
1974 to był niezły rok w kinie. "Chinatown" Polańskiego przybył i "wybił", także Oskary. Mel Brooks i Gene Wilder byli na szczytach, wypuścili "Płonące siodła" i "Młodego Frankensteina". Coppola też rządził i też miał dubla, z "Ojcem chrzestnym II" i "Rozmową" ("The Conversation" z Gene Hackmanem). Wyszło "Życzenie śmierci" z Bronsonem, czyli ekwiwalent Johna Wicka na lata '70. Fala filmów katastroficznych zaczynała wolno opadać. Kevin Costner zadebiutował w filmie (wydanym dekadę później), ja zadebiutowałem w przedszkolu, na Ziemi zadebiutowali Christian Bale, Leonardo DiCaprio, Joaquin Phoenix i Olivia Colman.

1984 też był niezły. Z górnej dziesiątki blockbusterów połowa weszła do kanonu kina i popkultury. "Gliniarz z Beverly Hills", "Ghostbusters", "Terminator", "Indiana Jones i Świątynia Zagłady", "Gremliny", "Karate Kid", "Akademia Policyjna", "Miłość, szmaragd i krokodyl", nawet "Footloose" i "Splash" pamięta się do dziś powszechnie. Z pamiętanych, ale mniej udanych projektów - w końcu wyszła "Diuna" Lyncha. Z ambitniejszych: "Amadeus" Milosa Formana, "Pola śmierci" ("The Killing Fields", ten o Kambodży). Polski akcent: "Rok spokojnego słońca" Zanussiego wygrał Złotego Lwa w Wenecji. W mojej okolicy była porażka schyłkowego PRLu i normalnej podstawówki, a jeszcze przed epoką komputerów, ale na świecie było nieco lepiej, urodziły się Olivia Wilde, Aubrey Plaza, Scarlett Johansson.

1994 wymiatał w kinie. Osiągnięto poziom, gdy wyobraźnię twórców ograniczały już tylko budżety, bo cała technika doszła do celu ("Park jurajski" był rok temu). Więcej niż górna 10 Holywooda była bardzo dobra, z wtedy nieprawdopodobnym sukcesem filmu animowanego (i jego franczyzy zabawkowo-gadżetowej, która znacznie przyćmiła poprzednie), czyli: przybył "Król Lew". Oraz zarobiły krocie "Forrest Gump", "Prawdziwe kłamstwa", "Maska", ta z debiutem Cameron Diaz no i Jimem Carreyem, "Speed" z Sandrą Bullock i Keanu Reevesem, "Głupi i głupszy", "Cztery wesela i pogrzeb", "Flinstonowie", "Wywiad z wampirem" czy "Siła wszystkich strachów". Wyszły też "Gwiezdne wrota", "Kruk" (ten z Brandonem Lee), "Pulp Fiction", "Natural Born Killers", "Skazani na Shawshank", "Hudsucker Proxy" (bracia Coenowie na fali wznoszącej), "Rapa-Nui" (ten pet-project Kevina Costnera, o Wyspie Wielkanocnej), "Clerks" Kevina Smitha, "Ace Ventura: Pet Detective", "Junior" (ten z DeVito i Schwarzeneggerem), "Mały Budda", "Małe kobietki", "Wyat Earp", "Maverick" (ten z Melem Gibsonem) i "Leon: Zawodowiec" (czyli debiut Natalie Portman). Zadebiutowali też Ewan McGregor, Carrie-Anne Moss, Mark Ruffalo, Michale Peña, Liv Tyler, Mark Wahlberg, Kate Winslet i Rachel Weisz. W domu i zagrodzie pracowało się, żyło, nie było za bardzo czasu na kino, bo zadebiutowała na tym świecie druga córka; stąd nadrabiałem przez lata te wszystkie filmy; ale nie da się ich zapomnieć. Jakbym miał zostać na bezludnej wyspie z filmami wydanymi w jednym roku, to chyba byłby to 1994 (choć 1999 jest mocnym konkurentem). Skądinąd przy takim wysypie był moment, że w amerykańskich kinach leciały NA RAZ w październiku 1994: "Forrest Gump", "Skazani na Shawshank", "Pulp Fiction" i jeszcze leciał "Park jurajski" i chyba "Człowiek - demolka". (I to zainspirowało tę październikową notkę.)

