NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2026-04-19, niedziela
Tagi:  marynata     
___________________________________

Nieuniknione, że moja pisanina historyczna wojenno-morska jest osadzona głównie w kręgu kultury "zachodniej", ludzi i okrętów od Salaminy po Zimną Wojnę. I nawet jeśli występuje w niej Pacyfik czy Ocean Indyjski, zmagają się tam "biali ludzie", a przynajmniej floty i technologie "białych ludzi" (nawet jeśli "made in Japan"...).

Nie wolno zapominać, że cała nasza "cywilizacja zachodu" to historycznie, demograficznie i często też technologicznie "małe miki" w porównaniu z innymi światami, przypadkiem znajdującymi się na tej samej planecie. A szczególniej blado wypadają historyczne porównania z Azją, oczywiście. Rzecz jasna, 200 lat propagandy kolonializmu zrobiło swoje, i przeciętny Polak czy Anglik nadal ma głębokie pokłady rasizmu i fałszywe wysokie mniemanie o swojej nieuniknionej i przyrodzonej wyższości, i wyższości "naszej" cywilizacji i historii nad tamtymi, ale cóż można powiedzieć poza tym, że nie takie wyparcia i propagandy ludzie kochają w imię nieco lepszego samopoczucia, i ochrony kruchego ego.

Ale moim zdaniem należy studiować wszelkie historie wszystkich ludzi, aby ciekawe; a nie tylko "swoje". Bo często okazuje się, że właśnie historie odległe o tysiąc lat i 10 tysięcy kilometrów mówią najwięcej o sprawach uniwersalnie ogólnoludzkich, i o nas, i dla nas też są ważkie. Stąd, choć nie jestem jakimś wielkim specjalistą od Dalekiego Wschodu i jego przebogatej historii (o Japonii czy Indiach mam pojęcie może ponadprzeciętne, ale nadal nikłe), to jednak spróbuję przybliżyć "człowieka i morze" bardzo odległe nam w czasie i przestrzeni. Bo warto, moim zdaniem.

A w szczególe, jedziemy do Korei; która skądinąd ostatnio jakby przejmuje rolę "opatrzonej" Japonii, w temacie "egzotyczna i futurystyczna cool kraina z Dalekiego Wschodu".

Yi Sun-sin, War MemorialYi Sun-sin (fonetycznie "ii sun śin", mniej więcej) urodził się w 1545r. w obecnym Seulu, ówczesnym Hanseong, już wtedy sporym mieście i stolicy dynastii Joseon (fonetycznie "ciosan"), która skonsolidowała Koreę ponownie pod koniec XIVw. Pochodził z arystokratycznej rodziny, w specyficznym sensie koreańskiej arystokracji (nieco pokrewnej chińskim konfucjańskim pomysłom). Pozycja wysoko ponad zwykłymi obywatelami była na poły dziedziczna, ale wymagała zdawania rządowych egzaminów, partycypowania w rządowej biurokracji, no i radzenia sobie na skomplikowanym i pełnym frakcji, koterii i przekupstwa, szczycie społeczeństwie neo-konfucjańskiej Korei.

Rodzina Yi Sun-sin wyniosła się poza stolicę i życie polityczne, wobec niejakich prześladowań a nawet egzekucji znajomych i przyjaciół, w obrębie wiecznie skłóconych "partii" biurokratów. Pewne problemy polityczne nie były bardzo krytyczne dla życia młodego Yi Sun-sin, żył na wysokiej stopie, zaprzyjaźniał się z rówieśnikami, którzy potem byli najwyższymi dostojnikami (przydało mu się to parę razy...). Ożenił się w 1564, zaczął studiować wojskowość i militaria, co skądinąd nie było prestiżową dziedziną w konfucjańskiej Korei, najważniejsza i bardziej prestiżowa była "literatura", potem "różności", militaria nie cieszyły się poważaniem. Nawet pomimo teoretycznego obowiązku służby wojskowej arystokracji, wobec prawie 200 lat pokoju, elity traktowały służbę wojskową jako uciążliwą głupotę, do uniknięcia przekupstwem i koneksjami.

Urodziły mu się dzieci, w tym trzech synów; w międzyczasie w 1572 przystąpił do egzaminów państwowych z wojskowości (zarówno teoretycznych, jak i praktycznych, z łucznictwa, szermierki, także konno), nie bardzo udanie, bo zaraz złamał nogę po upadku z konia. Legendy mówią, że założył sobie łupki i dokończył egzaminy, źródła wydające się bardziej wiarygodne mówią, że zdał teorię, a praktykę za rok czy dwa, ogólnie, jego kariera nie była w żadnym sensie szybka.

Około 1576 rozpoczął właściwą służbę wojskową, w szczególe nie miał lekko, jako "podstarzały" 32 latek w najniższej randze wojskowo-biurokratycznej. Zaczął karierę na południowym cyplu Korei, w siłach morskich (armia koreańska tego czasu nie rozróżniała rodzajów broni), ale niebawem podpadł zwierzchnikom, podnosząc protesty przeciwko praktykom korupcyjnym, więc szybciutko "karnie" przerzucono go na granicę północną - gdzie można było łatwo zginąć, bo te strony były ciągle niepokojone przez "barbarzyńskich" tunguskich Dżurdżenów (z których mniej więcej wywodzą się późniejsi Mandżurowie i Mandżuria).

Ale zamiast grzecznie zginąć, w parę lat Yi Sun-sin wykazał się w walce, w dowodzeniu; parę błyskotliwych potyczek i zasadzek wystarczyło, żeby zyskał opinię doskonałego dowódcy i ponownie - wielu poważnych wrogów wśród zwierzchników i kolegów. Przez chwilę odpuścili, kiedy zniknął im z oczu w związku z urlopem na "obowiązkową" trzyletnią konfucjańską żałobę po śmierci ojca, ale po powrocie na front w 1586 zalazł za skórę wszystkim, wygrywając potyczki, odnosząc sukcesy i "strugając bohatera" (podobno kiedy w bitwie oberwał strzałą w nogę, sam ją sobie wyrwał i ukrywał zranienie przed podwładnymi, żeby nie obniżać morale). Pomimo, że starał się usuwać w cień i dzielić zasługami, zwierzchnikom jakoś nie spodobały się jego sukcesy. Intryga i spisek były powszechną bronią wśród arystokracji koreańskiej tego czasu, więc zaraz sfabrykowano przeciwko niemu wystarczające poważne zarzuty (dezercji w bitwie w obliczu wroga), zdjęto go z dowodzenia, uwięziono, poddano torturom, itd.

