłbym przez wszelkie krzaczory dnem wąwozu do jeszcze bliskiej wsi, albo młażona by mnie podciągnęła ;) ale przy podobnych problemach pół kilometra wyżej, dalej, na skałach - ludzie spadają, albo wystarczy że skręcą/złamią nogę i nie mają zasięgu żeby wezwać pomoc. Albo coś na nich spada (bo luźne skały, bo nagły deszcz obluzował zbocze). Albo po prostu padają z upału, ze zmęczenia; rok temu było głośno, kiedy padł nie jakiś tam zbyt pewny siebie dziadek Niemiec czy Austriak, ale miejscowy, zdrowy ok 30 letni strażak zawodowy, poszedł w upale w kanion Asomatos (efektowny, ale względnie nic wielkiego, tam mała droga przechodzi, "na przestrzał" w średnim południowym pasmie od Sfakion do Tympaki; żadne ślepe wcinki w >2000m Białe Góry, czy Psiloritis, czy Dikti i klasyczne "a czy zostawiłeś sobie dość sił na powrót?") i nie wyszedł z tego żywy.

Jak zwykle - to są góry, tylko tyle i aż tyle. Plus ew. mocno niedoceniane upały latem i ulewy zimą.

Z innej oczywistej beczki: nie bez powodu NIKT NIGDY, przez 1000 albo i 2000 lat, nie był w stanie wyłapać po tych górach wszystkich partyzantów czy uciekinierów. Od Rzymian po Niemców WWII - okupanci mogli dopaść cywili, spalić wioski, Wenecjanie w końcu zdobyli płaskowyż Lasithi, ale nikt nie dopadł wszystkich górali w górach.

Codiac
Tue, 11 Nov 2025 11:14:25
Ja mam takie wrażenie, że ludzie mieszkający w miejscach bardziej nadających się do zamieszkania (czyli tak znaczącej większości) mają pewną tendencję do bagatelizowania zagrożeń naturalnych, bo ich po prostu nie znają. Jeśli najgorsze z czym się muszą mierzyć to droga pod górkę o nachyleniu kilkunastu stopni i sporadyczna burza z piorunami to po prostu nie wiedzą z tym może im się przyjść mierzyć poza cywilizacją. I nawet sobie nie potrafią wyobrazić, bo popkultura nie przekazuje.
Oczywiście jeśli ktoś mieszka bliżej natury, w górach czy nad morzem, to może być trochę lepiej zorientowany _w swoich regionalnych zagrożeniach_. I to wszystko nawet bez biologicznej budowy czy kulturowej nadbudowy samców, orientującej na rywalizację i bagatelizowanie zagrożenia, żeby pokazać że się jest silniejszym.
Niby wszyscy wiemy, że dżungla np. amazońska jest niebezpieczne, ale kojarzymy głównie że dzikie węże, pająki, jakieś ludojady. Jak ktoś jest bardziej ogarnięty to i mrówek będzie się (słusznie) bał. Ale jakiś czas temu słyszałem, że potrafią tam rosnąć rośliny, które mają spłaszczone, twarde pnącza. I ostre krawędzie, jak w mieczu. Łapiesz coś takiego żeby się przytrzymać i tniesz sobie palce do kości.
Zupełnie jak z tymi cierniami, może cię nic nie zaatakować, żadnego zwierzęcia nie spotkasz, tylko sam się zabijesz przez ignorancję, nieuwagę i nadmierną pewność siebie.

Zerknąłem na tutejsze zdjęcia z Platanii. Czy chciałbym się tam przejść? Jakaś część mnie mówi, że pewnie, chciałbym to przeżyć. A inna część mnie, że absolutnie powinienem się trzymać z dala, bo chciałbym przeżyć ;) Patrzę na te skałki i już widzę ile by mnie to kosztowało wysiłku, a pewnie i tak powinienem pomnożyć x5.

Boni avatar Boni
Wed, 12 Nov 2025 07:32:29
@Codiac

Prawdę rzeczesz, nie ma o czym dyskutować za bardzo.

