Miałem sprzedawać wam jakieś kity, ściemy i podpuchy w temacie przeprowadzki na Kretę, żeby wszyscy czekający z cipsiami i kolą oraz robiący zakłady czy dojedziemy, mogli cieszyć się chwilą, ale już to rozchodziłem.

Jak widać, dojechaliśmy - we wtorek 16 kwietnia rano, względnie leniwie jadąc/płynąc od czwartku 11 kwietnia po południu. Nie obyło się bez przygód, fakapów, usterek rzekomego samochodu albo usterek włoskich autostrad, itd. itp., ale były to ogólnie rzecz biorąc mini-fakapy i niewielkie problemy. Znaczy, do ogarnięcia i jw. zostały ogarnięte, kwestia otrzaskania w tzw. ruchu międzynarodowym oraz 3 dan w jeździe zapakowanym po czubek i nieźle obciążonym vanem, szczególnie po górkach i wądołach, oraz posiadania podyplomu Wyższej Szkoły Szrociarstwa - Druciarstwa; no i przydaje się niewielka harmonia banknotów euro o wysokich nominałach.
1. Ingressum
Przez tydzień po przyjeździe meserszmitem do Irlandii trochę go jeszcze doinwestowałem (cztery poważne opony, jednak nowy akumulator, jakieś drobiazgi) oraz zaczęliśmy na serio pakowanie i wywożenie gratów. Do śmieci poszły objętościowo ok. dwa vany, a z pakowaniem itp. i tak nie wyrobiliśmy się, zostawiliśmy poprzedniemu landlordowi jakieś pół vana badziewia oraz sporo rzeczy i mebli użytecznych (generalnie bilans się zgodził, wprowadziliśmy się 3 kursami nowymi transitami plus coś tam dokupiliśmy, a przyszło skompresować się w jednego VW T4 LWB). W międzyczasie pozbyliśmy się też ekspresowo poprzednich samochodów, pozamykaliśmy jakieś irlandzkie sprawy i różności.

Do wyboru było parę tras, krótsze w stylu jakie wam gugle wyrzucą, około 4200km, przez UK, a potem albo przez Austrię itp., albo przez tunele alpejskie i północne Włochy, dalej na Bałkany i do Grecji. Nie zatwierdziliśmy ich do użytku; ogólnie, nie planowaliśmy pośpiesznego przejazdu, ale stateczną wycieczkę, z rozsądną ilością godzin jazdy, oglądaniem różnych ciekawych okolic, i znacznym zapasem czasu.
Na początek: oczywistym było, że płyniemy nocnym do Cherbourga, a nie jakieś jazdy przez UK. Potem, raczej unikanie TYM wózkiem uroków gór klasy Alpy oraz problemów z tunelami, które a to się korkują, a to policja w okolicy nerwowa, a to nabawiły się całonocnych remontów (więc np. 2h spóźnienia na wlocie tunelu pod Mont Blanc może kosztować 12h na trasie). A potem, olśniło mnie, że przecież wcale nie chcę jechać przez Chorwację - Serbię - Macedonię, z potencjalną hałdą problemów i kilometrów, kiedy możemy przepłynąć z włoskiego buta prosto do Grecji. Stąd planowana trasa wypadła Irlandia - Cherbourg - Lazurowe Wybrzeże - Włochy - Grecja - Kreta; jak widać na mapce, wykon był nieco inny niż plan.
Koordynacja dodatkowej trzeciej przeprawy promowej (2 i tak były niezbędne: IRL-kontynent i na Kretę) to już było małe miki oraz koszt każdego takiego nocnego promu spoko bilansuje się wzg. normalnych noclegów, kilometrażu oraz zużycia zużytego szrotwagena. BTW w zasadzie, rąbnąłem się odruchowo planując najkrótszy i najtańszy prom Brindisi - Grecja, gdyż trzeba było wziąć "najdłuższy" Ancona - Peloponez, nie ważne, że droższy czy wolniejszy. Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Terminem wyjazdu był wtorek 9 kwietnia, ale prom się nagle odwołał w stylu niejasnym, z przyczyn zmyślonych - sprawa śmierdziała overbookingiem, albo po prostu burdelem w Stenaline przy wprowadzaniu drugiego promu na trasę obsługiwaną normalnie przez jeden statek; trudno powiedzieć. Ale nawet pasowało nam to, bo nie wyrabialiśmy się z pakowaniem/sortowaniem, spoko przebukowaliśmy się na następny dzień, tyle, że "zapas" na jazdę przez Francję-Włochy zniknął.