Dzięki osobistej "twardości" (nie przyznał się do zarzutów) i trochę za lekkim dowodom udało mu się przetrwać - jego wrogowie nie bardzo mogli go zgładzić w majestacie prawa, mogli zaledwie uwięzić, a jego koneksji wśród elit oraz "chodów" u króla Sonjo ("sondzio") wystarczyło, żeby został ułaskawiony i przywrócony do służby, tyle, że jako szeregowy żołnierz. Po paru latach, wobec jego znanych talentów i postawy (gdyż nie narzekał a po prostu robił swoje) i kiedy "sprawa przyschła", król przywrócił Yi Sun-sin na stanowiska oficerskie, także jako królewskiego ochroniarza i gońca, i szefa "ośrodka wyszkolenia" w stolicy. Wrócił w rangi urzędnicze, potem w łańcuch dowodzenia na północy kraju, co jakoś znowu nie przysporzyło mu fanów wśród zwierzchników i kolegów; szeregi jego wrogów jakby gęstniały, przenoszono go dyscyplinarnie z miejsca na miejsce. W 1591 "awansowano" go ponownie na południowy cypel Korei, do sił morskich, które zajmowały się głównie zwalczaniem tradycyjnego piractwa koreańsko - chińskiego, okazyjnie japońskiego w wersji "upaństwowionej" (bo jeśli któryś południowy daimyo Szogunatu postanawiał sobie dorobić poważnym piractwem, trudno to nazwać zupełnie prywatną inicjatywą; a że Korea leży akurat naprzeciw Cuszimy czy Fukuoki...).

Sytuacja morska i ogólnowojskowa Korei dramatycznie zmieniła się w 1592, kiedy japońskiemu szogunowi Toyotomi Hideyoishi, który nieco wcześniej zjednoczył na dobre Japonię, nadmierna ambicja nieco "odwaliła" na stare lata (ale też zapewne miał parę pragmatycznych powodów): wymyślił sobie, że skoro już podbił Japonię, to teraz podbije Chiny. Albo Indie. Albo całą Azję. A niestety, najwygodniejsza droga Azja - Japonia zawsze wiedzie przez Półwysep Koreański, i było tak zarówno w czasach inwazji Mongołów w XIIIw, w czasach Yi Sun-sin i w czasach II wojny światowej też. Dygresyjnie - historia Korei czasem przypomina Polskę, z Chinami jako Niemcami, Japonią jako Rosją; tyle, że tak normalnie Japonia nie miała głowy do spraw kontynentu i morze jest nieco lepszą granicą, niż to, co dzieliło Polskę od Moskwy. Ale w 1592 okazało się, że samo morze Japończyków nie powstrzyma.

Toyotomi postawił królowi Sonjo "propozycję nie do odrzucenia", żeby dał drogę armii japońskiej do Chin dynastii Ming, a nawet przyłączył się do inwazji Chin, zaklinając króla "na jego duszę". Ultimatum było dla Koreańczyków nie do zaakceptowania; już pomijając zobowiązania sojusznicze i trybutarne wobec Chin, Koreańczycy nie uważali, że ich suwerenne królestwo miałoby nagle zostać podnóżkiem samurajów; jak też nieco nie docenili militarnej siły Japonii, zjednoczonej pod egidą szogunatu. Za to doskonale wiedzieli, że Toyotomiemu odwaliło i żadnych Chin nie podbije, najwyżej je wkurzy, a co pewne, to że jeśli Korea łatwo ugnie się przed szogunem, to na końcu wszystko skrupi się na Korei, kiedy już Chińczycy zepchną Japończyków do morza...

Stąd Sonjo udzielił odpowiedzi kategorycznie odmownej, na co Japończycy natychmiast przypuścili kolosalny atak. W pierwszej fali w maju 1592 na 800 okrętach wylądował desant 24000 żołnierzy pod Pusan, głównie chrześcijańskich Japończyków pod chrześcijańskim daimyo Konishi Ukinaga (to są dzieje sprzed wygnania jezuitów z Japonii i prześladowań chrześcijan). W drugiej fali dołączyły siły buddyjskiego daymio Kato Kiyomasa; mówi się, że armia i flota japońska zaangażowane w Korei stopniowo osiągnęły 150 tys. ludzi, solidnie uzbrojonych w broń palną (japońskie muszkiety). Ale na względnie lekkich i małych okrętach, co ważne w temacie "marynaty".

Koreańczycy nie mieli szans - nawet pomijając braki w ręcznej broni palnej, i lokalne błędy i nieudolności (m.in. dowódców, którzy wcześniej mieli na pieńku z Yi Sun-sin, ewidentnie dobrych w intrygach, ale nie w dowodzeniu), skala najazdu przekroczyła wszystko, czego Korea się spodziewała i na co była przygotowana po latach pokoju. W trzy tygodnie Japończycy osiągnęli Seul, czyli przeszli "na wylot" główną południową część Półwyspu Koreańskiego, i to nie bardzo się spiesząc, bo chrześcijański Ukinaga musiał po drodze zburzyć wszelkie buddyjskie świątynie i klasztory.

Fala najazdu rozlała się po całym kraju, obracając Koreę w perzynę. W podsumowaniu całej wojny: około 90% ludności straciło dach nad głową, rolnictwo zostało praktycznie zniszczone, w walce poległy grube dziesiątki tysięcy żołnierzy (samurajom zakazano tradycyjnego obcinania pokonanym wrogom głów dla "sławy i zaszczytów", jako niepraktycznego w walce daleko od domu, więc ścinali uszy albo nosy i wieźli je jako trofea do Japonii, około 40tys. "trofeów" pochowano w samym Mimizuka w Kioto), wybijano cywilów, gwałcono kobiety, burzono miasta, okazyjnie urządzano pokazowe rzezie (jak po oblężeniu niepokornego Chinju, w warstwie psychologiczno-narodowej - koreańskiej wersji żydowskiej Masady).