Na pewno odklejenie ludzi od natury, a w szczególe deluzje zachodnich turystów, trafiających w niezbyt "opiekuńcze" krainy powodują problemy i wypadki.

Na pewno nieznane/nielokalne zagrożenia są cóż, nieznane. A jak się robią znane, to niepostrzeżenie zagrożeniem staje się rutyna... Małpy naczelne mają bardzo małe rozumki.

BTW dżungli pamiętam anegdotę bodaj z Cejrowskiego, że w tych rejonach Amazonii, z których się nie wraca, mieli prosty deal z przewodnikami - robisz to co przewodnik przed tobą NATYCHMIAST, bo zanim on wytłumaczy przez tłumacza czy dwu, to będzie kuku. Co skutkowało akcjami typu "Przewodnik nagle pada ryjem w błoto ścieżki, no to my tak samo za nim, pad płaski, ale mamy wrażenie, że z nas sobie jaja robi; nic się nie dzieje, pozbieraliśmy się po chwili i o co cho? Okazało się, że to stado motylków, które przeleciało wzdłuż ścieżki i nad nami, ma taką cechę, że od ich pyłku ze skrzydełek można oślepnąć..."

BTW Platania - chyba pierwszy raz widzieliśmy wołami wypisane ostrzeżenie przy wejściu żeby zabrać wodę, kapelutki, krem przeciwsłoneczny i w poważnych butach. No i trzeba brać poprawkę, że trasy i oznaczenia nie przypominają tu górek Szkocji czy Japonii.

charliebravo
Thu, 13 Nov 2025 09:43:11
@nieznane zagrożenia w obcym kraju
Takie są na pewno bardzo groźne. Ale nawet teoretycznie "znane" jakoś ludziom umykają. Ot, zbliża się zima i znowu (przynajmniej lokalne) newsy będą pełne historii typu: państwo wyjechali z Łodzi NA NARTY do Zakopanego. Zapakowali sprzęt, przejechali sprawnie autostradą przez pół Polski po czym rozbili się na letnich oponach na Zakopiance gdzieś za Chabówką "bo śnieg na stromym". Bardzo zdziwieni tym śniegiem "paaaanie, jak wyjeżdżałem z Łodzi to kwiatki kwitły" (autentyk z zeszłego roku).

O ludziach, którzy wyjeżdżają kolejką na Kasprowy, a potem idą "tylko skoczyć na Świnicę", a potem odkrywają że mają lęk wysokości gdzieś koło szczytu i niestety są w szpilkach (sam widziałem)...nawet mi się nie chce.

Albo laska, którą spotkaliśmy w Beskidzie Sądeckim jakiś czas temu w lecie. Przygotowała się w góry: wzięła 1.5 litra wody, naładowała komórkę, ubrała się w lekkie i oddychające rzeczy. Znajomy ją zawiózł "gdzieś głębiej w góry na szlak". Po jakimś czasie zaczęły się schody bo zgubiła drogę i odkryła że "mapa w komórce nie działa"! Bardzo sprawna więc przeszła kawał drogi (podawała nazwy miejsc z tabliczek!), ale w panice kręciła się w kółko w paśmie Radziejowej, więc już była trochę w rozsypce jak przypadkiem wyszła na nas o trzeciej po południu. Prowadzimy do Rytra, i opowiada, że jest z Dolnego Śląska a "tam w górach komórka zawsze działa". Trochę mi się brewka podniosła...

Mapy papierowej nie ma, ogólnego pojęcia jak wygląda okolica też nie bardzo. Jedzenia nie bo "szła do schroniska na Prehybę". W większości gór w Polsce wystarczy iść w dół, zawsze dotrzesz do cywilizacji, ale nie wpadła na to. Orientacji w stronach świata niekoniecznie (piękne słońce cały dzień). Pytam się co robi zawodowo...

...otóż uczy w szkole dzieci geografii.