"Następny dzień" przesunięto nam o jeszcze jeden dzień z przyczyn pogodowych (wichura znad Atlantyku wyrabiała koło Kornwalii fale 3m, czy nieco ponad). Czyli już musieliśmy przebukować też następne dwa promy, Włochy-Grecja i Ateny-Kreta. Taa, kupa zabawy...
2. Progressus
W dzień wyjazdu (czwartek 11 kwietnia) ledwo wyrobiliśmy się z pakowaniem; zostało sporo rzeczy, które nie miały zostać, niektóre - przez pomyłkę. Ale teoretycznie ruszyliśmy na czas.
I tak spóźniliśmy się na prom 10 minut, głównie przez korek na robotach drogowych, objazd wypadku i ogólnie gówniane irlandzkie drogi i warunki na anty-autostradowej osi Tullamore - Wexford. Oraz trzeba było wyjechać wcześniej, co nie.
Włączyliśmy plan B, czyli przejazd przez UK, w dwa momenty przebukowaliśmy się na prom Irlandia - Walia. "Zaraz" dopłynęliśmy do UK i pojechaliśmy w paskudnych deszczach, nocą, przez walijskie zarzecza. Przyszło zdrzemnąć się w samochodzie, bo na porządne noclegi nie mieliśmy czasu; plan był taki, żeby "dogonić" prom, czyli przelecieć przez UK i z Dover do Francji w takim tempie, żeby kontynuować podróż dalej zgodnie z planem. W skrócie, spoko wyszło, byliśmy w Calais mniej więcej wtedy, kiedy "właściwy" prom dobijał do Cherbourga.
(Od tego momentu w zasadzie podróż szła już zgodnie z planem, z dokładnością do drobiazgów i biodegradującego się rzekomego vana.)
Zabukowaliśmy tani hotel w okolicy Dijon i pocisnęliśmy do piątkowego wieczoru. Następnego dnia (sobota) oblecieliśmy Francję od południa, na Lyon, Marsylię, "turystycznie" przez Lazurowe Wybrzeże i okolice Monako, aż do hotelu w Genui. Ponieważ te "zwiedzanie" południa Francji dało nam w kość, wybraliśmy na następny dzień nieco dłuższą trasę do Brindisi, na północ i wschodnim wybrzeżem Włoch, zamiast krótszą, przez kolejne górki aż po Pizę i możliwe fakapy w osi Rzym-Neapol (hint - niedzielne popołudnie, dużo niedzielnych kierowców i niedzielne powroty Włochów, totalnie poje...nych za kółkiem). Dojechaliśmy wieczorkiem do Brindisi z dużym zapasem, ale to fuks, np. na przeciwległych pasach pseudo-autostrady Bari-Brindisi były dwa wypadki i mega-korki, mogły być równie dobrze po naszej stronie. Zapakowaliśmy się w normalny nocny prom do Grecji.
(Od tego momentu w zasadzie przeprowadzka już nie mogła się "nie udać", gdyż gdyby nawet vanowi koła odpadły, wyjęliby go z promu w Grecji choćby spychaczem, i można było rozważać różne względnie tanie i łatwe plany zapasowe przerzucenia mandżuru na Kretę)
Rano w poniedziałek dobiliśmy do portu Igoumenitsa, w winklu pn-zach Grecji pod samą Albanią. Bardzo piękne okolice, bardzo porządne nowe autostrady, przez kolejne cholerne górki. Ale przejechaliśmy je normalnie, odcinek przez Grecję był najkrótszy i lajtowy; pojechaliśmy potem skrajem Peloponezu i przez Przesmyk Koryncki itd., aż chciało się skoczyć do Sparty itp. No ale jednak nie, gdyż należało antycypować popołudniowy cyklon drogowo-samochodowy koło Aten-Pireusu, który jak najbardziej był na miejscu. Okazało się jednak, że dotarliśmy do celu spoko, z bardzo dużym zapasem, nawet uwzględniając rozkminianie całego mega-burdelu w porcie Pireus. Zapakowaliśmy się na nocny prom do Heraklion, uczciwie zabytkowy i opóźniony, ale to już totalnie nam wisiało.
Dotarliśmy rano we wtorek 16 kwietnia na Kretę, przejechaliśmy 25 kilometrów krętymi średnimi drogami do "naszej" wsi; ostatni przerażający kawałek podgórkowo-zgórkowy zrobiliśmy w trzy momenty i lajcikiem; okazuje się, że to nie strach ma wielkie oczy, ale zawodna pamięć powoduje niepotrzebne strachy.
