
Łamek dzielnie próbował nie dać się zbudzić brzęczącemu sygnałowi, ale nie był w stanie zignorować kolejnego kopniaka w stopę, która wystawała mu spod koca. Jakoś rozkleił zaspane oczy.
- ŁAMEK ODBIERZ W KOŃCU! - żona stała w nogach łoża i wymierzyła mu kolejnego kopniaka, ale udało mu się zabrać stopę.
- Idę, idę... - wymamrotał, gramoląc się z pościeli i człapiąc do stolika, gdzie na lusterku brzęczało i błyskało jakieś połączenie.
Żona pokręciła głową i poszła z powrotem do łaziebnej, wróciła do porannej toalety, była w połowie zaplatania brody w misterne warkoczyki.
Przeciągnął palcem po szkle, lustro ożyło.
- Kto tam? - jeszcze przecierał oczy, ale kiedy dojrzał dzwoniącego, zbystrzał i wyprostował się.
- Darz, Łamiskał! Nie obudziłem aby? - zadrwił malutki obraz Petra, pod pogodnym porannym niebem. Petr Piroklast, zwany "Pyro", największy rębajło na całym Zarzeczu; bez hełmu, za to z brudnym opatrunkiem wkoło głowy.
- Witam, Pyro - otrzeźwiał natychmiast - Co jest?!
- Jest interes do zrobienia, oczywiście - uśmiechnął się Petr, co poznawało się po zmrużeniu ciemnych oczu i nastroszeniu smoliście czarnych wąsów i brody. W tle dochodziły z lusterka jakieś zawodzenia.
- Mamy tu kupę towaru do opchnięcia - kontynuował Pyro, patrząc gdzieś w bok - To znaczy, złom i podobne, bo co lepsze graty już podzieliliśmy. Popatrz sobie...
Obraz obrócił się i Łamek dojrzał stertę złomu, dymiącą w paru miejscach. Zdał sobie sprawę, że to jakieś cielsko, truposz, wyjątkowo wielki.
- Poznaj najnowszą wersję trolla-rajdera, od Czarnoksiężnika... - Pyro przesuwał obraz, żeby objąć cały zewłok, przypominający pagórek, leżący na pagórku - Zapiszesz się?
- Pewnie tak... Czy on ma nawet nagolenniki?!
- Mhm. Pełen kirys trzy cale, reszta dwa cale - Pyro pokazał się znowu - Masz dwie godziny, żeby się tu pojawić, z workiem złota. Albo zadzwonię do kogoś innego.
- Pyro, bądźmy poważni! - Łamek uśmiechnął się nieco - Po pierwsze, do kogo niby zadzwonisz? Po drugie, z woreczkiem złota, i to tylko jeśli będzie naprawdę dobra płyta. Po trzecie, gdzie jesteś i co tam tak zawodzi?!
- Jesteśmy... MAKS, GDZIE MY JESTEŚMY!? - Pyro zawołał poza ekran; Łamek wiedział, że jedyny Maks, którego Petr może pytać w takich okolicznościach przyrody, to Maksymilian III Arcymburski, równie znany jak Pyro, ale nie rębajło, tylko mag-najemnik. Nie usłyszał odpowiedzi spoza lustra.
- Podobno jesteśmy czternaście mil na południe-południe-zachód od Zwiernika. A zawodzi nasz bard... - Pyro skrzywił się - Rozumiesz, leczy Gienka... Ale można dostać pierdolca od tego zawodzenia.
- Czyli jesteście z Eugeniuszem? - zdziwił się Łamek - A zarzekałeś się, że już z nim nigdzie nie pójdziesz!
- Tylko elfy nie zmieniają zdania - pokręcił głową Pyro, pieśń w tle wznosiła się w niebezpiecznie kakofoniczne rejony - Na Topór, zaraz uciszę go...
- Ciężko o dobrego barda, jeśli się ich nie szanuje! - Łamek był coraz bardziej rozbudzony i coraz pewniejszy siebie - Może Maks mógłby mnie podrzucić na miejsce?
- Maks, podrzucisz złomiarza tutaj, z Alanty? - Pyro zawołał poza ekran - Mówi, że nie stać cię, a tak w ogóle nie da rady, wyprztykał się.
- Widzę, że was to sporo kosztowało - Łamek wskazał swoją skroń, mając na myśli opatrunek Petra - Będę najszybciej, jak się da.
- Darz łom.
- Darz łom...
