Wrzucam kawałek z aktualnej pisaniny do szuflady, czyli
"Nieznośnej" (o rany, to było w 2017??), czyli techno-fantasy czy urban-fantasy, a zresztą, pewnie wyjdzie mix na maxa. Rzecz miała jakiś plan jw. już około 2017, nie dotykałem tego za bardzo, ale po dyskusjach w mojej okolicy nt. czemu na rynku prawie nie ma techno-fantasy, a jak jest, jest strasznie słaba, oraz wspominek o eseju Jacka Dukaja "Filozofia fantasy", zacząłem w tym znowu grzebać. Plan jest raczej na bogato, docelowo może na trzy tomy, i nie jest jak z
"Kwestią ceny", że siądę nad tym i w parę miesięcy dokończę 1 tom, o nie. Raczej, że kiedyś, może to skończę.
Okazja szczególna, to że komentator JanekR właśnie wędruje po Japonii, stąd wrzucam kawałek w folklorze japońskim, nieco inspirowany moimi włajażami.
(Główny bohater, ten z
poprzedniego fragmentu, nazywa się Paul Fraser)
Drugiego dnia wieczorem przypomniał sobie, że miał zadzwonić do Akita.
- Moshimoshi! – odpowiedział w słuchawce lekko zdyszany Misawa-san.
- Przeszkadzam? – rzucił Paul, nasłuchując jakichś głuchych odgłosów, jakby uderzeń, z drugiej strony.
- Nie, sekundę, w pracy jestem! – odparł Akita, po czym rzucił coś poza mikrofonem, po japońsku, Paul zrozumiał tylko „dość” i „bagażnik”.
- Co tam, turysto? – Akita wrócił do rozmowy.
- Na pewno nie przeszkadzam? Może to jest ten dzień dekady, kiedy bogini wysłuchała błagań i pozwoliła ci na seks??
Usłyszał, jak Misawa nieco się opluł.
- Bardzo zabawne, Iceprick, bardzo – Akita śmiał się – Nie, spoko, zero problemów, chłopaki już wywieźli problem.
- Aha, rozumiem. Ja jestem na urlopie, okazuje się, że na razie nie mam roboty. Siedzę na wypoczynku pod Fuji, pewnie jeszcze z tydzień, może nieco dłużej. Ale mogę wpaść do ciebie, napić się, może też na jakieś zakupy.
- Pewnie. Ale ja wieczorami zajęty jestem – Akita nie musiał tłumaczyć, że bandziory tradycyjnie pracują nocami – A z rana śpię! Ale około lunchu, kiedykolwiek.
- Dobra, może jutro, dam ci znać kiedy będę wsiadał w pociąg, to ze trzy czy cztery godziny – Paul pomyślał, że jutro ma sesję z Sinną wcześniej rano, będzie wymęczony, ale odpocznie po drodze do Tokio.
- Cudownie, kochanie! – zadrwił Akita – Jakby co, tam gdzie zwykle.
- Aha, tam gdzie zwykle. Na razie!
Następnego dnia powiedział Sinnie po sesji, że chce dziś odwiedzić Tokio, machnęła na to ręką.
Powlókł się do wartowni, zamówić transport; zastanawiał się, czy w tym stanie wyprawa do miasta ma sens. Jedna Century była wolna, znowu trafił mu się Takao-san, zawiózł go na stację w Kawaguchiko. Paul opierał się o wspaniałą kanapę cichego wozu i zastanawiał się, czy jednak nie wrócić do łóżka. Ale trzeba być twardym.
Toyota zatrzymała się na zakazie, przy krawężniku, Fraser nie widział żadnej stacji kolejowej.
- Przepraszam bardzo, Paul-sama, ale rozsądniej jest, żeby przeszedł pan tam za róg, do stacji, piechotą – głowa Takao odpadnie od tych ukłonów.
- Rozumiem… ten wóz za bardzo rzuca się w oczy?
- Tak…
Paul zaczął otwierać drzwi, ale zatrzymał się.