@trasy i oznaczenia
Nie byłem ani w Szkocji ani w Japonii. Ale z tego co widziałem na świecie, polskie, słowackie czy czeskie znakowanie szlaków jest bardzo dobre. Żeby zgubić szlak w Gorcach czy Karkonoszach trzeba albo całkiem olewać, albo mieć jakiegoś wyjątkowego pecha przy specjalnej pogodzie (wszystko zawalone śniegiem i pnie drzew zaklejone też). Podejście "poprowadzimy Cię za rączkę".

Dla porównania, na przykład w górach Majorki to było bardziej "zobaczymy czy przeżyjesz", z numerami typu szlaki w poprzek stożku piargowych w stromym żlebie, oznaczenie szlaku co paręset metrów kopczykiem kamyków wielkości mojej pięści (pośród głazów większych ode mnie). Pół biedy pod górę, ale schodziło się bardzo źle bo w stylu "o, tutaj też jest przepaść, wracamy i szukamy jeszcze raz".

Boni avatar Boni
Thu, 13 Nov 2025 14:28:02
@nieprzytomni turyści

Powiem tak, nie możemy za bardzo rzucać kamieniami w nieogarniętych turystów, bo sami bywamy nieogarnięci ;) ale na pewno raczej w nieszkodliwy sposób, bo nie chodzimy w aż takie góry, żeby w nich jakiś kółka robić, wszystko mamy "na widoku", i raczej nie tracimy orientacji typu strony świata, czy nawet dokładne trasy/kierunki w topografii. Więc przeważnie miewamy co najwyżej letkie zdziwka w dwu wersjach: "poszliśmy na rozgałęzieniu w złą stronę (i nie ważne jak dobrze oznaczyli trasy, i tak pomylimy!)" DLATEGO/LUB "hm, ale tam jest skrót..." ;D

Na tej zasadzie nieco błądziliśmy na skałkach Skye, na różnych zadupiach Szkocji czy Irlandii, czy połaziłem "za daleko" po Japonii. Dwie akcje były pamiętne: wypad w Tatry jeszcze w czasie narzeczeństwa, poszliśmy na Kasprowy w jeansach i adidasach (a na szczycie Kasprowego leżał śnieg w maju). No i jakoś tak wyszło, że "drogi Watsonie, ktoś nam pomieszał szlaki, dlaczego idziemy na Giewont?", ale gdzieś tak na Kalatówkach stwierdziliśmy, że wrócimy na szlak Kasprowego i Myślenickie Turnie, wkoło przez dolinę Goryczkową. Nie było łatwo, ale jakoś tam obleźliśmy kociołek ścieżynką, po czym doszliśmy gdzieś na Myślenickie czy na szlak i wyszliśmy prosto na tył sporej tabliczki na słupku, i mieliśmy "o, dowiemy się jaki kolor i tak dalej ma ta ścieżka wkoło Goryczkowej!" ale po drugiej stronie tabliczki znaleźliśmy raczej w duchu "VERBOTTEN! HANDE HOCH! MINEN! ZABRANIA SIĘ SCHODZENIA ZE SZLAKÓW TATRZAŃSKIEGO PARKU NARODOWEGO!". No i jakoś tak nam zostało... BTW poszliśmy wtedy jeszcze kawałek na Kasprowy, ale jak śniegu zrobiło się z pół metra, i miła pani schodząca z Wierchu zapytała czy naprawdę się wybieramy w adidasach i bez zimowych kurtek na szczyt, bo tam jest nieco ponad metr śniegu, rozsądnie zawróciliśmy.