Zaparkowaliśmy na zboczu zboczka pod domkiem, przebadaliśmy, czy jest prund i wóda, po czym natychmiast rozpakowaliśmy 2/3 vana, żeby go odciążyć. Do wieczora zastawiliśmy gratami jedno piętro chałupy, ale też ustawiliśmy nieco sprzętu audio (gramofon przetrwał!), video (telewizor przetrwał!) czy kuchennego. Wyspaliśmy się całkiem nieźle jak na nowe miejsce (a propos, mamy tu ciągłą ciepłą wichurę od wczoraj). Rozpakowujemy się, ustawiamy, planujemy co trzeba dokupić.
3. Finis
(luźne uwagi "w punktach")
Ilości "przydasiów" mieliśmy niewiarygodne, ale, jak zawsze żartowaliśmy, udało się nam w końcu skompresować w jednego vana. Nawet jeśli szkoda niektórych rzeczy, które przyszło zostawić/wyrzucić - profit! Oraz znowu muszę se zrobić wielkie kolumny basowe.
Rozkompresowanie jednego vana, zaledwie jakieś 6m3, zajmuje kolosalną ilość m2 podłogi. Ale dzięki bogini mamy dużą chatę, pełną szaf i schowanek, plus garaż objętości małego kościoła, więc spoko się to gdzieś upchnie.
Ogólnie chata jest fajna, nieźle wykończona i przemyślana, na pewno najlepsza jaką w życiu mieliśmy/wynajmowaliśmy. Z dokładnością do schodów, precz ze schodami! (wiedzieliśmy to już po naszym pierwszym domu, no ale na tutejszych górkach pewnie trudno budować inaczej).
Z całego przejazdu największym moim zaskoczeniem była moja ignorancja w temacie europejskich górek i gór - w zasadzie każdy nowy rejon zaskakiwał a nawet atakował górzystością znacznie znaczniejszą, niż spodziewana. Piękne Alpy na horyzoncie były spodziewane, ale AŻ TAK górzyste Lazurowe Wybrzeże, okolice Genui, czy Apeniny na horyzoncie, no jednak, kurde, mind-blow. A nawet spodziewane górki zachodniej Grecji, czy Peloponezu, okazywały się w cholerę większe, niż na obrazkach.
Miło było zobaczyć z bliska Lazurowe Wybrzeże, Monako itp. i przekonać się, że nic tam po nas, postawić krzyżyk na tej okolicy i już nigdy nie planować tam powrotu.
Drogi irlandzkie dostają -700pkt. na zasadach ogólnych; drogi/autostrady UK były normalne; autostrady francuskie bardzo przyjemne, poza cenami; autostrady włoskie podobnie, poza tym, że Włosi kolosalnie nie umieją w dylatacje mostowo-wiaduktowe (łubudu-łubudu-ŁUBUDU i tak setki razy) oraz poza odcinkiem "autostrady" Bari-Brindisi, który w sensie projektu i nawierzchni był z jakiejś bajki o zagubionej białoruskiej autostradzie, a może z gry "Stalker".
Port promowy Brindisi (kierunki Grecja, Albania), dojazdy do niego, terminale, organizacja - późne lata '80 dzwoniły "co tam słychać? dziwnie, nie?". I to dzwoniły raczej z PRL czy Albanii, niż z DDR czy Włoch.
Hint - w razie kłopotów z namierzeniem taniego hotelu po drodze, bo np. Włosi w sobotę czy niedzielę na recepcjach najwyraźniej odkładają słuchawki z widełek, zawsze można próbować wycelować w jakiś hotel lotniskowy, bywają całkiem rozsądne w sensie ceny i przeważnie duże, tj. zawsze mają coś wolnego. Jeśli znajdzie się jakieś duże lotnisko w okolicy.
Kontrole na granicy Irlandii - UK są oczywiście fikcją, gdyż obowiązuje strefa wolnych podróży CTA oraz ciemną nocą? plażo, proszę. Ale co ciekawe, kontrole w Dover w biały dzień też są obecnie wyłącznie upierdliwe - formalne (paszportowe) i powolne, ale znacznie niższej jakości, niż kiedy UK było w Unii - zawsze kiedy jechałem przez Dover/Calais, vanem na polskich numerach, zaliczałem rozmówki z celnikami i mini-kontrolę. Teraz, vanem załadowanym po sam czubek, po brexicie, spodziewałem się kontroli poważnej i potencjalnie niemiłej, nawet jeśli mogliśmy próbować udowodnić tranzyt z Irlandii. Tymczasem przepuszczono nas "na wprost", demonstracyjnie nie patrząc w naszą stronę.