- Takao-san, czy powinienem być przygotowany na… zamach? Czy powinienem się uzbroić? – popatrzyli sobie długo w oczy, bardzo długo.
Takao sięgnął gdzieś obok fotela kierowcy i wyciągnął stamtąd pistolet, na oko Paula jakąś wersję SIGa P220.
- Nie – powiedział Japończyk, podając pistolet chwytem do Paula.
Paul parsknął, nie dotykał broni.
- Takao-san, jeśli nie, to NIE, wysyła pan sprzeczne sygnały! – kusiło go, żeby poprawić sobie samopoczucie spluwą w kieszeni, ale problemy z nielegalną bronią w Japonii, w razie wpadki, mogły być nie warte tego poczucia. Chyba, że naprawdę coś mu groziło – Ta zabawka pomoże mi, samotnemu, w Tokio, w razie czego?
Takao zastanawiał się długą chwilę, bujał ciężki pistolet, do góry nogami, na palcu wskazującym włożonym w osłonę spustu.
- Nie pomoże – stwierdził i zniknął spluwę – Lepsza jest dyskrecja i czujność. Czy ma pan moją wizytówkę z telefonami?
- Tak.
- Po powrocie, o dowolnej godzinie, proszę zadzwonić na pierwszy numer, ktoś pana stąd odbierze. Albo w razie jakichkolwiek… problemów. Dobrej drogi życzę, Paul-sama.
Fraser pokręcił głową i poszedł na stację.
Złapał pierwszy pociąg do Tokio, było łatwo, bo tutaj była stacja końcowa, a większość pociągów stąd lądowała na Shinjuku. Wysłał esemesa do Akita, że będzie tam gdzie zwykle za 3 godziny.
Podziwiał przez chwilę bardzo widowiskową trasę, kiedy tylko pociąg wyjechał za miasto wkoło pokazały się śliczne góry. Ale zaraz film mu się urwał.
Na Shinjuku delikatnie obudziła go zatroskana para, konduktor i hostessa, natychmiast otrząsnął się i ku ich uldze przepraszał po japońsku i wydawał się zdatny do użytku. Byli wyraźnie przerażeni koniecznością poradzenia sobie z pijanym czy chorym gaijinem.
Nadal był zmęczony, ale mniej przeżuty i wypluty, niż zaraz po sesji z Sinną. Sprawdził kiedy odjeżdża ostatni pociąg w drugą stronę, miał bilet powrotny. Przemaszerował przez okolicę mallu i sklepów po zachodniej stronie Shinjuku, próbując zapamiętać trasę do centrum gigantycznej stacji. Pomimo zmiany świata nadal wyglądała na najbardziej zatłoczony dworzec tej planety.
Wyszedł na główną część stacji, z liniami Japan Railway, kupił sobie kartę i pomaszerował na perony linii okrężnej Yamanote. Spróbował nie pomylić kierunków, udało mu się trafić właściwie, na peron kierunku południowego.
Przejechał w parę minut na Harajuku, wyszedł na stację. Zastanawiał się chwilę, czy nie zjeść gdzieś, zaczynał być głodny. Ale znając Akitę, lepiej zostawić miejsce na jedzonko.
Podreptał do parku Meiji, przejść się, bo przyjechał o wiele za wcześnie.
Kiedy wyszedł z powrotem przez wielką bramę tori, na placyk przed parkiem od strony Harajuku, Akita już na niego czekał, też był przed czasem.
Paul pomyślał, że muszą zmienić miejsce „tam gdzie zwykle”. Kiedyś wyglądali na tym placyku jak dwu młodych, no może niezbyt młodych, studentów czy turystów, spotykających się na luzie przed wypadem na piwko, czy na piknik do parku.
Teraz, w średnim wieki, po sezonie, rzucali się w oczy. A szczególniej Akita-san z dwoma osiłkami obstawy, wszyscy w garniakach, można im było zrobić zdjęcie do przewodnika po Tokio: „A tu, proszę wycieczki, yakuza czeka na kogoś, przechodzimy! nie przyglądamy się!”.