A druga akcja typu "czy mamy dziś czas na skróty?" i najgorsza evahr, to coś jak ta opowiastka górołaza o cierniach na Krecie. Czyli poszliśmy sobie na skałki Whangie w Szkocji, praktycznie przy ówczesnej trasie dom-Glasgow. Zdecydowaliśmy się wracać "wkoło", bo szlak z parkingu do skałek północnym zboczem zboczka jest dość nudny jeśli "w tą i z powrotem". No więc normalnie wkoło od południa wraca się jak gugiel pokazuje na mapce, ale mając dosko orientację w terenie i nadzieję, że nie nadziejemy się na strumień czy jar nie do przejścia, poszliśmy na skróty, jak ten czerwony odcinek pokazuje. To nie był dobry pomysł, gdyż było to tylko ze 200m przez w miarę łagodne wzgórza, ale jak na mapce: przez hektary paproci, rosnących na rekultywowanych wielkimi pługami zboczach. Więc nie tylko łażenie po wertepach, gdzie skręcić nogę to sekunda osiem, ale też gdzie nie widać gruntu w gęstych paprociach po kolana czy po pas. Masakryczne doświadczenie, jak doszliśmy do lasu zje...ni, przebiliśmy się przez gąszcz i podobnie jak wyżej na Myślenickie Turnie, nagle wyszliśmy niczym dwa zombie, na domek i bardzo zdziwionych ludzi mieszkających pod lasem. Chyba tematem dnia stało się tam ogrodzenie od strony lasu... Ale parę km zaoszczędziliśmy, co nie ;/

@oznaczenia szlaków

Polskie to ja zwiedzałem ostatni raz około 25 lat temu więc się nie znam, japońskie czy na Wyspach Brytyjskich to ciut świeższe doświadczenie... Te nieliczne trasy które widzieliśmy na Krecie nie były super oznaczone, szczególniej ich rozwidlenia i "w trakcie", może nie aż jak piszesz o Majorce, ale.

charliebravo
Thu, 13 Nov 2025 18:44:37
@fakapy na szlakach
IMHO powinno być jak z nowoczesną kulturą bezpieczeństwa w lotnictwie: nie zakładamy że ludzie mogą być nieomylni, tylko chcemy, żeby byli w stanie zareagować i skorygować błąd zanim będzie za późno. No i żeby pierwszy błąd ich nie zabijał.

W tym świetle zareagowaliście prawidłowo na Kasprowym. A na przykład ci Litwini co ostatnio zdobyli Rysy bez sprzętu ale za to z niemowlakiem, niezupełnie.

Fakapów w górach ja też mam na liście niemało, w tym skracanie drogi na Turbaczu do szlaku na Nowy Targ tak efektywnie że ostatecznie poszliśmy do Rabki. Zachodzę w głowę jak mogło się nam to udać, bo to dokładnie druga strona głównej grani, a wszyscy byli trzeźwi!

Codiac
Thu, 13 Nov 2025 19:18:52
"Takie są na pewno bardzo groźne. Ale nawet teoretycznie "znane" jakoś ludziom umykają."
Ja wychodzę z założenia, że mapa "wiedzy" i bycia obeznanym z będzie przypominać u każdego człowieka trochę te mapy wysokości terenu. Duże połacie 0-100, na nich mniejsze 100-200, kolejne mniejsze 200-300 i tak dalej, aż gdzieś tam małe czerwone kropki najwyższych punktów (albo i nie czerwone). Podobnie (tylko w odwrotnej kolejności) ja o swoim budynku wiem więcej niż o ulicy, o ulicy więcej niż o dzielnicy, o dzielnicy więcej niż o mieście, województwie, kraju, kontynencie, planecie. Z jakimiś wyjątkami gdy faktycznie coś wiem.
Może być tak, że nieznane i groźne jest miejsce w mieście w którym się mieszka, bo tam mieszkają smoki. Jeśli jestem z Warszawy to Dublin czy Amsterdam są mi bliższe niż Cisna czy Karpacz. Wiem o nich pewne rzeczy, bo ten sam kraj, ale innych nie wiem, bo geografia odmienna.
Ale masz oczywiście rację, ludziom umykają takie rzeczy. Swoją drogą właśnie obejrzałem filmik czemu nie należy ufać ludziom bardzo pewnym siebie i mam wrażenie, że to jest powiązane :)