W vanie do naprawy są wycieraczki (zmechaciły się skorodowane stożki w starych cynkowych czy aluminiowych ramionach dolnych), praktycznie przestał zapalać na benzynie (dużo zagadek elektryczno-termicznych...), nieco słychać łożysko sprzęgła, coś skrzypi w zawiasie w przednim winklu (
pęknięta sprężyna?, T4 nie ma typowych sprężyn, to tylko węzły/gumy górnych wahaczy skrzypią), zeżarł pewnie większość przednich klocków (których było jeszcze grubo, tarcz, hm, nie było grubo...) i trzeba w końcu doprowadzić przełączanie świateł przednich z powrotem do oryginału (ktoś w PL ładnie przerobił na stałe dzienne, co w Grecji, dla odmiany, jest nielegalne). Ale reszta działa! Ogólnie zabijały go strome długie podjazdy na Lazurowym Wybrzeżu i w Grecji, zjazdy/hamowania też nieco, ale chyba najbardziej dały w kość poku...wione wjazdy i zjazdy na promach, ich progach, rampach, skośnych pokładach, itp.
Cztery promy były różnej klasy i "nowości", ciekawa mieszanka. Najbardziej zakręcony był młyn na Brindisi-Igoumenitsa, gdyż poza normalnym obłożeniem mieli około 500 dzieciaków na wycieczkach do Grecji... Najbardziej omszały, w sensie załogi i wyposażenia, był ostatni prom Pireus-Heraklion (kiedy ostatnio widzieliście działający TV kineskopowy? my wczoraj, na promie...).
Port promowy Pireus nie był tak mały i "dziki" jak Brindisi; jest duży, za to przykładem "dworca chaosu" w działaniu ("gdzie tu się check-in robi? jest tu jakaś kolejka? - nie, trzeba se znaleźć swój prom i zapytać kiedy na rampę wpuszczają"). A rozkład jazdy promów greckich nadal zgadza się z cytatem z klasyka: "Grecy, którym nie wystarcza dominująca rola w świecie antycznym, ponoszą także odpowiedzialność za największe, a niektórzy nawet twierdzą, iż jedyne, dzieło prawdziwie twórczej wyobraźni powstałe w naszym stuleciu. Mam na myśli, rzecz jasna, rozkład jazdy greckich promów. Wysoce wysublimowana, absolutna fikcja. Potwierdzi to każdy, kto podróżował po Morzu Egejskim." ("Holistyczna agencja detektywistyczna...", Douglas Adams).
Nasza pierwsza wyprawa do sklepiku we wsi była podwójnie ciekawa - 500m w poziomie i 50m w pionie, uff-uff, oraz niemówiąca po angielsku roześmiana właścicielka, która nas odpytała natychmiast "czy to my jesteśmy ci nowi od (tu wstaw imię landlejdi)?". Potwierdziliśmy, i w sumie nie jest to bardzo dziwna sytuacja, gdyż zdaje się, to była ciotka naszej landlejdi.
Przekomarzamy się, czy już wie o nas cała wieś, czy tylko ci, którzy byli w sklepie.
[dopiski]
Jedyne bliskie spotkanie z policją, to kiedy zatrzymaliśmy się na sekundę na poboczu pustej poranno niedzielnej włoskiej autostrady, żeby upewnić się, że nawigacja nas nie robi w bambuko, i nagle przeteleportowało nam za plecki czujny patrol polizia stradale. Ale wyjaśniliśmy sobie w łamanym angielskim, że to tylko "gugle maps!" i tyle.
Najwredniejszą "robótką" przy vanie przez ten miesiąc była chyba ekspresowa wymiana dwu najgorszych opon w Polsce, musiałem to zrobić sam, ręcznie, jak zwierzę, gdyż przed samą Wielkanocą gumiarze byli bardzo zajęci albo bardzo niezainteresowani. Najrozsądniejszą "robótką" (chociaż wielu patrzyło na mnie jak na debila, czemu akurat to robię), była wymiana słabego "by design" i jeszcze zniszczonego fotela kierowcy, na najwygodniejszy jaki byłem w stanie zdobyć, tj. welurowy od forda Scorpio. Reszta robótek była trywialna, co najwyżej kosztem; bardzo poważnych jeszcze w zasadzie nie było.
Zderzenie ludzi w różnym wieku i różnych kultur - laska robi zdjęcie menu w barze na promie. Stary steward: "tu się nie robi zdjęć!", laska: "ale to do tłumaczenia", steward: "ja pomogę...", laska spojrzenie: "ale że WTF, bez telefonu? jak zwierzę, paszczowo??".
Dużo historii można zmyślić z tematu "Zagubiony pojedynczy dziecięcy bucik na poboczu francuskiej autostrady".