A najzabawniejsze, że to nie była yakuza.
Podszedł do nich, machając z daleka.
Uścisnęli sobie łapy z uśmiechniętym Akitą, ukłonił się jego obstawie.
Misawa-san niewiele się zmienił, od kiedy widzieli się ostatni raz. To znaczy, wtedy nie był w kosztownym garniturze w biały dzień, tylko w czarnym kombinezonie i w pełnym oporządzeniu taktycznym, i ciemną nocą pomagał Paulowi władować się w ponton szturmowy, z całym majdanem, bo Fraser próbował wydostać się z Japonii z „towarem”, a bez pokazywania paszportu czy mordy na granicy. Ale poza tym był to ten sam Akita.
Ten sam okrągły łeb na krępym ciele, z dosyć paskudnym pyskiem, ale przeważnie pogodnie uśmiechniętym, pod kępą czarnych kudłów. Z daleka wydawał się niski, z bliska człowiek orientował się, że Misawa jest średniego wzrostu, tylko że kwadratowy; ma nieproporcjonalnie szerokie plecy i krótkie łapki.
Paul wspomniał, jak silny jest Akita; jak wtedy, kiedy niósł rannego Hansa a w drugiej krótkiej łapie erkaem, z kilkudziesięcioma nabojami, truchtali, nieco pod górkę, przez ponad kilometr. Paul, kryjący tyły i okazyjnie ostrzeliwujący się z pościgiem, darł ryja, żeby Akita rzucił pierdzieloną armatę, ale Japończyk nie słuchał. Może Hans był mały, może w PKM było mniej niż 100 pestek, ale nikt z nich nie dałby rady tego zrobić. Akita na końcu też prawie padł na serce, ale zdążyli do pieprzonych pickupów na czas, i Hans zdążył do szpitala. A PKM przydał się, po obsypaniu plutonu który ich gonił paroma długimi seriami z erkaemu, zrobiło się nagle bardzo spokojnie i odjechali bez problemu.
- Witam w Japonii, Paul! – uśmiechnął się Akita.
- To zaszczyt dla mnie! – Paul wyszczerzył się i ukłonił się przesadnie, ze trzy razy – Akita-san, przestań się wygłupiać i prowadź do koryta, bo ja tu specjalnie spaceruję zamiast drugiego śniadania, żeby apetyt zwiększyć!
- Ta jest! – Misawa zasalutował mu żartobliwie krótką ciężką łapą, poszedł przodem – Przejdziemy się, jest tu blisko pewna znajoma knajpka…
Paul nie pamiętał, żeby kiedykolwiek był z Akitą i nie trafiła się „pewna znajoma knajpka”. Co było oczywiste w Tokio, zabawne w Londynie czy Rzymie, ale dosyć przerażające w Marrakeszu, czy w tym miasteczku, którego nazwy już nie pamiętał, zagubionym gdzieś w Paragwaju, Boliwii albo Brazylii, zależnie dla kogo ten wywiad.
Przeszli koło stacji Harajuku i zagłębili się w labiryncie uliczek na wschód od dworca. To była dzielnica Akita, biznesy robiło się na Shibuya, ale Misawa mieszkał gdzieś tutaj, o ile Paul kojarzył.
W plątaninie uliczek, gdzieś między fryzjerem a sklepikiem spożywczym, władowali się w labirynt schodów; nawet jeśli był tu gdzieś jakiś szyld knajpy, Paul nie zdążył go zauważyć. Z trudem wpakowali się we czterech w małe drzwi, do przedsionka; Akita darł się do środka, jak do starych znajomych.
Ale Akita zawsze tak się darł, nawet wtedy, łamanym hiszpańskim, na teoretycznym pograniczu Paragwaju.
Z głębi, gdzie grała cicha muzyka, jakiś j-pop, wyjrzała młoda kobieta w japońskim stroju roboczym, ze śpiącym dzieciakiem w tradycyjnej chuście, na plecach. Z uśmiechem odpowiedziała, tak szybko i z tak silnym akcentem, że Paul prawie nic nie zrozumiał, poza tym, że zaprasza.