"Powiem tak, nie możemy za bardzo rzucać kamieniami w nieogarniętych turystów"
Kto nigdy nie był nieprzytomnym turystą (albo ogólnie nieprzytomnym osobnikiem) niech pierwszy zrzuci kamień ze zbocza tego kanionu na który wlazł. Tylko niech się nie zwali w ciernie przy okazji. ;-)
Ja mam mało historyjek, bo nie uprawiam turystyki. Najciekawsze osobiste to chyba z jednego wyjazdu na Mazury, kiedy próbowałem zatrzymać łódkę albo kiedy odpalaliśmy żaglówkę "na pych" (powiedzmy) i potem musiałem pod nią nurkować.
Za największy przykład nieogaru uważam ten moment, kiedy w bodaj szóstej klasie podstawówki pojechaliśmy na wycieczkę szkolną w góry i właziliśmy na coś wyższego (nie wspinaczka, ot kręcąca się droga dookoła, na górze jest gdzie usiąść i odpocząć). Mijałem wtedy koleżankę która zaproponowała żebym zwolnił i szedł z nią a ja miałem parcie żeby jak najszybciej wleźć na górę i udowodnić sobie że potrafię. To była najładniejsza koleżanka w klasie i jak sobie wyobrażacie, po jakimś czasie sobie uzmysłowiłem, że trzeba było zwolnić i ją odprowadzić. Tylko sporo za późno. Jest to nieogar innego rodzaju, ale też żałuję że wybrałem inną trasę :)

Boni avatar Boni
Thu, 13 Nov 2025 21:39:42
@reakcja na fakap

No właśnie nas charakteryzuje na ogół zen-wyjebka przy łażeniu i nic ani sobie, ani nikomu nie udowadniamy, więc czy na Kasprowy w 1991 czy ostatnio w Platani, łatwo zawracamy (a im dalej w grubactwo i w stare kolana czy plecy, tym łatwiej). Ale czasem oczywiście strasznie nie chce się zawracać ;) to były te [wyraz] szkockie paprotki na przykład. Albo running joke "popularny" w byle 500m czy 700m beskidach szkockich "[wyraz] gdzie ten wierzchołek, z którego mają być te cudowne widoki??!! - no, pewnie już za tym garbikiem... - ZA KTÓRYM, PRZESZLIŚMY JUŻ 12 GARBIKÓW!!" ;)

BTW kiedyś uważałem, że starość nieźle leczy z "JA NIE WEJDĘ/ ZEJDĘ/ SPADNĘ? POTRZYMAJ MNIE PIWO!", dopóki nie poznałem paru starszych ode mnie nieco walniętych na łażenie po wertepach, czy inne sporty terenowo-wodne. I to nadal wystopniowane, np. szkocki twardzielek 10 lat ode mnie starszy, o nieporównywalnej kondycji, itd. (ale w końcu bark rozp... kite-surfingiem do stanu "chirurgia") przychodzi kiedyś po łikendzie i narzeka na kumpla "rozumiesz, to jest dyrechtor, CEO, ambicja skrystalizowana, ale to po prostu pojeb na stare lata, pojechaliśmy na Arran (taka śliczna wyspa na wylocie Firth of Clyde) na rowerki i on koniecznie musi wjechać, zjechać, przejechać całe te górki wzdłuż i wszerz, a jak mu mówię, że primo nie dam rady, drugie primo jutro do pracy, to nie chce słuchać i TRZEBA PEDAŁOWAĆ!1! Nie jeżdżę więcej z głupkiem..."

@krótkie skróty

Wyjście z Turbacza skrótem na Nowy Targ z lądowaniem w Rabce to chyba jest jakiś rekord, typu lądowanie samolotem w Birmingham zamiast w Glasgow ;D

@przykłady nieogaru

A to ja na przykład nie mam anegdot szuwarowo-morskich, bo życiowym szczytem wodniactwa dla mnie był jakiś kajak w Mrągowie.