2004 był bardzo dobry, ale zarabia się już raczej na sequelach i kontynuacjach. Na topie "Shrek 2", "Harry Potter i więzień Azkabanu", "Spiderman 2", "Ocean's Twelve" (czyli 2), "Krucjata Bourne'a" (czyli 2), "Jak ugryźć 10 milionów" (czyli 2), "Kill Bill 2", "Kroniki Riddicka" (czyli 2), "Blade:Trinity", "Resident Evil 2", "Alen vs Predator", "Bridget Jones 2", i last but not least "Ghost in the Shell: Innocence" (czyli 2). Jeszcze leci wszędzie "Władca Pierścieni: Powrót króla", wypuszczono ponownie reżyserską wersję "Donnie Darko". Ale nadal można było dłubać (i zarabiać!) w zupełnie świeżych pomysłach, budować nowe franczyzy. Jak kultowy "Hellboy", kultowi animowani "Iniemamocni" (i antykultowy animowany "Polar Express"), czy nieco inaczej kultowa "Pasja" Mela Gibsona. Wyszedł "Aviator" Scorsese, "Terminal" z Tomem Hanksem, "Ja, robot" z Willem Smithem, "Pojutrze", "Van Helsing", "Troja", "Skarb narodów", "Bardzo długie zaręczyny", "Aleksander", "Zakochany bez pamięci", "Bliżej" (ten w obsadzie: Natalie Portman, Jude Law, Julia Roberts, Clive Owen), "Zakładnik" ("Collateral") Michaela Manna, "Powrót do Garden State" Zacha Braffa, "Dogville" von Triera. Zaczęła się "trylogia cornetto" "Wysypem żywych trupów" ("Shaun of the Dead") Wrighta i Pegga, a Zack Snyder zadebiutował jako reżyser.

2014 już niechybnie wskazuje kierunek, w którym zmierzały "fabryki snów". Top najbardziej oglądanych i zarabiających filmów to same sequele, przeważnie post-komiksowe, rimejki (jak "Maleficent") albo już kolejne restarty (jak "Spidermany" czy "Planety małp"). Jedyny oryginalny film na szczycie to "Interstellar", ale jest około 11 miejsca list blockbusterów; nie ma na topie animowanych (ale "Big Hero 6" czy "Jak wytrenować smoka 2" były oglądane i zarobiły; zaczęła się franczyza filmów Lego). Zaczęła się franczyza "John Wick", ale znacznie bardziej popularny był "American Sniper", wyszły "Boyhood" (ten kręcony 12 lat), "The Grand Budapest Hotel", "Birdman" z Keatonem, "Whiplash", "Obrońcy skarbów" ("Monument Man") Clooneya, dobry remake "Robocopa" ale jednak - remake, "Snowpiercer", "Fury" z Tygrysem 131 i Bradem Pittem, "Na skraju jutra" ("Edge of Tomorrow"), "Lucy" ze Scarlett Johansson, no i niektórzy lubią "22 Jump Street". Przynajmniej Timothée Chalamet zadebiutował w holyłudach.

Mamy 2024, jeszcze się nie skończył, no ale. Chińskie filmy zaczynają zarabiać setki milionów zielonych. Na szczycie wysyp filmów animowanych. Prawie wszystko z blockbusterów to późne sequele ("Despicable me 4", "Kung Fu Panda 4", "Deadpool+Wolverine" czyli 3), sequele-mennice ("Inside Out 2" na topie, przebiło już zyskami "Króla lwa" z 1994...), zbędne rimejki ("Beetlejuice:Beetlejuice"). Jedyny "oryginalny" to "Diuna 2"... Zapamiętam, że Zach Snyder męczył kolejny "Rebel Moon", ludzie męczyli "Watchmenów", flopy "Borderlandsów" i rebootu "Kruka", zniszczenie "Jokera", nieszczęsne "Poor Things". Pewnie zapamiętam istnienie "Megalopolis" Coppoli. Guy Ritchie dowiózł "The Ministry of Ungentlemanly Warfare", "Furiosa" podobno OK (ale: prequel restartu franczyzy rodem z 1979...), może Zemeckis da radę z "Here", może uda się z "The Piano Lesson" (młode Washingtony i S.L.Jackson, ale to wprost rimejk sztuki). Nieco rozszerzając, bo rok się nie skończył: "Holdovers" z Paulem Giamatti. Pewnie zapamiętamy, niezależnie od wyników ("życzę powodzenia, nie wróżę sukcesu") "Gladiatora 2" i "Mufasa: The Lion King" (znowu sequele...).
Ogólnie rzecz biorąc, nie ma na czym oka zawiesić, po 30 latach "fabryki snów" filmowych (ale muzycznych, giercowych, książkowych też) zeszły na psy parszywe, w coraz szybciej obracającym się młynie, napędzanym chciwością, tj. kasa>(rimejk/sequel/reboot, od święta prequel/sidestory)>więcej kasy>GOTO1. Ale chyba doszły do dna "w opór", bo trudno sobie wyobrazić jeszcze mniej filmów, na jeszcze większych budżetach, jeszcze bardziej wtórnych i gorszych. Więc może w końcu będzie lepiej?
Z nadciągających filmów jaramy się jak dwa norweskie kościółki i tylko na dwa filmy: żona na "The Last Showgirl" Gia Coppoli (Pamela Anderson, Jamie Lee Curtis, Dave Bautista), ja na animowany "The Lord of the Rings: The War of the Rohirrim" Kenji Kamiyama (pan stojący za genialnymi serialami "Ghost in the Shell"). Plus może dyscyplina dodatkowa -
drugi sezon serialu "Severance" w końcu nadchodzi.
Czy coś z filmów 2024 będzie się pamiętać za 30 lat? Pewnie tak, bo zawsze COŚ się pamięta. Ale mam wrażenie graniczące z pewnością, że nie będzie to paczka jak z 1994...