Ściągnęli buty, Japończycy pozdejmowali marynarki i wszyscy wpakowali się na tatami, do absurdalnie małego pokoju. To w zasadzie było mieszkanie, minimalnie adaptowane na knajpkę, a nie restauracja w jakimkolwiek rozumieniu.
Z kuchni wyjrzała matka czy babcia (jak zwykle, wiek Japonki po 50 był nie do odgadnięcia), równie uśmiechnięta jak młodsza, musiały dobrze znać Akitę.
Nie było ślicznych japońskich menu ze zdjęciami, a po angielsku nie było ich jeszcze bardziej; zastępowała je kartka na ścianie, z menu wypisanym mazakiem, pokreślona i pozmieniana w paru miejscach, bez cennika. Akita chciał Paulowi to tłumaczyć i coś polecać, ale Fraser wyśmiał go, żeby nie wygłupiał się i zamawiał co chce, dla nich obu. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby to, co Misawa wyżerał, nie smakowało Paulowi.
Dziewczyna z malcem na plecach obsługiwała ich zręcznie, w ciasnocie pokoju, który we czterech zajmowali praktycznie od ściany do ściany. Akita długo zamawiał różności, w międzyczasie dostali zimne piwo i pierożki na przekąskę, a w kuchni ktoś podkręcił radio i wyraźnie podkręcił palniki, para i przepyszne zapachy wolno wypełniały lokal.
Po paru żartach i odzywkach, i pociągnięciu piwka, Akita obejrzał się na swoją obstawę, milczących zwalistych kolesi.
- To jest Taro.
- Szacunek – zbir po lewej ukłonił się Paulowi, który odkłonił się nieznacznie.
- To jest Kenichi.
- Pozdrawiam – rytuały gięcia karku powtórzyły się dokładnie tak samo.
- A to jest Paul Fraser-sama, o którym wam opowiadałem! – roześmiał się Akita, na co Paul zniesmaczony pokręcił głową. Nie lubił reklamy, dyskrecja była znacznie bezpieczniejsza.
- Paul, skąd tyś się wziął nagle u nas, opowiadaj!
- Nie ma o czym… - Fraser wzruszył ramieniem – Miałem wpadkę w Meksyku, Rodriguez mnie wystawił.
- Kto taki? – zapytał Akita. NIE ZNAŁ RODRIGUEZA.
- Nikt, taki handlarz bronią… wpieprzyłem się w zasadzkę, ledwo się wybroniłem i musiałem spadać w podskokach. A że przy okazji trafiłem na klienta z Japonii, zwiałem tutaj – Paul pomyślał, że musi uważać ze wspominkami przy lanczyku – Z klientem sprawa niejasna, postawił mi podróż i urlop, ale wyjaśni się za tydzień, czy i co dalej robimy.
- Aha - Akita zeżarł pierożka, zapił piwkiem – Czyli to okazja towarzyska?
- Mhm – Paul pomyślał o sprzęcie, o pistolecie od Takao – Może nie do końca, bo albo mam paranoję, albo i na urlopie przyciągam złoczyńców, i nie mam ciebie na myśli!
Roześmieli się, nawet obstawa skrzywiła usta.
- Są pewne znaki, że i w kurorcie ktoś ma mnie na oku… Nie masz jakiejś dobrej kamizelki na składzie, w moim rozmiarze?
- Ty zawsze jesteś magnesem przyciągającym kłopoty! – Akita śmiał się przez łzy od nadmiaru pierożków, opanował się – Może być bardzo dobry model, najnowsza technika, ale używka?
- Pewnie.
Akita obejrzał się na obstawę i kazał Taro zdać kamizelkę. Paul kręcił głową zniesmaczony, a Taro prawie bez wahania podniósł się z tatami i przepchnął się do przedsionka.
Uwagę wszystkich odwrócił wjazd półmisków i miseczek, kobieta i babcia dostarczały lunch, błyskawicznie zastawiając cały blat niziutkiego stolika pachnącym jedzeniem.