Z mini-górskich nieogarów to poza wrednym promieniowaniem szkockiej paprotki, nieprzyjemnie zrobiło się kiedyś na koloniach (starsza podstawówka, ja wyrośnięty 7 czy 8 klasa), grupowa wycieczka z przewodnikiem, IIRC na Szyndzielnię, więc dla mnie to było klasy rodzinnych stron Wyspowego, więc lajcik. Tylko, że przyszła taka burza, że zrobiło się niekoszernie, słabsze/ młodsze/ miastowe/ dzieci, dziewczyny trzeba było prawie wynieść z tego beskidu, kiedy pioruny przywaliły tak ze 100m niżej i powyżej ścieżki, po której popłynął strumień, itp. atrakcje.

charliebravo
Fri, 14 Nov 2025 18:26:14
@Codiac I najładniejsza koleżanka
Kiedyś czytałem czyjś bon mot (nie pomnę), że to bardzo nie fair urządzone u ludzi że za młodu mamy wszelkie możliwości cieszenia się życiem poza mądrością, żeby z niego korzystać. A na starość mądrość oczywiście przychodzi, tylko co z tego? Do mnie pasuje, za dużo czasu przy komputerze, za mało całej reszty. Which brings me to...

@..."starość leczy z (...) potrzymaj mnie piwo!".
No właśnie nie! U mnie w każdym razie jeśli już to działa odwrotnie. Mam poczucie że czasu i możliwości coraz mniej, próby skorzystania z tego/zatrzymania co się da są chyba bardzo ludzkie? Tacy naiwni, żeby szukać Źródła Młodości (na Florydzie czy gdzieś indziej) to nie jesteśmy, więc biorę te buty do biegania i tłukę kilometry po lesie (poza zdrowiem fizycznym to bardzo pomaga na problemy z głową).

Oczywiście to jest przywilej (mieć czas, mieć zdrowie nie zniszczone na przykład ciężką fizyczną pracą za młodu, mieć geny, bo znam takich którzy w moim wieku - przed 50 - już po prostu nie mogą i koniec). No ale może da się to zrozumieć, i wydaje mi się że lepiej sobie pobiegać niż uogólniony Prozac połykać garściami?

To się potem przekłada na możliwości eksploracyjno-wycieczkowe, żadne tam Himalaje, ale można przez tydzień chodzić po Karkonoszach i mieć z tego fun.

@fakapy
O panie, ja mogę dostarczać na lądzie, na morzu i w powietrzu. A co jeden to głupszy.

Codiac
Fri, 14 Nov 2025 18:49:49
@"Do mnie pasuje, za dużo czasu przy komputerze, za mało całej reszty. Which brings me to..."
Oj jak ja to rozumiem. I w sumie zahacza o mój niedawny fakap.

Parę lat temu uznałem, że nie można tak po prostu siedzieć w domu, przy kompie albo na kanapie. Trzeba się trochę poruszać. Wiadomo, że nie wyczynowo, ale chociaż trochę. Zgadałem się z kolegą mieszkającym niedaleko i zaczęliśmy chodzić na basen, który wygodnie znajduje się w połowie drogi między nami.
Na początku okazało się, że z moich umiejętności pływackich jakie miałem w dzieciństwie nie zostało nic. Dosłownie, przepłynąłem mniej niż 10 metrów i już nie dawałem rady (a pieskiem było trochę wstyd). Trudno, uczyłem się od nowa.
Dodatkowo z różnych powodów mam problemy z oddychaniem podczas pływania. Przez chwilę jest ok, ale im dłużej tym gorzej, ten moment na nabranie oddechu to dla mnie za mało. Najlepiej pływa mi się zatem na plecach, gdy oddychać mogę przez większość czasu. Robiłem postępy, czasami przycisnąłem mocniej, ale nadal bez szaleństw.

No i było fajnie, aż tak w okolicach sierpnia tego roku zaczęła mnie boleć ręka. Próbowałem sam rozgrzać, rozmasować i rozruszać - nic z tego. Poszedłem do lekarza, jakieś środki i ortopeda (a od ortopedy USG, poradnia ruchu i znowu ortopeda). Wynik: Przeciążenie bicepsu, płyn w kaletce. Trzeba to ogarnąć.
No dobra, ale skąd mi się to wzięło? Fizjoterapeuta na poradni ruchu mi wytłumaczył. Za bardzo przy pływaniu odchylam ręce do tyłu (rzeczywiście tak robię gdy na basenie jest więcej osób i nie mam pasa dla siebie, bo nie lubię innych macać w przelocie), a wtedy łopatki są w złym położeniu i w ten sposób załatwiłem sobie ramię.
Chciałem być zdrowszy, doświadczyć trochę ruchu. Bez szaleństw, byle zmusić mięśnie do większego wysiłku te dwa razy w tygodniu. Ale ciało faceta po czterdziestce to już nie to samo.