Łamiskał zebrał się w pół godziny. Żona słyszała rozmowę, wiedziała, co się święci; rozmawiali półsłówkami, kiedy mył się i ubierał. Zaraz poleciała pakować mu zapasy, plecak zawsze miał w pogotowiu, wystarczyło dorzucić jedzenie i trochę ciuchów. W tym czasie zaczął wydzwaniać i wstępnie stawiać na nogi swoich ludzi i nieludzi, większość musiał wyciągać z łóżek, barłogów i gniazd, było o wiele za wcześnie na robotę. Ale w tym fachu się nie wybiera, jeśli jest towar, trzeba go natychmiast przejąć i przerobić. I zarobić.
Pocałowali się z Oliwką na pożegnanie i poszedł, ale nie na górę, do miasta, tylko najpierw wąskim korytarzem w bok, po pieniądze. Po otwarciu paru wymyślnych zamków i odsunięciu jeszcze bardziej wymyślnych zasuw, wszedł do maleńkiej komory, w której jedynym oświetleniem były mocno fosforyzujące lamperie i zawijasy na beczkowym sklepieniu.
- Ej?! - przezornie nie wchodził do środka, tylko rozglądał się po kątach - A tego gdzie znowu wcięło...
- Witaj, panie - głucho odezwał się demon ognia, majestatycznie wynurzający się z kamiennej podłogi. Robiłby większe wrażenie, gdyby miał więcej niż dwie stopy wzrostu.
- Demek, gdzie ty się szlajasz??
- Jestem nieskończenie daleko i nieskończenie blisko - prawie zaintonował demon, ale zaraz zmienił ton i wzruszył ognistym ramieniem - Nie płacisz mi tyle, żeby jeszcze narzekać...
- Dobra, dobra, rozumiem, że sejf bezpieczny?
- Oczywiście.
- Mogę przejść?
- Naturalnie, panie - znudzony demon wydmuchał pod sufit efektowny snop iskier.
Łamek ostrożnie obszedł Demka, niby tylko małego demona, spętanego zaklęciem i niebezpiecznego tylko dla obcych, ale jednak - zawsze straszliwie niebezpiecznego dla zwykłych śmiertelników. Co potwierdzały referencje demona, jak też jego lista "osiągnięć" w ochronie sejfu Łamka. Po ostatnich nastolatkach próbujących podkopu, upieczonych na chrupko w sosie własnym, kapitan Straży gromko i publicznie zrugał krasnoluda. A po cichu zaznaczył, że jeśli Łamiskał chce utrzymywać trzeci najniebezpieczniejszy sejf w mieście, to musi znacznie wyżej opłacać "koszta administracyjne" sprzątania po Demku.
Wziął z sejfu dwie małe kalety z denarami, jedną zapakował za prawą pazuchę, drugą do cholewy wysokiego buta. Po czym ostrożnie otworzył ozdobne puzdro, z płaskorzeźbą smoka na pokrywie, i wyjął ciężką trzylufową pistolę, zapakował ją za lewą pazuchę, do pustej kabury.
Kiedy wrócił do komory-przedsionka, demon unosił się w połowie wysokości pomieszczenia i z nabożnym skupieniem wpatrywał się pod jego lewą pachę.
- Widzę, panie, że czekają cię ważne sprawy... - mruknął Demek.
- Owszem - Łamek obchodził ostrożnie demona, który miał wyraz ognistej twarzyczki niczym kot rozmarzony nad miską ryb - Kusi cię, co?
- Taka jest moja natura - odparł demon, otrząsając się z uroku - Powodzenia, panie... - i powoli zapadł się pod ziemię.
Wyszedł na górę, przez poziom normalnej piwnicy swojej kamienicy, niezależną klatką schodową. Przejście do nadziemnej części domu, wynajmowanej Trynczom, było zamknięte na głucho; nie zaglądali do siebie nawzajem prawie nigdy. Wrzucali mu czynsz do skrzynki pocztowej koło jego drzwi, przez mag-judasza których rozglądał się teraz po uliczce. Był piękny ranek, pusto, nikogo, poza dwoma strażnikami na dalszym rogu. Poprawił kaburę pod pachą, toporek na pasie i plecak na ramieniu, i pomaszerował na Dworzec.
***
Było bardzo wcześnie; pomimo, że była otwarta tylko jedna kasa, prawie nie było kolejki. Ale na jej czole jakiś kapłan Pioruna wykłócał się o rezerwację, której ktoś nie dopatrzył, czy nie opłacił. Pannicy za kontuarem, zmęczonej po nocnej zmianie, było bardzo wszystko jedno, i zdawkowo acz grzecznie odpowiadała na tyradę kapłana, machającego coraz bardziej rękami. Ale kolejce nie było wszystko jedno, Łamek spojrzał na tatuaż, prawie ósma, jeśli spóźni się, Pyro naprawdę może próbować znaleźć innego złomiarza...