Taro wrócił z szarą kamizelką w reku, w niedopiętej koszuli; Paul wykonał kontredans, wstając i głęboko kłaniając się, w ciasnocie pokoiku, tak, żeby niczego nie zrzucić z niskiego blatu. Szczerze podziękował Taro-san, w swoim najlepszym japońskim, gnąc się w ukłonach, po czym rzucił kamizelkę pod ścianę.
Zbir jakby trochę się rozchmurzył, wszyscy usiedli i zaczęli niszczyć furę jedzenia.
Przy herbacie, ciastku i sake po posiłku, rozmawiali leniwie. Nawet Taro i Kenichi troszkę się włączyli, ich angielski był znacznie gorszy niż Akity, ale zadawali grzeczne pytania i słuchali wspominek Misawy i Frasera. Paul pozwalał prowadzić opowieści Japończykowi, żeby nie wjechać samemu na jakąś minę, jak z Rodriguezem, ale i tak wpadli dwa razy na anegdoty i ludzi, o których Akita mówił swobodnie a Paul ich nie pamiętał. Ale wybrnął z tego jakoś, atmosfera była przyjaźnie leniwa.
Nie pili ostro bo, jak stwierdził Misawa, muszą być dziś zdatni do roboty, a Paul też chciał być przytomny, żeby sprawnie wrócić do Kawaguchiko.
Koło czwartej Kenichi z najwyższym szacunkiem wskazał bossowi tarczę swojego złotego seiko. Akita pokiwał łbem i stwierdził, że muszą się zbierać, prędzej niż później.
- Na pewno nie potrzebujesz więcej sprzętu? – zapytał, wskazując zapomnianą kamizelkę kuloodporną.
- Na razie nie – odparł Paul – Chociaż… Daj mi jakiś namiar na kogoś od elektroniki, potrzebuję czysty złom, i może niekoniecznie japoński.
- Aha – Akita wyjął notes z kieszeni na piersi koszuli, przejrzał parę stron, i przepisał namiary; tak było znacznie pewniej, niż przez telefon czy emailem. Wyrwał karteczkę i dał ją Paulowi – Powinni mieć wszystko, co możesz potrzebować.
- A ile za kamizelkę? – Paul zważył ją w ręku, całkiem ciężka, choć nie miała skorupy.
- Doliczę ci do rachunku tysiaka! – wyszczerzył się Akita.
- Jasne. A za lunch?
- Ja stawiam, odpłacisz jak będziemy w Europie.
- Pewnie. Zbieramy się?
Podziękowali wylewnie gnącej się w ukłonach rodzinie „restauratorów”, bo do babci i kobiety dołączył dziadek, który wychynął z czeluści kuchni. W ciasnocie pokoiku i przedsionka Japończycy pozbierali marynarki, Kenichi wyszedł pierwszy, po wóz, Paul ostatni, bo rozebrał się i założył kamizelkę pod koszulę. Pasowała nieźle i była całkiem wygodna.
Wyszli z labiryntu trzy razy przebudowywanych schodów i budynków przed drzwi, za rogiem na Akitę czekała wielka czarna bmw, absurdalnie wciśnięta w wąską tokijską uliczkę.
- Trzymaj się mamy, Misawa-san! – uścisnęli sobie twarde dłonie.
- Trzymaj się taty, Iceprick!
Kiedy Akita z obstawą odjechali na południe, Paul pomaszerował na stację Harajuku. Był ociężały ze zmęczenia i od jedzenia, i odrobiny alkoholu.
Sprawdził adres na kartce od Akita, oczywiście, Akihabara, zagłębie elektroniki. Po drugiej stronie centrum Tokio. Bite dwie, albo i trzy godziny względem Shinjuku, wliczając znalezienie adresu i zakupy.
Ale nie miał nic innego do roboty. Nie chciało mu się kombinować z transportem przez centrum miasta, nie spieszył się. Znowu złapał linię okrężną JR, w coraz większym popołudniowym tłoku, i poturlał się na drugą stronę pierścienia Yamanote.