Yi Sun-sin już przed inwazją starał się usprawnić flotę - nie miał doświadczenia czy szkolenia w walce morskiej, ale solidnie studiował wszelkie dostępne materiały o tradycji koreańskiej, japońskiej, i szczątkowo dostępne o europejskiej. Robił badania, zlecał przygotowanie map, także map pływów, wyciągał z lamusa stare pomysły i próbował je adaptować do nowej rzeczywistości, szczególniej do coraz lepszej broni palnej oraz wymyślić koreańskie antidotum na mocne strony Japończyków.

Japończycy mieli dobrych łuczników, sporo muszkietów i bardzo dobrych w walce wręcz żołnierzy i samurajów, a ich okręty były szerokie i pojemne, nastawione na ostrzał pokładów przeciwnika z góry i niepowstrzymany abordaż; za to prawie nie mieli dział (typowo jedno-dwa na okręt i to raczej typu "złom wz.1580") i nie nastawiali się na jakieś finezyjne manewry morskie. Natomiast Koreańczycy bardzo udoskonalili przez poprzednie sto lat chińskie działa, także morskie, prawdziwym programem badawczym sponsorowanym przez państwo, oraz mieli pomysły na okręty znacznie zwrotniejsze i szybsze (bo np. węższe) niż japońskie "barki". Ale za to mieli duże zapóźnienie w temacie ręcznej broni palnej (którą Japończycy kopiowali już masowo z wzorów europejskich i wdrożyli powszechnie w czasie wojen jednoczących Japonię), oraz choćby nie wiem co, nie byli w stanie sprostać zawodowcom-samurajom w walce wręcz, także w abordażu.

Korean turtle ship replicaOsiągnięciem Yi Sun-sina było połączenie wszystkich tych danych w odpowiednią taktykę i rozwiązania projektowe, w tym najbardziej - w odświeżenie koncepcji "okrętu - żółwia": pomysł miał w Korei ze sto lat, ale to Yi Sun-sin postawił na niego mocno i skutecznie w przededniu i w trakcie japońskiej inwazji. Uznał, że trzeba podejść do zagadnienia w duchu inżynierii, olać tradycję i po prostu zaprojektować właściwe okręty do zastanej sytuacji - skoro Japończycy mają dużo i dobrych strzelców, trzeba się przed nimi osłonić; skoro dążą do skutecznego abordażu, trzeba im go maksymalnie utrudnić; skoro my mamy niezłe armaty, a oni nie, trzeba tych armat skutecznie użyć; itd. Stąd na kadłubie w miarę normalnego koreańskiego okrętu, dosyć zwrotnego i szybkiego, szczególniej w porównaniu z japońskimi, zabudowano "żółwia", czyli gładki wysklepiony beczkowato "pancerz" z najtwardszego drewna, nabity ostrzami. Oraz na okręciku upchnięto armat, klasy 36-funtówek, "ile się dało", czyli po 10-11 na burtę plus jedno - dwa na dziobie i rufie.

W efekcie załoga, szczególniej artylerzyści, zostali osłonięci przed łucznikami i nawet muszkietami (bo 20cm twardego drewna pod małym kątem ówczesne muszkiety raczej nie przestrzeliwały; skądinąd wiele źródeł, szczególniej "nacjonalistycznych", upiera się, że "żółw" był nieco opancerzony żelazem i pierwszym okrętem pancernym, "ironclad", w historii, jak na zdjęciu repliki. Ale nie wydaje mi się, gdyż źródła rzetelniejsze słusznie twierdzą, że dołożenie paru ton żelaza na czubku takiej dżonki absurdalnie spowolniłoby i zdestabilizowało okręcik, a w ogóle to żelazo było zbyt cenne tam i wtedy, żeby z niego robić pancerze i było go po prostu za mało. Ale próby abordażu na łukowy "pancerny" pokład, nabijany solidnie gwoździami - ostrzami, przypominały sztuczki cyrkowe a nie abordaż, bo jeśli nawet nie trafiło się od razu stopą na ostrze, to próba utrzymania się w zbroi i z bronią, na gładkiej mokrej "beczce" skaczącej na falach, bardzo łatwo musiała skończyć się upadkiem, albo na ostrza, albo do wody. Albo dziabnięciem koreańską włócznią, spod pancerza, przez zaprojektowane w tym celu szczeliny. A cała koreańska artyleria, którą udało się upchnąć, miała rozstrzygać walkę na odległość, a nie w abordażu czy w walce wręcz.

Co ważniejsze, Yi wymyślił albo odtworzył nie tylko stare koncepcje "pancernika", ale też różne solidne taktyki i triki morskie, jak na przykład słuszną taktykę użycia zespołu floty, mającego więcej i skuteczniejszej artylerii niż przeciwnik - wytrenował swoich marynarzy i artylerzystów w walce w formacji torowej i zwrotach w punkcie, z optymalnym użyciem artylerii na zwrotach. Wolał nie iść "na rympał" niczym jakiś Nelson za 200 lat, bo nie mógł liczyć, że po jednej - dwu salwach będzie po bitwie, czy że wygra starcie, jeśli sczepi się w zwarciu z przeważającym i strasznym w abordażu przeciwnikiem. Stąd postawił na walkę z dystansu, i zasypywanie wybranego okrętu czy formacji wroga przez kolejne koreańskie okręty płynące torowo, tj. "gęsiego" (dygresyjnie, po drugiej stronie świata podobne dylematy podobnie rozwiązywał Francis Drake, też starający się przejść od zbyt ryzykownego dla niego abordażu, przeciwko hiszpańskim wielkim okrętom, pełnym doskonałej piechoty, do walki artyleryjskiej na dystans). Yi Sun-sin przewidział nawet sygnały i taktyki pozorowanej ucieczki np. centrum formacji, dla wciągnięcia wroga w krzyżowy ogień skrzydeł, i wiele innych trików.