Kolejka, paru ludzi i półelf, zaczęła szemrać pod nosami, kapłan ignorował ich doskonale.
- Panie, inni też chcą gdzieś polecieć! - Łamek nie wytrzymał, nadal był ostatni w kolejce - Nie mamy całego dnia!
Wszyscy jak jeden mąż obrócili się, i Łamiskał nagle spoglądał w sześć par wrogich oczu. Zagotował się wewnętrznie i odruchowo położył dłoń na toporku przy pasie.
- Ty ziemniak lepiej się nie wpier... - największy facet, w błękitnych barwach Tessem, drugi w kolejce za kapłanem, wycelował palec w krasnoluda, ale przerwał w pół słowa. Wszyscy zapatrzyli się gdzieś za plecy Łamka, szeroko otwartymi oczami.
Łamiskał błyskawicznie zerknął, czy gapią się na to, na co miał nadzieję, że się gapią; owszem, zagapili się na Szczerbę, która właśnie dotarła na koniec kolejki.
- Cośś nie taa, ssieffie? - zapytała ukraka, uśmiechając się zębato, jak tylko ukraki potrafią. Nieważne, że była słabą żeńską formą, i słabego zdrowia, nadal regenerującą się po obrażeniach sprzed wielu miesięcy - siedem stóp wzrostu, samych ścięgien i mięśni, w szaroburym workowatym stroju, z wielką szczerbą na spiczastej czaszce, z pazurzastymi łapami prawie do ziemi i "uśmiechem" rekina pod pałającymi zielenią ślepiami, spowodowało błyskawiczną zmianę nastawienia kolejki, z otwartej wrogości, w otwarte przerażenie. Tylko kasjerka niezbyt zmieniła się na twarzy, albo była zbyt zmęczona, albo dobrze wiedziała, jakiej klasy ochronę i ubezpieczenie ma Dworzec.
- Kiedyś to było nie do pomyślenia... - wysapał kapłan, nadal w swojej idiotycznej roli ważniaka, ale zanim palnął jakąś większą głupotę, która mogła go kosztować urwaną rękę, albo twarz, zależnie od nastroju Szczerby, Łamek wszedł mu w słowo.
- Proszę państwa, nie ma co kłócić się, czy denerwować - rozłożył puste ręce i uśmiechał się przyjaźnie; miał nadzieję, że zauważą to przez jego bujną rudą brodę - Spieszę, spieszymy się. Pan, ojczulku, może spróbuje u kierownika, zamiast kłócić się przy kasie? A pan od Tessem, za ile pan się zamieni miejscami ze mną? Za półgrosz? Wielkie dzięki! Wszystkim!
W trakcie przemowy Łamek przepchnął się na przód, kolejka rozstąpiła się magicznie przed nim. A raczej przed Szczerbą. Wcisnął drągalowi w błękicie półgrosz; kapłan cofał się aż do rogu pawilonu, najwyraźniej przed ukraką, która darzyła go wyjątkowym zainteresowaniem i "uśmiechem".
- Witamy na Dworcu polecamy w promocji wycieczki do Puszczy Zielonej czym mogę służyć - zmęczonym głosem zapytała panna za kasą, na oko zwykła mieszczka.
- Mapę poproszę. I zważyć nas - obejrzał się na Szczerbę, która nadal była skupiona na kapłanie, usiłującym zapaść się w kąt pomieszczenia - Szczerbatka, choć no tu bliżej!
- Taa jes, ssiefie.
Kasjerka podsunęła mu kunsztowny pulpit, samoodwzorowującą się mapę połowy kontynentu. Kiedy szybko przewijał trójwymiarowy obraz i szukał punktu podanego przez Pyro, dziewczyna otworzyła oburącz przyrząd o kształcie wachlarza, Łamka i Szczerbę oświetliło dziwne żółte światło.
- To będzie cztery - powiedziała kasjerka.
- Nie trzy? - zdziwił się, ale nie odrywał się od pulpitu, wyostrzał mapę na celu, a przynajmniej miał nadzieję, że to ich cel.
- Pokazuje mi cztery - wzruszyła ramieniem i pokazała mu wachlarz, na którym wzory układały się w "4".
