Dzisiaj na moim
warstacie marudy błędy "Kowbojów oceanu" Arthura C. Clarke, 1957. Zasłużona klasyka SF i jedna z nielicznych powieści "twardego SF" z tamtych czasów, którą dałem radę przeczytać ponownie bez nadmiernego bólu i cierpienia, a jakieś 3/4 książki po prostu jest spoko i nadal lubię. Za to mimochodem odkryłem, jak niechlujne było tłumaczenie Lecha Jęczmyka; najwidoczniej kiedyś mniej zwracałem uwagę na szczegóły, albo nie wykrywałem tak łatwo "wstecznie" charakterystycznych błędów polsko-angielskiego tłumaczenia. Lecimy! wróć, płyniemy!
Komunikacja łodzi podwodnych w ultradźwiękach nie zastąpi radia itp. ultradźwięki w morzu mają względnie mały zasięg.
"Polaryzujące okulary" w stylu VR na łodzi podwodnej nie powinny powodować problemu "upłynęło kilka sekund zanim dwa obrazy zlały się w jego mózgu w jeden trójwymiarowy". Chyba, że są tragicznie niedopasowane (tzn. trzeba robić jakiegoś zeza itp). Najwyraźniej coś się autorowi pop... ze stereoskopowymi dalmierzami itp.
"Obiegający ekran promień niesłyszalnego dźwięku", "promień hydrolokatora", itp. - Clarke'owi poplątały się radary, jak najbardziej kierunkowe, z sonarami, które w praktyce nigdy nie są NADAWCZO kierunkowe.
Nie jest tak, że im wyższe ultradźwięki, tym na pewno lepszy sonar.
"Żywy kożuch Warstwy Rozpraszającej" nie powinien zalegać aż na 500 stopach (150m) ale raczej na 200 (60m); poniżej 100m praktycznie nie ma fotosyntezy w oceanie.
"Człowiek po miliardach lat wrócił do morza" - rzeco?? w takiej skali czasu nie ma żadnego sensu mówienie o wyjściu z czy powrocie człowieka do morza. Ale to jest babol Jęczmyka, nie Clarke'a, w oryginale są "eony" a nie "miliardy lat"...
Serce SF akwalungu, czyli "aparat do regulacji ciśnienia" zawierający "powietrze pod ciśnieniem tysiąca atmosfer, cięższe od wody", w formie "małego ale zaskakująco ciężkiego cylindra", czyli sterta bzdur. Już pomijając, że nawet ciekłe powietrze nie jest cięższe od wody, i nawet 1000atm nie skrapla powietrza bez kriogeniki, to jakimś cudem urządzenie łamie prawo zachowania masy (w SF oczywiście może zawierać "hipermetaliczne powietrze" i ważyć tyle, że daje zapas normalnego powietrza na cały dzień pod wodą oraz wymaga zbiorników balastowych ALBO może dać się podnieść w ręku bez większego wysiłku, ale NIE OBIE OPCJE NA RAZ).
(umiarkowane) W indywidualnym pojeździ podwodnym - "torpedzie": joystick sterujący przed twarzą, pośrodku pulpitu sterowniczego, za osłoną hydro a la motocykl? A "ergonomia" to słowo na 9 liter... Skądinąd uwaga, że w razie wypadnięcia/zgubienia torpedy "na litość boską wyłącz silnik" to nie błąd, ale raczej brak wyobraźni; podobnie jak u projektantów pierwszych skuterów wodnych itp. które wchodziły do sprzedaży właśnie wtedy, kiedy Clarke pisał "Kowbojów oceanu". Też jeszcze nie miały żadnych automatycznych blokad, linek z "kluczem" od napędu itp.
Strzępiel "Ciamkacz" ma, powiedzmy, rozmiary i wagę jeszcze do przyjęcia, ale o jego wieku (kilkaset lat) Don plecie bzdury - rekordowe strzępiele dożywają rzędu 40 lat, bardzo odważne hipotezy mówią o 100 latach, i łatwo to sprawdzić "po słojach", bo promienie na płetwie grzbietowej wskazują przyrosty/wiek strzępiela.