Co zaskakujące, solidne acz pośpieszne studia i cała ta "inżynieria" wojenno-morska Yi Sun-sina zadziałały doskonale. W pośpiechu zrobione "żółwie" z pośpiesznie wytrenowanymi załogami, ba, trenowanymi w trakcie rejsu wkoło półwyspu, popłynęły na bitwy, jako "pancerniki" wśród normalnych bojowych dużych dżonek koreańskich (panokseonów) i wprost rozniosły na kopach japońską flotę w serii potyczek i bitew, rozstrzeliwując z dystansu dziesiątki japońskich okrętów i nie tracąc własnych; wywabiając przeciwnika z portów albo walcząc na pełnym morzu itd. itd.

Pamiętajmy, że Koreańczycy, pomimo błyskotliwych zwycięstw morskich, byli ciągle w położeniu rozpaczliwym; siły lądowe przegrywały na całej linii, co nie podnosiło morale; flota nie dojadała i kurczyła się baza zaopatrzeniowa w zachodniej części Korei. W tych warunkach Yi okazał się charyzmatycznym przywódcą, ukrywał i bagatelizował rany (bo trafienia z muszkietu w ramię nie dało się ukryć...), znosił wszelkie niewygody razem ze swoimi ludźmi, podnosił morale, oszczędzał ich i opiekował się nimi jak mógł, nie szafował ich krwią bezsensownie - stąd miał ich kolosalne zaufanie i szli za nim jak w dym, wykonując skomplikowane plany bitew i sztuczki najdoskonalej jak potrafili. Starał się nawet odbudowywać i "rekultywować" rejony, które odbijała i gdzie bazowała jego flota, bo rozumiał, że po takiej wojnie, nawet wygranej, przyjdzie głód i nędza.

Zwieńczeniem batalii była bitwa pod Hansan, gdzie Yi Sun-sin na 70 okrętach (w tym 3 "żółwiach"-pancernikach) wyciągnął Japończyków ze zbyt wąskiego i skalistego przesmyku przynętą w sile sześciu okrętów, po czym błyskawicznie obskoczył ich półokrążeniem ("formacją skrzydła żurawia", poetyckie nazwy i terminy zawsze były popularne na Dalekim Wschodzie), z "żółwiami" na czele ataku i w ciężkiej bitwie rozniósł Japończyków. Z 82 okrętów japońskich zniszczono 47, 12 wpadło w ręce koreańskie, japoński admirał Wakisaka ocalał tylko dlatego, że miał szybki okręt...

Po kampanii morskiej 1592 i bitwie pod Hansan szogun Toyotomi Hideoshi odgórnie zawiesił operacje morskie, bo zaczęło robić się to zbyt kosztowne nawet przy ambicjach "zdobywcy Azji". Szogunat próbował nająć portugalskie galeony, żeby wyrównać przewagi koreańskiej artylerii, ale że nie udało się, stąd przystąpił do formowania większej i lepszej floty, żeby zdusić koreański opór samą masą rzuconych okrętów, "brute force". Ale w międzyczasie oznaczało to odcięcie korpus ekspedycyjnego i jego zdziesiątkowanie, wobec tężejącego oporu Koreańczyków i nadciągającego wsparcia chińskiego (nastąpił pat około 1594, a nawet negocjacje nieco później).

Yi Sun-sin awansowano do ekwiwalentu admirała, co stało się "kroplą soli, która przepełniła czarę" w oku głównodowodzącego, Won Kyona, z którym "tradycyjnie" Yi miał na pieńku (bo już na początku wojny postawił Won Kyona w złym świetle, przybywając z zachodniej Korei z pomocą na front wschodni, od strony Japonii). Kiedy tylko nacisk Japończyków zelżał, uknuto intrygi stawiające pod znakiem zapytania lojalność Yi (prawdopodobnie szło o rozkazy zaatakowania Japończyków, którzy byli, albo i nie byli, hen daleko na morzu - czego Yi odmówił, więc ogłoszono go tchórzem lub zdrajcą).

Poparcia znajomków u dworu, a nawet poparcia społecznego (bo wieści o zwycięstwach floty i powstrzymaniu inwazji obiły się szeroko w Korei) wystarczyło, żeby Yi z trudem przeżył niełaskę króla i "proces" (bodaj dwa razy premier z którym się znał za młodu, wybłagał oszczędzenie Yi), ale w 1596 znowu go, ku oburzeniu wielu, zdegradowano do prostego żołnierza...

Dodatkowym ciężarem dla Yi, obok ciężkiej wojny, ran, intryg i publicznej hańby, itd. była śmierć matki (bo dla człowieka wychowanego w konfucjanizmie to był bardzo ciężki cios; skądinąd kiedy ją ostatni raz odwiedzał, ponaglała go, żeby wracał na wojnę i bronił kraju...). Po tym wszystkim prawie prawie się załamał, zdarzyło mu się, admirałowi, dowódcy dziesiątek bitew, rozpłakać publicznie na wizycie u przyjaciela, z rozpaczy po prostu. Przesiadywał samotnie nocami, w smutku, ale jak to mówią "giął się, ale się nie złamał". Potem uważał, że wyciągnęło go z depresji poczucie obowiązku oraz wsparcie i szacunek okazywany mu przez prostych ludzi i urzędników, którzy mieli w dupie dworskie intrygi, i słusznie uważali go za bohatera. Podobnie też żołnierze i oficerowie piechoty, do której go karnie przydzielono i w której bez szemrania służył.