- Przytyłaś, Szczerba? - zażartował do ukraki, jednocześnie popukał w obraz na mapie i zatwierdził cel - Niech będzie cztery, na tę lokację.
- Oczywiście - panna położyła ręce na swoim terminalu - To będzie 42 grosze.
- Ale rozumiem, że zaraz? - wyjął z kalety drobne.
- Tak, panie, jeszcze nie ma ruchu. Miłej podróży życzę.
- Dziękuję.
- Darz łom... - powiedziała cichutko, nie podnosząc oczu znad terminala.
- Bardzo dziękuję! - Łamek zdziwił się, pokręcił głową. Obejrzał się na skupioną kolejkę, obserwującą ich trójkę z bezpiecznej odległości - Państwu też dziękuję! Do zobaczenia!
***
Spadali płaską parabolą do celu, Łamek wypatrywał błysku Oka - zadzwonił przed samym lotem do Petra, że już lecą i żeby ktoś ich nie zestrzelił przypadkiem. Pyro potwierdził i stwierdził, że Maks będzie miał ich na Oku, niemaskowanym, na wszelki wypadek.
Zauważył błysk na wzgórzach, parę mil przed nimi, ale sporo po prawej. Skrzywił się i spróbował sterowania ręcznego, widmowy konstrukt w którym siedzieli miał symboliczne sterowanie - jak twierdzili zawodowcy, tylko po to, żeby pasażerowie lepiej się czuli, i że nie są tylko przesyłką.
Próbował obracać symboliczną czarną różę, którą ściskał w garści; nie poddawała się, jakby była zawieszona w jakiejś lepkiej niewidzialnej galarecie, niezależnej od jego dłoni. Ale ich trajektoria nieco zmieniała się, odchylała się w stronę błysku na wzgórzach.
- Daleko będzie, ssiefie? - odezwała się z tyłu Szczerba, w lekkim poszumie czarów klarujących i oporowych, bo konstrukt zaczynał operację lądowania.
- Jakieś ćwierć mili... - stwierdził przez ramię. Siedzieli w tandemie, pozostałe dwa miejsca pasażerskie magicznego konstruktu, przeznaczonego dla czterech ludzi, nie rozwinęły się za Szczerbą, pozostawały w powidokach pogmatwanej potencjalności, niczym stulone kwiaty.
- Daleko.
- Nie przejmuj się - odparł, obserwując jak konstrukt rozwija dwa wiry, małe przeciwbieżne tornada, spowalniające ich upadek na ziemię - Pójdę przodem, dogonisz mnie swoim tempem.
- Taa jes, ssiefie.
Szczerbatka zawsze starała się ambitnie nadążać za krasnoludem, choć sprawiało jej to wielką trudność i wiele bólu. Za przeciętnym człowiekiem w biegu, na dłuższym dystansie, nie mówiąc o wspomaganych czy elfach, nie była w stanie nadążyć; metabolizm ukraki, a jeszcze: sponiewieranej przez los, był o wiele za wolny. Ale nie na dystansach sprinterskich - w promieniu kilkudziesięciu łokci i przez parę sekst, mało co było szybsze niż ukraka, chyba tylko najszybsze bestie wojenne, albo silnie wspomagani magicznie. Od jednych i drugich Szczerba była znacznie tańsza i, wbrew pozorom, mniej kłopotliwa.
Wylądowali bez problemu. Oporowe tornada podniosły sporo kurzu i ziemi, z garbu porośniętego wątłą trawą, ale w ułamku sekundy po przyziemieniu konstrukt postawił ich łagodnie na nogach, po czym planowo wybuchł wszechkierunkowo ciepłym podmuchem, rozwiewając kurz. Było pogodnie, tak samo, jak w mieście, piękny letni poranek; lekki wiatr zwiał na nich część kurzawy z powrotem.
Widzieli na sąsiednim wzgórzu, nieco powyżej, dymiące obozowisko i dymiący zewłok trolla, ich cel.
- Ruszam, Szczerba - poprawił plecak na ramionach - Dogoń mnie, ale zatrzymaj się jakieś 30 kroków od obozu, okop się i odpocznij. W razie czego, sygnały i akcja jak zwykle.
- Jassne ssiefie.
Pobiegł przodem.
***
W centrum obozowiska rozstawiono większy namiot, dla Eugeniusza, który wylegiwał się przed nim, na leżance. Obok stanęły mniejsze namioty, Maksa i Iskry, i czwarty, na cenniejsze zapasy. Tylko Petr, jak zwykle, nie bawił się w namioty, siedział przy jednym z czterech dużych wozów, gdzieś dzwonił.