Bariery ultradźwiękowe jako "zagrody" czy "korytarze" w hodowli morskiej SF może mają jakiś sens, ale nie na oceanie o dużej głębokości, i nijak nie udało mi się zrozumieć, po co komu bariera, która "rozciągała się już wokół połowy kuli ziemskiej".
"Tragiczna rozłąka", czyli teoria o niemożności przeprowadzenia się rodziny Franklina z Marsa, bo ludzie urodzeni i dorastający w 0.4g absolutnie nie mogą "wrócić" adaptacyjnie do ziemskiego 1g, albo o niemożności np. przewiezienia Franklina w śpiączce na Marsa, jest tak bardzo słabym pomysłem. Ale pewnie "książki by nie było".
Zmiana cyrkulacji pionowej oceanu przez termogeneratory nuklearne osadzone na dnie, w ramach "nawożenia planktonu", jest bardzo SF, bardzo w duchu lat '50 i bardzo głupim pomysłem pisarza.
Opuszczanie małej łodzi podwodnej do morza, z lecącego samolotu, dźwigiem, i "tak łagodnie, że nie odczuł żadnego wstrząsu"? I podnoszenie z wody też? To nie SF, to banialuki (ale jest tu pewien problem z badziewnym tłumaczeniem, w oryginale jest drobna poszlaka pominięta przez Jęczmyka, że SF "samolot", "transportowiec", "cargo", jednak ma jakieś możliwość zawisu w stylu Osprey'a czy śmigłowca).
Opisy "przekształcania dźwięku" przez aparaturę łodzi podwodnej i czegóż to Franklin nie słucha z "życia podmorskiego", są słabe w wersji Clarka, jeszcze słabsze w wersji Jęczmyka.
Niemożność codziennego kontaktu z rodziną na Marsie jest babolem klasy jak zupełny brak kontaktu Marka z rodzicami w filmie "Marsjanin". Dlaczego to niemożliwe? Bo ponieważ ale o panu pisarzowi się tak wymyśliło tragicznie, więc tak jest; a sto lat i miliony ludzi porozumiewających się telegrafem, teleksem (czy dekady emaili dla "Marsjanina") - zniknęły logicznie.
(umiarkowane) Wzmianka o "pełnym napięcia lądowaniu na satelitach Marsa na zakończenie długiej podróży" jest jakimś czubkiem góry lodowej słabych bajań SF, których Clarke na szczęście nie rozwinął.
Nabijanie punktów "mężnym inspektorom" historyjką, jak to nurek naprawiał obluzowany filtr rurociągu chłodzenia elektrowni atomowej, włażąc w ssący rurociąg bez zatrzymania chłodzenia, wystawia bardzo złe świadectwo projektantom tejże elektrowni, czyli - autorowi.
W głębokiej wodzie, polując na Percy'ego, Walter i Don nie mogą namierzać "radiolatarni" (ale to wina tłumocza, w oryginale jest ogólniej "beacon", więc może być akustyczny).
"Prąd o natężeniu 50 tys. amperów" służyłby raczej do błyskawicznego usmażenia wieloryba, niż zabiciu wieloryba w rzeźni. Oraz właśnie powodowałby koszmarną konwulsję, zamiast "nie dając nawet czasu na śmiertelne konwulsje".
(umiarkowane) Wizja kolonizacji Wenus, z morzami i pod jakąś rozsądną atmosferą, jest "opóźniona" o jakieś 30 lat, mogła być fajna w '30, jest słabymi bajędami w 1957. Ale z drugiej strony, było to pisane przed pierwszymi próbnikami oblatującymi Wenus, więc powiedzmy, do wybaczenia.
(umiarkowane) Albo kolonizacja Marsa i Wenus jest powszechna i w miarę masowa, i to już na pojazdach bardzo SF (jakieś antigrav), albo mamy etos bohaterskich kosmonautów (tu: syna, Petera), który jest nadal niczym z czasów programu Mercury czy Apollo. Jeśli zachodzi to NA RAZ, to jednak jest typowy socjologiczny babol tzw. "złotego wieku SF". BTW którego pięknie uniknął prawie w tym samym czasie Lem, parę lat później pisząc o Pirxie.