(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)(ciąg bliższy)
(ToyotaCarina2.0) Wycieczka po Danii służbowym autkiem około 2000-2001, w ramach czasu wolnego - skoczyliśmy z kolegami na wyspę Romo, dosyć efektowną miejscówkę na południu Danii (żwirowa plaża nad Północnym na którą można ładować się samochodami, ciekawa grobla/most łącząca z Jutlandią, itd itd). Pojeździliśmy po Romo, po plaży, połaziliśmy tu i ówdzie, wracamy. Na grobli raczej pustawo, więc nieco dodałem wzg. duńskich limitów. Nagle dogania mnie jakieś mondeło, i to tak dosyć szybko dogania, myślę se, no tylko Niemiec na wakacjach może tu tak popylać, bo nikt normalny tak nie zapieprza; a nawet nienormalni jak ja, aż tak nie jeżdżą. Ale zaraz okazało się, że jakoś nie chce mnie wyprzedzać, ino zrównał się, i starsza surowa pieczarka pokazuje mi lizaczek. O żesz w mordę duńskiego śledzia. Hamuję, i komunikuję kolegom, że będzie ściepa na mandat, bo raczej nas łatwo nie puszczą, a ja chyba nie mam dość gotówki. Po czem robi się jeszcze bardziej niewyraźnie, bo mondeło blokuje mnie z przodu, a pomarańczowa terenówka (widziana wcześnej na plaży, jakiś słoneczny patrol czy inny Falck czy ochrona) blokuje mnie z tyłu. I o ile dziadek-wiking z mondeo podchodzi i robi to, co robią przeważnie pieczarki drogowe, to drugi brodacz, z terenówki, stoi za nami z ręką wyraźnie na kaburze. No jak na Danię jest co najmniej dziwnie. Paszporty zebrane, dokumenty podane, atmosfera raczej duszna. I nagle dziadek dochodzi do kwitów samochodu, robi mu się banan od ucha do ucha, po czym rzuca drugiemu "D...erers!" bo właśnie doliczył się, na podstawie właściciela wpisanego w polski dowód, gdzie pracujemy (jeden z większych pracodawców Danii i chyba największy na południu). A ja mam ochotę strzelić fejspalma nad sytuacją w szczególe (samochód był ostatnim chyba na czarnych tablicach w firmie, i stary podyrektorski, więc z maciupkimi napisem firmowym i znaczkiem PL - stąd byliśmy podejrzani) i nad stosunkami etnicznymi i narodowymi tak w ogóle (bo może i Najwyższa Faza Rozwoju, ale potraktowano nas jak beżowych czy innych Cyganów, z całym szowinizmem jaki był pod ręką). Po ustaleniu, że nie jesteśmy varelse, nie kradniemy duńskich ciasteczek i nie gwałcimy Dunek, tylko jesteśmy prawie-miejscowi, obyło się bez mandatu, i w ogóle wszyscy byliśmy w ułybkach, i przyjaźni polsko-duńskiej.
(FordScorpio2.0) - doganiam na górce pustawej "gierkówki/katowickiej" jakiegoś busa, który nagle nieprzytomnie hamuje, więc na poły awaryjnie wyprzedzam go, żeby nie przywalić. Okazuje się, że za górką czyhają pieczarki z radarem, i wyskakują z lizaczkiem nie zważając, że pod koła busa. Fcuk. Po wstępnym certoleniu okazuje mi pan w kapelutku radar, ale coś mi tu śmierdzi - raz, że trochę jakby duża ta prędkość, dwa, czas pomiaru jakiś taki nieświeży. Podnoszę z umiarem (bo na jeżdżenie do Rawy Maz. do sądu nie mam ochoty) obiekcje w powyższych kwestiach, i uprzejmie zapytowywuję, czy to mój wynik, czy tej hondy, która właśnie odjeżdża z kopyta? Pieczarka bardzo się zmieszała, i usiłuje zniknąć radar i w ogóle, a przy tym kontratakuje "Ale pan na przejściu dla pieszych wyprzedzał!" - (robi mi się "bezczel mode on") "Jakie tam przejście, no dobra, ale pusta droga, a wyprzedzałem, bo ten bus przede mną dęba na hamulcach stanął, diabli wiedzą po co..." - "On hamował, bo nas widział" - uśmiecha się pieczarka. "A przyjmie pan mandat gotówkowy?" - (wtedy jeszcze brali kasiorkę z ręki do ręki i to legalnie) - "No może i przyjmę, ale bez przesady bo i ten radar nie teges, i to przejście śmieszne..." - "To co, 100zł?" - "Panie, idź pan. 100 to ja mam na paliwo do domu, a nie dla was" - "No to ile?" - (megabezczel mode on) "10zł moge dać" - "Ok" i poszedł pisać kwitek! Ogólnie zwątpiłem w swoje zdrowie i moce umysłowe, bo za przejście w niedozwolonym miejscu było wtedy już 20-30zł. A ten mi przynosi mandat za dyszkę, i jak daję mu 20 z "reszty nie trzeba", to uparcie daje mi 10 reszty... I do dziś dnia nie wiem co to było - prawie na pewno mandat dali mi "lewy" (pewnie lewy bloczek mieli), ale może to w ogóle jacyś przebierańcy byli???
(FordThunderbird5.0) - wyciągnięty z naftaliny po zimie, tego dnia zrobiony przegląd, pierwszy dzień wiosny, wyskok na Wawę, z powrotem jakiś zmęczony byłem, zagapienie, zonk, pieczarka zaatakowała radarem, i to prawie pod domem. Coś tam marudzę, że co za peszek, i w ogóle, takie kijowe otwarcie sezonu, a tylko co wyjęliśmy kupetę, i od razu tak grubo wykroczyliśmy. Pieczarka trochę się śmieje, na co żona dorzuca "a wie pan, w tym wozie zupełnie nie czuć prędkości, super się leci". Oj, nie jestem pewien, czy to pomoże, bo pieczarka przewraca dowód i bardzo uważnie wczytuje się w dane wozu. Po czym pogodnie kiwa kapelutkiem "Rzeczywiście. V8? ładnie musi jeździć" - (chóralne) "Nooo" - "Państwo są zabawni i wporzo, to zrobimy coś tańszego... telefon komórkowy zrobimy?" - "Nooo". I tak oto wpisano do akt.
Na tym cykl się na razie zakończy - myślę, że wykazałem, że z pieczarkami da się po dobroci i z humorem przejść drogę, a nawet drogę przez mękę. Oczywiście drugie tyle, albo i trochę więcej, mógłbym wypisać normalnych kontroli czy spraw, zrobionych na sucho i służbowo, ale i tak zawartość tych paru noci daje świadectwo, że nie jest tak źle, jak niektórzy twierdzą. Z innej beczki - w większości opisane były akcje sprzed minimum 8-9 lat, więc albo ja się zestarzałem i sporządniałem, albo zmniejszono i/lub zdepersonifikowano nadzór nad ruchem drogowym (fotoradary...), i stąd ostatnie parę lat, pomimo mnóstwa posiadanych samochodów i różniastych okazji, było pozbawione ciekawych kontaktów z pieczarkami...
(a jednak się nie zakończył...)