Na początku 1597, po fiasku negocjacji, Toyotomi przypuścił drugi atak na Koreę. Japońskie siły rzędu w sumie 140tys ludzi przypłynęły na około 1000 okrętów, tym razem Koreańczycy byli lepiej przygotowani i już ze znacznym wsparciem chińskiej dynastii Ming (rzędu co najmniej kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy); powstrzymali samurajów przed osiągnięciem Seulu i odrzucili ich na wschód. Ale na morzu nie wyglądało to różowo, już pomijając, że Won Kyon dopuścił do desantu i umocnienia Japończyków na przyczółkach, okazało się, że można mieć wyszkoloną flotę, 150-200 okrętów i "żółwie"-pancerniki, ale jeszcze trzeba umieć tego wszystkiego użyć - zdaje się, że Won Kyon umiał tylko intrygować i unosić się dumą. Bez dostatecznego rozpoznania dał się wciągnąć w walną bitwę w niekorzystnym położeniu, gdzie wzajemna szarpanina kosztowała go coś koło 50 okrętów ze 150, co nie było akceptowalnym wynikiem, kiedy Japończycy mieli ich 500...

Po odwrocie zatrzymał się bezsensownie, bo albo po prostu nie wiedział co dalej robić, albo "honor" go wpędził w stupor decyzyjny (atak to samobójstwo, odwrót nie wchodzi w grę) - dało to czas Japończykom na znalezienie jego okrętów, przygotowanie ataku i zmiażdżenie koreańskiej floty w sierpniu 1597 pod Chilcheollyang. Won Kyon uciekł na ląd, jedni mówią, że dopadli go i ścięli samurajowie, inni, że został ujęty, skazany i stracony za dezercję. Japończycy mieli otwartą drogę morską nie tylko "na wprost" przez cieśniny z Japonii, ale do desantów i zaopatrzenia aż pod Seulem, od zachodniej strony półwyspu.

Z całej koreańskiej floty ocalało tylko 12-13 okrętów (zwykłych panokseonów, żadnych "wielkich" czy "żółwi"), które tak naprawdę po prostu wycofały się przed zaordynowaną przez Wan Kyona samobójczą bitwą z 500 okrętami japońskimi.

Oczywiście, w takim momencie król i dwór natychmiast przypomnieli sobie o naszym bohaterze, "jak trwoga, to do Yi". Został błyskawicznie przywrócony na stanowisko admirała i objął dowodzenie niedobitkami floty. Ale po chwili rząd i król zmienili zdanie, wobec coraz silniejszej obecności lądowej Chińczyków i obiecanej pomocy morskiej, wydano rozkaz opuszczenia okrętów i spieszenia marynarzy do walk lądowych, żeby bezsensownie ich nie wytracić na morzu. Yi Sun-sin odmówił i odpowiedział dworowi i królowi, że "Uniżony sługa nadal ma 12 okrętów i dopóki żyje, wrogowie nie zwyciężyli." (skądinąd, odpowiedź ta daje dobre pojęcie, dlaczego Yi nie był bardzo popularny wśród zwierzchności; zdaje się, że nigdy nie leżał choćby w pobliżu konfucjańskich wzorców posłuszeństwa).

Bardzo bardzo dokładnie zaplanował bitwę, która wyglądała na jego ostatnią, a nawet miała wszelkie znamiona zbiorowego samobójstwa. Znając wybrzeże Korei, pływy itp. okoliczności wybrał miejsce, czas, formację i taktykę. Nie miał żadnego wyboru co do własnych sił, bo ich prawie nie miał, a Japończyków nie mógł zbytnio zwodzić, czy się z nimi ganiać, bo mieli nad nim przewagę CO NAJMNIEJ 10 do 1.

Proponuję się zatrzymać i przemyśleć. DZIESIĘĆ DO JEDNEGO. Powiedziałbym, że w bitwach morskich tamtych czasów 3 do 1 było granicą "niezdrowego rozsądku", jak w poprzednich bitwach Yi; kiedy błyskotliwe dowodzenie, przewaga wyszkolenia, czy taktyki i techniki mogła zniwelować "masę" rzuconego do walki przeciwnika. Przy 5 do 1 to już w zasadzie rzeczywiście lepiej było się samozatopić, w razie konieczności dziejowej - utopić, bo przynajmniej człowiek nie topił się zmęczony. 10 do 1 to już nie śmiech na sali, to bezsens. Największą dla mnie zagadką jest, jak Yi Sun-sin przekonał tych kilkuset (mówi się o zaledwie 200) marynarzy, że w ogóle warto próbować walki w takich warunkach i nikt mu zaraz nie wsadził noża w plecy - jednak musiał chłop mieć charyzmę, co najmniej jak Nelson później, co nie.

Yi wywabił Japończyków z kotwicowiska, podsyłając im szybki okręt, udający zagubionego zwiadowcę. Japońscy admirałowie zinterpretowali w sumie słusznie, że zwiadowca musi uciekać do resztek koreańskiej floty, co daje dobrą okazję do starcia jej z powierzchni morza, a że i tak mieli okrążać Koreę od zachodu, w celu dotarcia pod Seul - stąd natychmiast podnieśli flotę i ruszyli za zwiadowcą, tak jak Yi zaplanował, w cieśninę Myeongnyang, pomiędzy Półwyspem Koreańskim a wyspą Jindo. Cieśnina jest wąska, ergo nie pozwalała na rozwinięcie 120-130 okrętów japońskich (w sumie samuraje podobno mieli 333 statki, ale z tego ok. 200 pomocniczych i zaplecza) i okrążenie szczupłej flotylli koreańskiej. Cieśnina ma bardzo mocne pływy (rzędu 10 węzłów) północ-południe, w cyklu trzygodzinnym, co jak się wydaje dla Japończyków nie było jasne przed bitwą.

Yi zakotwiczył "flotę" 12-13 okrętów po północnej, spokojnej stronie cieśniny, i czekał na atak. Jego szczupłe siły obstawiły półkolem wylot, ale marynarze i dowódcy po poprzedniej masakrze pod Chilcheollyang wcale nie rwali się do walki, wobec miażdżącej przewagi ilościowej wroga. Przez dłuższy moment tylko flagowiec Yi walczył samotnie, "jak zamek na morzu", najbliższy koreański okręt był ze 400m w tyle.

Po jakimś czasie skuteczna walka flagowca i jego pomocniczych łodzi, z forpocztą floty japońskiej, zagrzała do boju resztkę koreańskiej floty.