Służba oprawiała prosię na obiad, przepędzała woły na wypas w inne miejsce, kopała grób dla paru poległych.
Przed samym obozowiskiem Łamek zwolnił, szedł miarowo, uspokajając oddech i sprawdzając, czy pistola dobrze leży w kaburze pod pachą. Najemnicy obejrzeli go z daleka, ale byli uprzedzeni, wrócili do swoich zajęć. Tyczkowaty Maks, stojący po drugiej stronie obozowiska, machnął mu ręką; Iskry nie było nigdzie widać. Eugeniusz, zajęty jakąś dziwką i rozmową z nieznanym bardem, nie raczył go zaszczycić spojrzeniem.
Poszedł prosto do Pyro, który na jego widok szybko zakończył rozmowę przez lusterko, w vockim.
- Darz.
- Darz. No i proszę, przybyłeś zgodnie z planem.
- Zawsze dotrzymuję obietnic.
- Jaaasne. Chodź, pogadamy z Gienkiem i innymi.
- Może najpierw zobaczę trolla... - Łamek obejrzał się ponad wozem, na szczyt pagórka, gdzie wielkie truchło już prawie nie dymiło.
- Może najpierw pokłonisz się im - skrzywił się Pyro.
- Jeśli płyta jest do niczego, to może nie będę się nikomu kłaniał, tylko od razu się zmyję - odparł Łamek.
- Jeśli nie będziesz zachowywał się "porządnie", to się źle skończy, niezależnie od stanu i wyposażenia trolla - ponuro zauważył Petr.
- Racja...
Poszli pod namioty, gdzie zabawiał się Gienek, czyli Eugeniusz II Wypędzony, herbu Trzybór. Był paladynem wysokiego rodu i jak wskazywał jego przydomek, wyrzuconym ze skoligaconej rodziny na zbitą mordę, przez własnych stryjów, zaraz po śmierci zbyt wyrozumiałego ojca. Poza niespotykaną tężyzną fizyczną, podkręconą znacznie przez naturalną i nabytą magię, i poza wysokiej klasy umiejętnościami walki wręcz, był zupełnym psychopatą.
Cała ta legendarna ekipa była porąbana.
Chudy Maks był magiem Ziemi, który kiedyś, dla zemsty, porzucił stateczne morfowanie górek i dołków, i przestawił się na magię bojową, odnosząc niespodziewane sukcesy. Nosił się zupełnie jak nie mag, w manierze dworskiej, i ogólnie nie życzył sobie, by przypominano mu o Porządkach, czy Kapitułach. Od czasu do czasu dostawał napadów depresji albo przemocy, do wyboru do koloru.
Petr był krasnoludem, który nie chciał mieszkać pod ziemią, ani mieć cokolwiek wspólnego z typowymi zajęciami krasnoludów, czy w ogóle pobratymcami. Spał pod gołym niebem, szlajał się z najemnikami i typami jak Eugeniusz i spółka, nie miał domu. Ale jednak nosił się jak wzorcowy krasnolud i dwoma toporami sprawnie podtrzymywał legendę Rębajły.
Łuczna Iskra, pół-elfka, była normalna jak na pół-elfa, czyli była prawie taką psychopatką, jak Gienek. Jedna z najszybszych łuczniczek na kontynencie, dopalana magicznie, na ile tylko było ją stać; wyklęta przez elfy za spalenie jednego z Lasów, wyklęta przez ludzi za kilka zabójstw, tych, których jej nie darowano.
"Co ja tu robię?" pomyślał Łamiskał, wolno maszerując za Pyro w stronę namiotów. "A, no tak, kupuję za bezcen najlepszą stal pancerną w okolicy...".
(Testy w temacie "Czy trudno pisze się coś na skrzyżowaniu RPG + "Wiedźmina" + "Ruchu Generała", szczególniej - przy konsekwencji w świecie przedstawionym a la "Ruch Generała" i postulaty Jacka Dukaja z eseju "Filozofii fantasy" (Nowa Fantastyka, 8/1997)?". Piszę się łatwo, ale niestety, Wasz Ulubiony Autor ma tendencje do jeszcze łatwiejszego skrętu po spirali w dół, tj. miało być coś jak Pratchett w pierwszych satyryczno-komicznych tomach, ale błyskawicznie zjeżdża mi w krew, pot i łzy, gdzieś na dnie "Wiedźmina" a może "Gry o tron" (ale skądinąd nie znam GoT). Więc chyba nie uda mi się zrobić z tego nic fajnego.)