Na wznoszącej się fali nieustających sukcesów
już w styczniu planowaliśmy na wiosnę tradycyjny polski żurek.
Ponieważ, jak wtedy zaznaczałem, na Krecie nie sposób dostać mąkę żytnią (sprawdzaliśmy aż po młyny i ich hurtownie...), a lokalne sklepy etniczno-magiczne akurat żurku nie prowadzą, przyszło ruszyć na Wyprawę po Przyprawę, a dokładniej po produkt firmy Knorr.
Ponieważ lubimy łączyć synergicznie różne sprawy i zlewy, przy okazji wyprawy po żurek postanowiliśmy załatwić parę spraw w Irlandii. Tej na Wyspach Brytyjskich.
Po powrocie zorientowałem się, że nasze walizki są jakimś obrazem naszej pary... szczególniej po naklejeniu śmiechusów w celach rozpoznawczych (nie chcecie szukać niedużej czarnej walizki bez znaków szczególnych, podobnej do setki innych, na taśmie lotniskowej; albo pilnować, żeby ktoś przez pomyłkę nie zabrał jej z bagażnika autobusu)Wstępnie, kiedy szukaliśmy połączeń lotniczych raczej tanich, raczej zygzakiem i raczej klejonych duckt-tape, okazało się niespodziewanie, że zamiast easyjetami czy podobnymi (ale nie rajanarem, nadal: jeszcze z nich nie korzystaliśmy, "and we proud of this"), z przesiadkami, istnieje bezpośredni lot Heraklion - Dublin, narodowego przewoźnika irlandzkiego Aer Lingus, i nawet w rozsądnej cenie, iontach!
Co prawda, okazało się też, że narodowy przewoźnik wyraźnie próbuje dorównać największej konkurencji, czyli [wyraz] rajanarowi, tylko że "równając w dół", np. nie dając w cenie "normalnego" bagażu, czy nie dając nawet przekąski w 4.5h locie, albo lądując w macierzystym hubie w środku nocy. Wszystko oczywiście dostępne za niewielką dopłatą (no może zmiana godzin przylotu nie) i litościwie nie chcieli monetki, żeby dyżurny bard przestał śpiewać! Ale ponieważ i tak spodziewaliśmy się niewiele, a jako posiłku najwyżej tradycyjnej miseczki irlandzkiego żwiru posypanego kokainą, i było nam ogólnie lotto, więc polecieliśmy z Aer Lingus.
Dla ustalenia uwagi, parę godzin przesiedzieliśmy na lotnisku do rana, bo zachciało nam się zaoszczędzić jakieś 160 euro za parę godzin w hotelu lotniskowym. Oraz, z różnych powodów logistycznych, tym razem nie braliśmy samochodu z wynajmu i nie bukowaliśmy noclegów z wyprzedzeniem. Ale nie uprzedzajmy wypadków.
We wtorek z rańca Irlandia przywitała nas wkurzającą pogodą, gdyż zupełnie podobną jak "wylotowa" na Krecie, oraz nawet bardziej wkurzającymi pączkami i zielenią roślinek, w zaciszach Dublina bardziej rozwiniętych, niż u nas wkoło domu. Wcale nie kudos, Kreto, popraw się.
W ciągu pół dnia okazało się, że jest to jeden z naszych pomniejszych problemów.
Gdyż po załatwieniu paru spraw (i to korzystając z transportu publicznego!) nasz nieustępliwy marsz od sukcesu do sukcesu został gwałtownie przerwany przez mały "klik" za moimi plecami i zanim na dobre zastanowiłem się, co też w tym plecaku kliknęło, z plecaczka wyleciał na irlandzki bruk mój ciężki zabytkowy laptop. "Zabrzmiało kosztownie" oraz nie ufajcie fajnym plecaczkom, ale z gównianymi suwakami ("klik" kiedy puścił zipper i cała klapa się otwarła, laptop przeważył w bok i poleciał, dobrze, że nie pociągnął tabletu żony).

Okazało się nie pierwszy raz (to mój drugi laptop z tej rodziny), że starcze, tfu, starsze Dell Precision są ciężkie, gdyż solidne i opancerzone; w zderzeniu to raczej bruk irlandzki się wyszczerbił, a dell tylko
nieco wygł na rogu i minimalnie zarysował. Tak naprawdę, cud, może nie tyle w sensie dysku czy systemu (bo SSD), czy że magnezowa rama wytrzymała i obroniła płytę główną, ale że przetrwał ekran i dotykówka, czy elektronika w okolicach gniazda ładowania. Bo nic się nie stało, wszystko działa jak przed upadkiem, z tegoż della piszę do was te słowa.
Pozbieraliśmy graty i poszliśmy dalej. W ciągu paru godzin okazało się, że laptopy-UFO to nadal jest co najwyżej średni problem.
Najbardziej reprezentacyjna blokada w Dublinie, O'Connell St. Lower, widok z O'Connell Bridge.Gdyż właśnie zaczął się festyn rolniczy, a nawet buraczany, w Dublinie i całej Irlandii, czyli protesty i blokady rolników, bodaj w zbożnym celu obniżenia cen paliwa, a może "niech rząd coś z tym zrobi!"; po prawdzie, a kogo obchodzi, o co im chodzi, poza poprawieniem sobie samopoczucia.