A ja przecież w życiu nawet ćwiczyłem różne rzeczy dużo intensywniejsze. Kilka lat szermierki, trzy lata kung fu (po kilkanaście godzin w tygodniu) i robiłem rzeczy bardziej wymagające. No ale nie ten wiek, teraz mogę sobie krzywdę zrobić pływając...

charliebravo
Sun, 16 Nov 2025 12:41:36
@Codiac
Współczuję, powodzenia w powrocie do zdrowia. Znajomy lekarz mawia "po 40 nie podskakuj". I tłumaczy to tak: "jeśli dwudziestolatek zechce nagle grać w tenisa i spędzi cały dzień na korcie z rakietą, to następnego dnia będzie go bardzo boleć ręka i plecy, ale po tygodniu będzie jak nowy. Dwa razy starszy bohater może prościutko z kortu trafić na SOR, bo zrobi sobie coś bardzo poważnego typu urwanie czegoś". Przy czym on zawsze zaznacza że to nie znaczy, że po 40 nie możesz, tylko że trzeba nowe rzeczy robić ostrożnie i z głową, powoli zwiększając obciążenie.

Mój własny fuckup w temacie, to jak zacząłem więcej biegać pod górę. Podkreślam bo to nie był początek biegania, ani nawet początek biegania pod górę, po prostu z tras typu "5km, 200 metrów" przeszedłem na "10km, 600 metrów". Ból kolana, chirurg ortopeda polecił gabinet w Krakowie, prowadzony przez panią z doktoratem z rehabilitacji. Pani doktor rozpoznała problem, powiedziała "proszę się nie martwić, to się ładnie leczy, pochodzi pan do nas na masaże przez dwa miesiące, a potem po biegach będzie się rozciągać tak i tak, problemu już nie będzie".

Gabinet był całkiem spory i pani doktor nie robiła wszystkiego osobiście, miała chyba z dziesięć pracownic-rehabilitantek. Jakby je specjalnie dobierała, drobne i delikatne dziewczęta tuż po dwudziestce. Bardzo sympatyczne. To znaczy poza tym że paluszki miały chyba ze stali i napędzane hydrauliką siłową. Okazało się że wbiec na Turbacz to mały Miki, sztuka polega na tym żeby nie drzeć się na całe gardło podczas leczenia. Ale pomogło, i kolejne parę lat biegania bez problemów.

Boni avatar Boni
Wed, 19 Nov 2025 11:31:50
W moim przypadku to było raczej "po 30 nie podskakuj", ale pewnie to efekty, że trenowało się i pracowało fizycznie trochę wcześniej i więcej niż przeciętna w moim bąbelku elektryczno-komputerowym. Pamiętam, że około 30 dałem się namówić w nowej podwarszawskiej pracy (porządne centrum sportowe) na siatkówkę, którą lubiłem i uprawiałem intensywnie w podstawówce. No więc po 1 czy 2 meczykach na luzie dowiedziałem się, że to było pół życia wcześniej, w 2000r bark mi wysiadł, że ani zaserwować ani zaatakować porządnie nie mogłem.

Ale to był pikuś, bo zaraz na budowie 2 domu załatwiłem parę innych rzeczy...

Teraz, po latach zalegania przed kompami, ale też budowaniu domów, szrotach i krainach (=przeprowadzki [wyraz]), śmiejemy się, że "auć, auć, auć - wstałoś z sofy bez RAMS? (w UK: Risk Assessment, Method Statements), aż tak lubisz życie na krawędzi??".

Jw. w zadziwiająco wielu aspektach wyprzedzamy rówieśników o jakąś dekadę, niestety w psuciu kolan, pleców itd. też.




 

Engine: Anvil 1.08   BS