Zbiegło się to z gwałtownym przypływem w cieśninie, który zaczął spychać, zderzać i wrzucać na siebie japońskiej okręty, zaczęło się pandemonium. Na które najwyraźniej czekał Yi, którzy rzucił cięższy flagowiec do ataku, w tłoku taranował i zniszczył 31 japońskich okrętów, jego okręty z niezłymi działami rozstrzeliwały jeszcze lżejsze i praktycznie pozbawione artylerii okręty japońskie.

Uderzenie było fenomenalne i miażdżące, i cofnęło samurajów, ale jak zapisał Yi (jego pamiętniki z obu faz wojny przetrwały, i są w projekcie "Pamięć świata", Memory of World, pod egidą UNESCO) prądy w cieśninie, masowo topiące Japończyków, i przeciwny wiatr uniemożliwiały mu sprawne kontynuowanie ataku. A z cieśniny nie miał zamiaru rozwijać formacji, bo nadal miał przed sobą kolosalną przewagę wroga. Stąd z wiatrem i z nadejściem nocy "wycofał się na z góry upatrzone pozycje". Stracił około 10 ludzi i nie stracił żadnego okrętu, samuraje stracili ponad 30 okrętów (31 do 35, zależy kto opowiada), setki ludzi, w tym dowódców i oficjeli.

Nic podobnego nigdy nie zdarzyło się, w historii świata.

Yi stał się sławny (także na nieszczęście - Japończycy też go "poznali", ich karna ekspedycja zruinowała jego rodowe włości i miejscowości, zabiła młodszego syna).

Chociaż była to tylko wygrana potyczka (tak sam Yi przedstawiał to w raporcie), nie utrzymali cieśniny, i nieznacznie opóźnili Japończyków, to miała duże konsekwencje polityczno-społeczne. Po pierwsze, wygrana podniosła morale resztek koreańskiej floty, która zaczęła wyłazić z zakamarków i konsolidować się pod flagą Yi. Po drugie, podniosła morale ciężko walczących wojsk lądowych. Po trzecie, pokazała Chińczykom, że strategia trzymania ich kontyngentów armii i floty przy portach jednak może być zamieniona na otwartą wojnę morską, bo ramię w ramię z Koreańczykami da się walczyć, i jest tu paru barbarzyńców-samurajów do utopienia.

Dygresja - Chiny Ming na początku około 1592-93 nie bardzo wierzyły, czy angażowały się w wojnę w Korei (zresztą Koreańczycy na początku też nie wierzyli, że może przypłynąć 1000 statków z 100 tysiącami Japończyków...), i mieli w trakcie ze dwie wojny na północy, z Mongołami i rebelię. Ale kiedy Korea, najważniejszy wasal w systemie państw-klientów wkoło Chin, w końcu poprosiła o wsparcie, i okazało się, jak wielka jest inwazja, Ming obiecali należną pomoc, tyle, że muszą ściągnąć siły i to trochę potrwa. Ale jak obiecali tak zrobili, bo szogunat nie tylko atakował i obracał w perzynę poważnego wasala i partnera Ming, ale też to była "wyprawa do Chin" a Korea tylko "po drodze"; Japończycy negowali sinocentryczny świat "Państwa Środka" rządzonego przez "Syna Niebios", i chcieli sami zająć jego miejsce. A to ze względów politycznych i ideologicznych absolutnie nie było akceptowalne. Stąd np. już pomijając pomoc w wojsku i flocie, która w końcu dotarła, Chiny zacisnęły zęby i rzuciły w Koreę monetką, w skali 17 milionów sztuk srebra, PÓŁROCZNYMI DOCHODAMI CAŁEGO IMPERIUM. To tak do rozważenia w temacie obecnych poziomów i pomocy w sojuszach, nie mówię o czymś jak Ukraina, ale np. co jest możliwe w pomocy pomiędzy głupimi demagogami USA-UK, a co robili w takich okolicznościach politycy w przeszłości.

Inna dygresja - w sytuacji pata po pierwszej kampanii i rozejmie około 1596, względnie zabawny (w sensie historia "bawiąc - uczy") jest temat negocjacji chińsko-japońskich. Otóż po obu stronach decydenci byli oszukiwani przez wysokich rangą negocjatorów, z powodów polityczno - ekonomiczno - ambicjonalnych. Cesarzowi Ming opowiadano, że szogunat to w zasadzie tylko chce się ponownie włączyć w system wasali chińskich, ukorzyć się, i ta wojna to nieporozumienie. Szogunowi Toyotomi, że cesarz Chin chce się ukorzyć, i w zasadzie wszystko się udało, wojna wygrana, no prawie o mało co. Ale kiedy Toyotomi logicznie wystawił żądania jak zwycięzcy (aż po rękę księżniczki Ming dla cesarza Japonii...), chiński cesarz Wanli zorientował się, że "drogi Watsonie, ktoś nas tu robi w ch..." i wpadł w furię. Jego Minister Wojny poszedł do więzienia, w którym zgnił w parę lat, a szef-negocjator został stracony. Po stronie Toyotomiego chyba tylko dlatego nie było podobnych konsekwencji, bo stary szogun miał na głowie sprawy wewnętrzne i sukcesji (zmarł przed końcem wojny w Korei), więc nie miał czasu wyciągnąć komuś flaków z brzucha. To tak a propos odpowiedzialności polityków za politykę, za słowa, za "głuche telefony". I jeden z powodów, że w 1597 druga inwazja japońska, która już miała raczej tylko przywrócić japońskie linie zaopatrzenia i "przestrzeń operacyjną", i zluzować blokady, a nawet przygotować ewakuację (jak powiedział Toyotomi swoim dowódcom "nie pozwólcie, żeby moi żołnierze stali się błąkającymi duchami w obcej krainie"), zderzyła się z bardzo poważnymi siłami chińskimi wysłanymi przez wkurzonego cesarza Ming, u boku doszkolonych i zmodernizowanych Koreańczyków.