(BTW na Krecie ceny paliwa skoczyły o 50% w jeden dzień z wiadomych powodów, i na tym na razie stanęło; na pewno to co było na stacjach przeteleportowało się z Zatoki Ormuz dokładne wtedy, w nowej cenie, na pewno!)
Nawet zauważyliśmy z rańca jakieś uszykowane na poboczach ciągniki, i poczuliśmy lekkie dejavu z 1992 i blokad "Samoobrony", ale stwierdziliśmy, że to chyba tylko starym ludziom coś się wydaje, przecież to inny czas, kraj, i lepperiady nie będzie. Okazało się, że powtórki z gnojowej rozrywki są jak najbardziej możliwe, a protesty w wielu miejscach Szmaragdowej Wyspy trwają już 5 dzień (piszę w sobotę) i w ramach tego całego zmuszania rządu do obniżania cen paliwa, zaczyna się kończyć paliwo na stacjach w Irlandii. Bo ciężarówki, cysterny itp. nie objeżdżają blokad. Co gorsza autobusy lotniskowe itp. też.
No ale jakoś przejechaliśmy przez korki, przydał się polski kierowca autobusu, który nie przerywając pogawędki z nami, jakimś chorym zygzakiem przejechał przyblokowany Dublin (myślałem, że nieźle orientuję się po 4 latach jeżdżenia po stolicy, aha, akurat; ale pan kierowca od 20 lat w Irlandii...) i dojechał na skraj zupełnie niedostępnego centrum, z dwu stron. Tam musiał nieco wypychać zdezorientowanych pasażerów, ale nam było bardzo miło, gdyż w zasadzie podwiózł nas pod planowany hotel. Byliśmy wdzięczni i ogólna reguła: w takich warunkach przyrody rozmowy społ-polit nie kończą się pyskusją albo rękoczynami, gdyż pomimo zupełnie odmiennego zdania co do bardzo wielu kwestii, człowiek gryzie się w jęzor, gdyż chce jakoś do tego hotelu dojechać, co nie.
W którym nawet znalazł się wolny pokój, całkiem spoko i w całkiem dobrej cenie, jak na Dublin; z czystym sumieniem polecamy Travelodge Plus na Moss St. Wieczór spędziliśmy odpoczywając po [wyraz] koczowaniu na lotnisku, i różnych spacerkach w sprawach i zlewach.
W środę planowaliśmy najważniejszą część Wyprawy, czyli wypad po żurek i małe zakupy irlandzkie (co się wywozi z IE do GR? niektóre rodzaje ciuchów, kosmetyków; a czego na pewno nie? leki). Inne możliwości spędzania pół dnia wolnego czasu skreśliliśmy (Trinity College Library w konserwacji, straszą puste półki; do fancy restauracji nie chciało nam się dreptać; bez samochodu i wobec blokad dalsze wypady odpadły; spotkanie autorskie z czytelnikami zapomniałem zorganizować). W pół dnia, czasem przeciskając się między ciągnikami rolniczymi i oglądając ładne murale irlandzkie, obeszliśmy znajome nabrzeża i zakamarki centrum Dublina, polskie sklepy, no bo żurek, itd.
To oczywiście nie są 3 torebki, ale bodaj 16W kestii żurku, plan wykonany oraz jak widać doleciał w bagażu nadawanym (a dodatkowo barszczyk, bo w Heraklion są tylko Winiary, z którymi nam nie po drodze z powodów politycznych (Nestle) i g... jakości).
Środa stopniowo zmieniła się w czwartek, a tematem czwartku był powrót na Kretę. A tematem naczelnym było "jak się wyrwać z tego [wyraz] Dublina", bo Aer Lingus zapewniał, że odlatuje normalnie, ale wszelkie autobusy lotniskowe nic nie zapewniają w tych dniach.
Zaplanowaliśmy wielowariantowo "sayonara, irlandzkie biczes", ale fuksem i dlatego, że wyruszyliśmy względnie wcześnie (a raczej, że chłopy rozkładały się na skrzyżowaniach itp. późno) zadziałał plan zero, czyli odjechaliśmy z właściwego przystanku, właściwym autobusem, właściwą trasą, i dojechaliśmy na terminal raz-dwa. Gdzie musieliśmy znowu koczować parę godzin, no ale nie narzekamy, godzinę czy dwie później chłopstwo obudziło się na dobre i przyblokowało Dublin znacznie skuteczniej.

Przelot z powrotem był normalny, w popołudniowej pięknej pogodzie było widać z samolotu sporo ładnych drobiazgów, jakieś Alpy, Apeniny, Peloponezy, Krety.
W ogóle dużym plusem tej Wyprawy po Przyprawę była zaskakująca względnie ładna pogoda w Irlandii przez parę dni; zapowiedziany w cholerę wielki niż jednak skręcił na Islandię. Co za miła niespodzianka. W przeciwieństwie do innych irlandzkich niespodzianek.
Powrót w świąteczne (gdyż Wielkanoc ortodoksyjna) i słoneczne 20 stopni na Krecie to w zasadzie nie jest niespodzianka, ale też bardzo bardzo miłe.