W ramach tej kooperacji i końcówki wojny doszło do ostatniej dużej bitwy morskiej w grudniu 1598, w cieśninie Noryang. Samuraje sformowali wielką flotyllę (około 20 tysięcy ludzi na około 300 okrętów, plus około 200 pomocniczych i transportowych). Zadaniem niebagatelnych sił było odciążenie odciętego i zablokowanego kontyngentu około 14 tysięcy Japończyków pod daymio Konishiki, dawnej forpoczty ataku; połączenie obu flot i dywizji, i wycofanie się do Busan (a potem do Japonii, szogun Toyotomi właśnie umierał, regencyjna "rada starszych" zaraz zakończyła ekspedycję koreańską).

Japończycy mieli jasny cel i niezłe siły, ale jak zwykle, nie mieli dział i rozpoznania. Yi i Chińczycy dla odmiany "wiedzieli wszystko", o lokalnej geografii i o położeniu wroga, ze zwiadu i od rybaków. I zebrali równie poważną flotę, 85 koreańskich średnich panokseonów, 6 wielkich dżonek chińskich, 57 mniejsze okręciki, i na tym około 16 tysięcy koreańskich i chińskich marynarzy i marines.

W cieśnie Noryang wyglądało to podobnie jak inne zacięty bitwy tej wojny, lżejsze japońskie okręty z tysiącami luf muszkietów, ale prawie bez dział, kontra cięższe i solidniejsze okręty sprzymierzeńców, unikające abordażu samurajów i o mniejszej sile ognia ręcznego, za to zasypujące wroga celnym i ciężkim ogniem działowym. Ale teraz nie próbowało przebić się 100 japońskich okrętów przez 13 panokseonów i niespodziewany przypływ, raczej 300 przez 150.

Bitwa była epicka i zacięta, w końcu to Chińczycy i Koreańczycy przebili się przez Japończyków, "zrolowali" atakującą flotę i praktycznie wyszli poza cieśninę. Po drodze masakrując samurajów, zatopili około 200 okrętów, zdobyli ze 100, straty japońskie to około 13 tysięcy ludzi w lodowatej wodzie, w tym dowódcy.

Chińczycy i Koreańczycy mieli znacznie mniejsze straty, ale też znaczące.

W pościgu i "zamiataniu" rozbitej floty japońskiej, przypadkowa kula z arkebuza trafiła admirała Yi w okolice lewej pachy. Czuł, że nie przeżyje, zdążył powiedzieć do trzech przybocznych (adiutanta, starszego syna i bratanka), którzy byli obok na flagowcu "Zaraz wygramy wojnę. Nie przestawajcie bić w bębny. Nie ogłaszajcie mojej śmierci!". Zmarł, trójka była w szoku, ale zrobili co kazał, schowali jego ciało, bratanek założył zbroję i hełm Yi.

Nie przestali bić w bębny.

(Proponuję głęboko zastanowić się nad niepomijalnymi różnicami w tej scenie, śmierci Yi i śmierci Nelsona, w ich zwycięskiej bitwie. Ale tak naprawdę głęboko.)

Flagowiec Yi zaraz powiosłował z odsieczą do chińskiego wielkiego flagowca, na którym desperacko walczyła załoga i głownodowodzący Chen Li (do którego nie dotarł z pomocą kolega-generał, Deng Zilong próbował dotrzeć z własną gwardią, ale w zamieszaniu jego okręt został pouszkadzany, zdryfował do Japończyków, nikt nie przeżył); zatopiono następnych kilka okrętów wroga, samuraje zostali odparci, bitwa była wygrana.

Kiedy Chen Li wyszedł pogratulować Yi wygranej i podziękować za odsiecz, dowiedział się od bratanka Yi Wan, że wuj zginął. "Trzy razy Chen Li padał na ziemię w rozpaczy, bijąc się w piersi i płacząc z żalu". Wieści o śmierci Yi szybko rozeszły się we flocie i kraju.

Ale wojna była wygrana. Japończyków pognano i eksterminowano na morzu aż po Busan; kontyngent Konishiki skorzystał ze zdjęcia blokady, opłynął Noryang i pole bitwy z daleka, spieprzając w stronę domu; nawet nie myśląc o pomocy dla rozbijanej floty, która miała ich odciążyć.

Dygresyjnie - "braterstwo broni" w tamtej wojnie nie było politycznymi gierkami, było prawdziwe i znaczące. Generał Chen Li też był uważany za bohatera Korei; w uznaniu zasług przodka jego potomkowie naturalizowali się oficjalnie w Korei, jako jeden z arystokratycznych klanów.

Yi Sun-sin swordsYi został pośmiernie obsypany tytułami i zaszczytami, przez niechętnego króla i skorumpowany dwór. Do dziś dnia jest chyba największym bohaterem narodowym Korei. Nie są znane jego żadne podobizny czy dokładne opisy (stąd popiersie na początku notki to luźna impresja), za to pozostała po nim interesująca pamiątka: jego dwa wielkie miecze, robione na specjalne zamówienie (doskonały przykład "koreańskiego multi-kulti", że tak powiem: głownie to koreańska stal i kucie, japońska oprawa jak katan odachi, chińskie pochwy).

A wojna 1592-98 pozostaje chyba straszniejszą i bardziej niszczącą, niż współczesna wojna koreańska, też z kilkukrotnym przemarszem Chińczyków i Amerykanów "na spacerze" przez całą Koreę. Ale z bestialstwem Japończyków mało kto może iść w zawody.

Wielu uważa Yi za największego admirała wszechczasów, ja też. A zanim jakiś fan Nelsona czy innego Yamamoto zacznie walić w furii w klawiaturę w komentarzach, może oddajmy głos bardziej współczesnym Japończykom, z których przodkami Yi wygrał 23 bitwy i potyczki morskie, NIGDY NIE PONIÓSŁ PORAŻKI, mówią oni o Yi Sun-sin tak:

W historii było bardzo niewielu "kompletnych" generałów czy dowódców, wszechstronnych w najróżniejszych taktykach, ataku i obrony, koncentrowania i rozpraszania sił. Napoleon [...] może być takim przykładem; wśród admirałów można wymienić dwu takich taktycznych geniuszy: na Wschodzie Yi Sun-sin z Korei, i na Zachodzie Horatio Nelsona z Anglii. Ale bez wątpienia Yi jest dowódcą większego kalibru, niezależnie, że jego błyskotliwość i odwaga są prawie nieznane na Zachodzie, gdyż miał nieszczęście urodzić się w Korei epoki Joseon. Ktokolwiek miałby być porównywany z Yi, musi być lepszy niż Michiel de Ruyter z Holandii, a Nelson wypada w porównaniu bardzo blado pod względem osobistego charakteru i prawości. Przy tym Yi był też projektantem okrętów "opancerzonych", znanych jako "okręty żółwie". Zaprawdę, był wielkim dowódcą i mistrzem taktyki morskiej przed trzystu laty. ("Wojskowa historia Imperium", adm. Tetsutaro Sato, 1908)

A wersja japońska lakoniczna, od ubóstwionego admirała Togo Heihachiro, zwycięzcy spod Cuszimy 1905, z przemówienia na przyjęciu ku jego czci: Być może jest właściwe porównywanie mnie z Nelsonem, ale nie z koreańskim Yi Sun-sin, gdyż nie ma on sobie równych.





FIol
Wed, 22 Apr 2026 14:54:01
Dlaczego tu nie ma komentarzy? Pod TAKĄ NOTKĄ?!

Wed, 22 Apr 2026 15:18:02
Może z powodu niewiedzy? Ja na przykład (osobnik mało marynistyczny i nieszczególnie historyczno-militarny) w ogóle nie słyszałem dotąd o Yi Sun-sin.
Zatem, dzięki za notkę, poszerzającą horyzont na wschód.

Boni avatar Boni
Wed, 22 Apr 2026 15:50:29
Spoko-loko, jak da się zauważyć, w końcu są komentarze. A notka jest przecież TL;DR, niby kto ma czas na czytanie tego, czy pisanie.

igor
Wed, 22 Apr 2026 16:33:34
Nikt nie czyta.
A nawet jeśli ktoś czyta, to nie rozumie.
A nawet jeśli rozumie, to zapomni.

(chyba tak to szło)

Boni avatar Boni
Wed, 22 Apr 2026 16:44:37
„Nikt nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”, Lem, Prowokacja, 1984.

Moim skromnym zdaniem po 40 latach demontażu czytelnictwa i edukacji spoko można dopisać do w/w "jeśli nawet nie zapomina, to i tak bez znaczenia".

Remiez
Wed, 22 Apr 2026 17:12:09
Wspaniała notka. A to, że cała firma wie, że "Nikt nic nie czyta" to pierwsze prawo Lema, a nie tylko podstawa działania naszego personelu, to moja zasługa.

Boni avatar Boni
Wed, 22 Apr 2026 17:33:40
@Remiez

Zacna zasługa! Oraz gdzieś ostatnio widziałem mema, a propos czytania i "działania personelu", że każda instrukcja obsługi, manual itp. powinien zaczynać się "I co k..., jednak nie działa?" ;D

BTW pisania i czytania, w Cegielni też jest nowa notka, jeśli ktoś chce jeszcze bardziej obcować z moją tfurczością albo wytykać mi sponsorowanie żółtej zarazy (w opisanej tam wersji: małej, żółtej, sympatycznej).

tyz_Aniou
Wed, 22 Apr 2026 22:59:53
Nie jojkajcie. Czyta się, więc naturalne, że nie ma siły pisać. Jak Poniatowski.

A notka genialna, dziękuję.

Boni avatar Boni
Thu, 23 Apr 2026 12:53:24
Dzięki wszystkim za dobre słowo.

Z rzeczy i ciekawostek, które mnie w ostatnim riserczu i szlifowaniu notki (bo większość przeleżała w cyberszufladzie lata) zaskoczyła, jak np. te kolosalne 17mln. sztuk srebra pomocy z Chin, a jakoś nie zmieściła się: wątek "szogunat chciał nająć portugalskie galeony" to nie jest jakiś żart "głupie żółtki ignorancko-arogancko zaczepiły wspaniałych białych ludzi na ich wspaniałych okrętach" czy szowinistyczny obrazek jak z filmu/serialu "Szogun", ale po prostu akcja dyplomatyczno-polityczna, a wręcz geopolityczna. Szogunat oficjalnie poprosił o wsparcie i zaoferował IIRC sensowne warunki, ale król Filip porugalski (pierwszy Habsburg na tym tronie, a propos "zjednoczonej EU"), po rozważeniu za i przeciw, oficjalnie odmówił. Bo pomimo znaczących misji i tradingu z Japonią abso-kurde-lutnie nie chciał antagonizować potęgi Chin. To tak dla zastanowienia, jeśli komuś w XXIw wydaje się, że oni wtedy nie mieli pojęcia o GEOpolityce albo że żyje w ponowoczesnych czasach z unikalnymi problemami, niech se podstawi Tajwan 2026 za Koreę 1596, itd.

Korba
Thu, 23 Apr 2026 13:58:42
@nikt nie czyta
Czyta, czyta. I podziwia! Marynaty zawsze. Ale samo czytanie zajęło tak dużo czasu (formalnie podczas pracy), że na pisanie już nie starczyło.

No a poza tym, co tu pisać, kiedy cały tekst to zupełnie nowe dla mnie informacje. Na dodatek informacje te wywołują mało odkrywcze refleksje o naturzelucka (myślałby kto, że tylko Polacy mają w piekle swój kocioł, który nie wymaga nadzoru).

Paweł
Mon, 27 Apr 2026 13:01:11
Piękna historia. Wypisz wymaluj scenariusz na serial.

Boni avatar Boni
Mon, 27 Apr 2026 18:31:50
@Paweł

(Nie wiem, czy żartujesz, czy serio...) Oczywiście, że są ze dwa seriale i parę filmów o Yi Sun-sin. W tym imponujący serial koreański z 2004, 104 odcinki, kręcone w historycznych lokacjach, na replikach okrętów itd. prawie-że-historyczny.

Borys
Thu, 7 May 2026 11:47:53
Rewelacyjna notka, fascynująca postać.




 

Engine: Anvil 1.08   BS